Dowody na życie po życiu - o książce "Śmierć nie istnieje"

Reklama, am / mz, Warszawa, 2016-03-25

Dowody na życie po życiu - o książce "Śmierć nie istnieje"

Dr Chauncey Crandall - doświadczony kardiolog, który uratował ponad 40 000 serc, wielokrotnie był świadkiem niewytłumaczalnych uzdrowień, a nawet spektakularnych wskrzeszeń. W swojej książce „Śmierć nie istnieje” opisał ponad 20 historii, które potwierdziły jego wiarę w Boga.

Wysłuchał relacji osób, które wróciły „znad krawędzi”, ale spotkał też tych, którzy znaleźli się już daleko poza nią.

Fragment książki „Śmierć nie istnieje” wydanej przez wydawnictwo Fronda:

Jeśli będziesz się modlić...

Jednak wydarzenie, które miało największy wpływ na moją wiarę w uzdrowicielską moc i możliwości nieba, miało miejsce w 2012 roku.

Mike Williams był mężem i ojcem po pięćdziesiątce. Pewnego ranka skończył ćwiczenia z filmem instruktażowym i zaczął ćwiczyć na bieżni. Po kilku minutach upadł. Kiedy żona i dzieci usłyszały, że upada, wszyscy czym prędzej przybiegli do niego. Jego synowie ćwiczyli reanimację w ramach szkolenia na ratowników, więc czym prędzej zaczęli wykonywać masaż serca i sztuczne oddychanie aż do przyjazdu karetki. Ratownicy z ambulansu rozpoznali u Mike’a zatrzymanie czynności serca, zatem defibrylowali go kilka razy, ale doszło u niego do beztlenowego uszkodzenia mózgu – czyli uszkodzenia mózgu z powodu niedotlenienia, jakie występuje po czterech-pięciu lub więcej minutach – a po przyjeździe do szpitala stwierdzono zgon.

Jego rodzina była zrozpaczona, ale ponieważ była też mocno wierząca, pomimo straszliwej diagnozy, nadal się modlili. Prosili też innych, aby przyłączali się do nich w modlitwie.

Następnego dnia po przyjęciu Mike’a do naszego szpitala ktoś zatrzymał mnie i poprosił, abym się za niego pomodlił. Chociaż Mike nie leżał na moim oddziale kardiologicznym, zawsze chętnie modlę się za pacjentów innych lekarzy. Kiedy wszedłem do sali, w której leżał, było dla mnie oczywiste, że – z punktu widzenia medycyny – już zbyt długo był w tym stanie. Miał nie tylko wykrzywioną i opuchniętą twarz i ręce, lecz również oddychał za pomocą respiratora i korzystał z każdego innego możliwego urządzenia do podtrzymywania życia, nie ruszając się ani nie wykazując absolutnie żadnych oznak świadomości. Przeczytałem jego kartę i przejrzałem historię choroby, ale wniosek narzucał się tylko jeden: ten pacjent już odszedł, i to daleko. Mimo to posłusznie pomodliłem się, choć właściwie nie miałem nadziei na jego uzdrowienie, gdyż uszkodzenie mózgu było już nazbyt rozległe.

Następnego dnia zadzwoniła Kristi, przyjaciółka mojej żony Deborah, i zapytała, czy pomodlę się za przyjaciela jej rodziny, człowieka o nazwisku Mike Williams.

„Neurolog chce go odłączyć od respiratora, bo nie wykazuje żadnych oznak życia poza tym, co robią za niego maszyny”, wyjaśniła. Deborah przekazała mi wiadomość, na co powiedziałem: „Wiem, o kim mówisz. Modliłem się już za niego, ale prawdę mówiąc, nie sądzę, aby miał jakąś szansę. Nic więcej nie da się dla niego zrobić”.

Deborah poprosiła mnie, bym poszedł tam i pomodlił się za niego jeszcze raz następnego dnia, a potem następnego, i następnego, i tak dalej. Myślałem - Nie, ten człowiek nie żyje - ale nie chciałem sprawić przykrości żonie, zrobiłem więc to, o co mnie prosiła. Niektóre pielęgniarki były na mnie wściekłe, bały się, że jeśli w jakiś niezwykły, cudowny sposób on zareaguje i zacznie samodzielnie oddychać, będzie jedynie pustą skorupą, co dla jego rodziny może być jeszcze bardziej traumatyczne. Trzej lekarze zgodnie uznali, że Mike nie wróci do życia, ale dla odłączenia go od aparatury niezbędna była zgoda jego żony, a ta nie chciała o tym słyszeć. Przekonywała, że będzie żył, jeśli tylko ludzie będą się za niego modlić.

Codziennie przez trzy tygodnie chodziłem tam i modliłem się za Mike’a i, jak się spodziewałem, nic się nie działo – nie poruszył ani jednym mięśniem ani nie wybudził się ze śpiączki. Aż pewnego dnia żona Mike’a zawołała mnie, niezwykle podekscytowana: „Doktorze Crandall, on się rusza! Mike poruszył się!”.

Mając nadzieję, że nie było to tylko pobożne życzenie ukochanej osoby. Zasięgnąłem informacji u dyżurnej pielęgniarki, a ona potwierdziła: „Tak, pan Williams reaguje na bodźce”.

Mimo to personel medyczny był bardzo ostrożny. Niewielki ruch nie gwarantuje wyzdrowienia ani nawet życia bardzo kiepskiej jakości, i nikt nie chciał podsycać nadziei rodziny. Kilka pielęgniarek powiedziało mi nawet w cztery oczy: „Jego żona jest szalona, sądząc, że on kiedykolwiek znów będzie chodził”.

A jednak dobre wiadomości stale napływały.

Z czasem Mike został całkiem odłączony od respiratora, a teraz wrócił do domu, do żony i dzieci – żyje, oddycha, rozmawia i chodzi, cudownie przywrócony do życia.

Po tym powiedziałem do Deborah: „Od tej chwili zagłębię się w wierze i będę polegać na Słowie Bożym i głosił je zamiast tego, co widzą moje oczy. Jego Słowo jest większe niż każdy inny fakt, który zostanie mi przedstawiony”.

Zamów książkę u wydawcy

Rozmowa z doktorem w programie Club 700

 

Komentarze (0)

Powrót na górę strony
Wykonanie: ALX - szkolenia i specjaliści IT
Twitter
Facebook