Drukuj Powrót do artykułu

Sanitariuszka Wiktoria: nigdy nie czułam Boga tak bardzo jak na wschodzie Ukrainy

06 kwietnia 2025 | 18:26 | tom | Watykan Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. ANATOLII STEPANOV/AFP/East News

„Na pierwszej linii frontu nie spotkałem ludzi niewierzących. Każdy w coś wierzy. To wiara podtrzymuje cię w całym tym chaosie wojny, bólu, cierpienia, a może nawet rozczarowania. Ale trudno jest wyjaśnić, jak działa Bóg. Czuje się to w sercu. Osobiście wiele razy byłem świadkiem, jak Pan zbawia zarówno wierzących, jak i niewierzących, jakby przemawiał przez pewne okoliczności: `Jestem tutaj, nie opuściłem cię`” – powiedziała w rozmowie z watykańskimi mediami 30-letnia Wiktoria, która od dwóch lat służy jako lekarz wojskowy i ewakuuje rannych żołnierzy z linii frontu.

Podczas krótkich przerw w służbie młoda Ukrainka podróżuje ze wschodu kraju do Kijowa, aby zdawać egzaminy na uniwersytecie medycznym, gdzie jest na ostatnim roku. Przed studiami ukończyła szkołę medyczną, a następnie pracowała na oddziale terapeutycznym kijowskiego szpitala.

Świadoma decyzja, by zostać i pomagać

Na początku wojny na pełną skalę Wiktoria była w stolicy i w czasie, gdy wiele osób opuszczało miasto, postanowiła zostać. „Zrozumiałam, że wszyscy i tak nie wyjadą” – wspomina – ”Przede wszystkim będą ludzie, którzy mają pewne ograniczenia fizyczne lub nie mogą wyjechać z powodu pewnych okoliczności w ich życiu. Ale będą też nasi wojskowi, którzy będą potrzebować opieki medycznej. A ponieważ z wykształcenia jestem lekarzem, postanowiłam zostać w Kijowie. Nie miałem zbyt wiele czasu do namysłu, ale była to świadoma decyzja”.

Dokłada wszelkich starań, aby ratować życie

Na linii frontu młoda kobieta pracuje jako część załogi składającej się z kierowcy i sanitariusza. „Jest nas tylko dwoje, ponieważ jest bardzo niewielu medyków, a co za tym idzie, jest bardzo mało załóg”, mówi, dodając, że załogi reanimacyjne mają trzecią osobę, anestezjologa. Wiktoria od czasu do czasu pracuje w takich załogach, ale „praca załogi intensywnej terapii jest niezwykle wymagająca fizycznie”. „Na przykład przyjeżdżamy w określone miejsce”, mówi, ”zabieramy pacjenta w ciężkim stanie, który jest na sztucznej wentylacji płuc i jest nieprzytomny. Zabieramy go do szpitala, gdzie otrzymuje pełną opiekę. A kiedy wracamy do naszego miejsca rozmieszczenia, możemy mieć kolejną misję. Podróż tam i z powrotem zajmuje osiem godzin, więc jest wymagająca fizycznie, a od czasu do czasu robimy rotacje: ktoś pracuje na intensywnej terapii, a ktoś na wśród bardziej ustabilizowanych zdrowotnie pacjentów. Chociaż na wojnie nie ma czegoś takiego jak `stabilny pacjent`, ponieważ w rzeczywistości każdy pacjent, którego zabieramy, może stać się niestabilny po drodze. Dlatego za każdym razem, gdy jest to odpowiedzialność, za każdym razem, gdy jest to praca, jest to nauczanie w pełni, ponieważ w przeciwnym razie nie będziemy ratować życia. Musimy ratować ludzkie życie i dziękować wojsku, dzięki któremu możemy się uczyć i kontynuować nasze życie tutaj”.

Wiktoria dodaje, że czasami są również wzywani do ewakuacji ludności cywilnej. Na przykład niedawno ewakuowali osoby starsze, które znalazły się pod ostrzałem z Łymana.

Pierwszy dzień. Pierwsze trudne doświadczenie

Wiktoria bardzo dobrze pamięta swój pierwszy dzień służby w strefie walk, który nazywa „w oczach śmierci”. Była częścią zespołu reanimacyjnego. Zostali wezwani do 21-letniego mężczyzny, który był kierowcą karetki. Z ratownikiem medycznym na pokładzie mieli wypadek, ponieważ, jak to często bywa na froncie, zostali zmuszeni do jazdy z dużą prędkością. Zdarzyło się to w Bachmucie, kiedy miasto nie było jeszcze zajęte przez Rosjan. Kierowca był obcokrajowcem, który przyjechał do Ukrainy jako wolontariusz. „Niestety, mężczyzna miał obrażenia nie dające nadziei na życie. Zespół reanimacyjny, my wszyscy, bardzo staraliśmy się uratować mu życie. Stabilizowaliśmy go przez ponad trzydzieści minut, czyli dłużej niż wymaga tego protokół, i pomogliśmy mu we wszystkim, co mogliśmy. Ale niestety nie udało się go uratować. Byłam ostatnią osobą, która opuściła oddział intensywnej terapii. Zamknęłam mu oczy i oddałam go miłosierdziu Bożemu. I jestem wdzięczna człowiekowi, który do nas przybył. Modliłam się za niego, aby Pan przyjął go do siebie za tak wielkie poświęcenie. Ponieważ w rzeczywistości jest to bardzo wielkie poświęcenie, aby przybyć z innego kraju i umrzeć tutaj jako bohater” – mówi Wiktoria.

Kiedy Bóg mówi: „Jestem tutaj”

To bolesne doświadczenie było pierwszym dla młodej lekarki, ale niestety nie ostatnim. Jej głęboka wiara pomaga jej przetrwać takie chwile. „Na pierwszej linii frontu”, mówi, ”nie spotkałam ludzi, którzy nie byliby wierzący. Każdy w coś wierzy. To wiara podtrzymuje cię w całym tym chaosie wojny, bólu, cierpienia, a może nawet rozczarowania. Ale trudno jest wyjaśnić, jak działa Bóg. To się czuje w sercu. Osobiście wiele razy widziałem, jak Pan zbawia zarówno wierzących, jak i niewierzących, jakby przemawiał przez pewne okoliczności: `Jestem tutaj. Nie opuściłem cię`”.

Wiktoria zrozumiała te słowa Pana w szczególny sposób, kiedy sama miała wypadek. Mówi, że wcześniej przechodziła przez okres duchowej oschłości: czuła się bardzo zmęczona z powodu dużego obciążenia pracą i nie była nawet w stanie się modlić. Zanurzona w tej wyczerpującej codziennej rutynie, mogła tylko powiedzieć w myślach: „Boże, gdzie jesteś?”. Pewnego dnia, w drodze powrotnej z ewakuacji ciężko rannego mężczyzny, karetka, w której jechała wraz z kierowcą, miała wypadek samochodowy: kierowca przegapił zakręt i samochód przewrócił się kilka razy. „Pamiętam tylko, że wszystko wirowało”, mówi Wiktoria, ”a samochód zatrzymał się kołami do góry, ale ja stałam prosto.

„Zostałam wyciągnięta z samochodu bez jednego zadrapania, bez jednej kropli krwi. Maszyna była tak pogięta, że nie dało się jej naprawić. Poza tym w kapsule znajdowała się butla z tlenem, która mogła eksplodować w każdej chwili z powodu wysokiego ciśnienia w samochodzie. Kiedy wyciągnięto mnie z samochodu, modliłem się tak, jak nigdy wcześniej. Powiedziałem do Boga: `Dziękuję Ci za to doświadczenie, przez które mnie przeprowadziłeś`. Ponieważ poprzez to doświadczenie Pan powiedział do mnie: `Jestem tutaj. Widzisz, co mogło ci się przydarzyć`. Miałam wrażenie, że aniołowie postawili mnie na nogi w tym samochodzie. Moje mięśnie klatki piersiowej były tylko posiniaczone, to wszystko. Zarówno mój kierowca, jak i ja wyszliśmy z tego żywi i bez szwanku. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było pójście do kościoła w Kramatorsku i podziękowanie Bogu za ocalenie” – wspomina Wiktoria.

Znacznie więcej niż protokoły

Wojskowi lekarze i ratownicy medyczni muszą wykonywać swoją pracę szybko i skutecznie, ponieważ nie tylko walczą o życie innych, ale także ryzykują własne.

Mają protokoły, których muszą przestrzegać, aby ratować życie, ale często wykraczają poza nie. „Spojrzenie w oczy, życzliwy uśmiech, słowo zachęty – to rzeczy, które nie są zapisane w protokołach” – mówi Wiktoria – ”ale są integralną częścią mojej codziennej pracy. Często pacjenci trzymają mnie za rękę, zwłaszcza ci, którzy odnieśli obrażenia oczu: rany od odłamków lub chemiczne oparzenia oczu. Nawet nie potrafię powiedzieć, jakie to dla nich ważne. Pamiętam jedną z takich ewakuacji, kiedy wieźliśmy żołnierza do Dniepru. Jechaliśmy około czterech godzin. Pacjent trzymał mnie za rękę, a kiedy zabrałam rękę, aby zrobić zastrzyk innemu rannemu w samochodzie, zaczął się bardzo martwić i zapytał: „Wiktoria, gdzie jesteś? Widzisz, co mogło ci się przydarzyć”.

Dla Wiktorii ważne jest, aby pozostać człowiekiem we wszystkich okolicznościach życia, w tym podczas ewakuacji cywilów ze wschodnich regionów, którzy na przykład nie popierają proukraińskiego stanowiska. „Ale nadal staram się przyjmować tych ludzi z miłością„ – mówi – „bo może zmienią się w sercach, może będzie to dla nich taka mała inspiracja, że jest tu dobrze traktowany”. Dziękuję więc Bogu za wszystkie dobre ewakuacje i trudne ewakuacje, ponieważ poprzez trudne ewakuacje, poprzez trudnych ludzi, których spotykasz, Pan zmienia cię, daje ci możliwość rozwinięcia większej cierpliwości i częściowo kogoś zmienia”.

Ból straty i modlitwa

Chociaż Wiktoria stara się patrzeć na cierpienie przez pryzmat wiary, czasami trudno jej zrozumieć wolę Pana. „Oczywiście, jako człowiekowi, czasami trudno mi zrozumieć, dlaczego wszystko stało się tak, jak się stało, dlaczego młody człowiek odszedł do Pana. Dlatego proszę Boga: `Daj mi mądrość, daj mi siłę, aby to zaakceptować`, a On daje mi siłę. Nie od razu, nie tego samego dnia. Może za tydzień lub dwa, ale zaczynam akceptować, że tak musiało się stać, że taka jest wola Boża i taki jest Boży plan” – wyznaje.

Wiktoria mówi o tych trudnych tematach z własnego doświadczenia: w czasie wojny straciła kuzyna, który miał 28 lat i z którym czuła więź jak brat i siostra. „Było mi niezwykle trudno się z tym pogodzić”, mówi, ”ale po pewnym czasie wypowiedziałam słowa, których nigdy nie sądziłam, że wypowiem: `Boże, Ty jesteś miłosierny i Ty wiesz, komu jest teraz lepiej, a kto przyjdzie do Ciebie później`. Gdyby nie moja wiara i nadzieja, że będzie lepiej, prawdopodobnie nie byłbym w stanie tego zaakceptować i nie przetrwałbym tego doświadczenia”.

Znalazłszy w modlitwie siłę do zaakceptowania tak trudnej rzeczywistości, Wiktoria chce podzielić się swoim doświadczeniem z innymi, którzy są w żałobie: „Po prostu proszę tych ludzi, którzy słyszą te słowa, aby zaakceptowali wolę Pana, cokolwiek to jest, aby zaakceptowali i modlili się. Jeśli nie możesz tego zaakceptować, módl się, aby Pan pozwolił ci zaakceptować Jego wolę, abyś poczuł lub poczuła ten pokój w swoim sercu”.

Nadzieja jest w aktywnej wierze

Dla wielu osób, które Witoria spotyka i którym ratuje życie, jest ona promieniem światła. Gdzie sama widzi te promienie światła? Gdzie widzi nadzieję w kraju, który od ponad trzech lat codziennie budzi się przy dźwiękach rakiet, dronów i wybuchających bomb? „Dla mnie”, mówi, „promyk nadziei jest w naszej wierze. Wierzę, że w każdym człowieku Pan zasiał ziarno siebie i swojej nadziei. I wierzę, że w nas, w każdym z naszych serc, są promyki wiary i nadziei. A wiara zachęca do działania. Na przykład mówię za siebie: wierzę, że Ukraina wygra, więc jadę na wschód, pomagam ratować życie i robię wszystko, co w mojej mocy. Jeśli jestem małą kroplą w morzu, to dziękuję Bogu. I wierzę, że nasza Ukraina będzie wolna i niezależna, wolna od agresora. Wierzę, że wszyscy ludzie, których ewakuuję, wrócą do domu cali i zdrowi. Wierzę, że ich rodziny będą niesamowicie szczęśliwe, gdy otrzymają wiadomość, że ich ojciec, brat, matka lub ktokolwiek inny żyje lub nie żyje. Wierzę, że Bóg prowadzi każdego z nas i działa przez każdego z nas”.

Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych

Dla tych, którzy szukają sposobu, aby pomóc innym, niezależnie od tego, czy chcą zostać ratownikiem medycznym, czy tylko wolontariuszem, młody Ukrainiec radzi „uzbroić się w moc wiary”. „Kiedy wyjeżdżaliśmy na trudne misje – opowiada – a nasz samochód jechał z dużą prędkością, miałam w kieszeni różaniec i jedyne, o co mogłam się wtedy modlić, to: „Jezu, ufam Tobie, Jezu, ufam Tobie”. Chcę więc powiedzieć, że uzbrojony w moc wiary, możesz zrobić wszystko. Możesz zrobić nawet to, co wydaje ci się niemożliwe. Ponieważ, uwierz mi, dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Z mojego ludzkiego punktu widzenia myślałam, że nie mogę tego zrobić. Jestem tak słabą osobą, że nigdy nie zrobiłbym tego sama, gdyby Pan nie dał mi tego miłosierdzia i tej pomocy. Ponieważ nigdy nie czułam Boga tak bardzo, jak na wschodzie, widząc zniszczenia, śmierć, cierpienie. Czujesz tę moc od Boga, ale tylko wtedy, gdy wierzysz. Przez wiarę Bóg dokonuje wielkich cudów, wielkich uzdrowień i daje wielkie dary. Dlatego szczerze życzę każdej osobie, która chce się spełnić, ale nie wie, jak to zrobić, aby uzbroiła się w moc wiary, ponieważ Pan czyni rzeczy niewyobrażalne”.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.