Biskup González: oczekujemy wsparcia od Kościoła w Polsce

kg (KAI) / br, Warszawa, 2016-03-23

Biskup González: oczekujemy wsparcia od Kościoła w Polsce Fot. Grzegorz Boguszewski - fotoKAI

"Stukamy do drzwi Kościoła polskiego z prośbą o współpracę i o wsparcie dla naszego Kościoła. Chodzi zwłaszcza o pomoc w postaci duchowieństwa, życia zakonnego – męskiego i żeńskiego oraz o współpracę na płaszczyźnie duszpasterskiej" - powiedział bp Marcelo Arturo González. W rozmowie z KAI biskup kubańskiej diecezji Santa Clara mówi m. in. o wizycie św. Jana Pawła II w jego kraju, sytuacji Kościoła i swojej drodze do kapłaństwa.

KAI: Kuba należy do nielicznych krajów, które odwiedzili trzej kolejni papieże: Jan Paweł II, Benedykt XVI i niedawno Franciszek. Ten ostatni nawet dwukrotnie w krótkim odstępie czasu. Co dały te podróże papieskie Kościołowi, narodowi i całemu krajowi?

Bp Marcelo Arturo González: Wszystkie te odwiedziny były okazją do przebudzenia wiary i rozbudzenia nadziei w narodzie kubańskim, do odnowy wspólnoty kościelnej. Były to wielkie bodźce od Ducha Świętego do dochowania wierności Jezusowi Chrystusowi, do troski o nową ewangelizację i dotarcie z nią do wszystkich, najbardziej nawet oddalonych zakątków kraju.

Wizyta św. Jana Pawła II była szczególnym czasem dla Kościoła kubańskiego, który dzięki niej mógł się trochę otworzyć na świat zewnętrzny, wyjść ze swego rodzaju izolacji i zamknięcia, na jakie był skazany przez całe dziesięciolecia. Jakie jest obecnie jego oblicze, jego obecność w środkach przekazu, służbie zdrowia i w ogóle w życiu publicznym?

– Zanim odpowiem na to pytanie, muszę odwołać się do roku 1959, gdy na Kubie zwyciężyła rewolucja komunistyczna, co oznaczało m.in. wielkie zmiany dla Kościoła. Był to czas „wielkiego przycinania” [gran poda], bo tak, jak przycina się gałęzie drzew lub krzewy, tak samo Kościół stracił wiele swych „gałęzi”: różne instytucje, świątynie, ale przede wszystkim swe dzieła pomocowe – w oświacie, służbie zdrowia... Jego funkcje zostały sprowadzone do kultu, do życia sakramentalnego w murach świątyń. Wierni albo wyemigrowali, albo powoli zaprzestawali praktyk religijnych, nawet jeśli w ich sercach pozostały nasiona wiary. Marksistowsko-leninowski entuzjazm rewolucyjny doprowadził naród kubański, a przynajmniej jego większość, do porzucenia praktyk religijnych.

Wspólnoty chrześcijańskie zostały sprowadzone do niewielkich 40- czy 60-osobowych grup, i to głównie w niektórych ośrodkach wiejskich. W miastach było ich mniej i były znacznie mniejsze, np. 5-6-osobowe. Ale to dzięki nim wiara w Jezusa Chrystusa i w Jego Kościół przetrwała w sposób nienaruszony. Są tam prawdziwi świadkowie, których imiona historia musi zachować.

W lutym 1986 r. odbyło się Kubańskie Narodowe Spotkanie Kościelne (ENEC) – po raz pierwszy po prawie 30 latach Kościoła „zamkniętego”. Zwołano je w kilka lat po historycznym zgromadzeniu episkopatu Ameryki Łacińskiej w Puebli (Meksyk) w 1979 r., gdyż uczestniczący w nim nasi biskupi stwierdzili, że uchwalone tam dokumenty nie mają żadnego związku z Kubą, która pozostawała całkowicie poza tym kontekstem. I wówczas zrodziła się myśl zorganizowania naszego własnego spotkania.

Rozpoczęła się 5-letnia Kubańska Refleksja Kościelna, której uczestnicy – wspólnoty chrześcijańskie – spotykali się regularnie, aby się modlić, rozważać różne sprawy i zastanawiać się nad tym, czego Pan oczekuje od nich i od całego Kościoła kubańskiego.

Po zgromadzeniach parafialnych i diecezjalnych w dniach 17-23 lutego 1986 r. odbyło się wspomniane spotkanie ogólnokrajowe, na którym Jana Pawła II reprezentował jako jego osobisty wysłannik argentyński kardynał kurialny Eduardo F. Pironio [1920-98; w owym czasie był on przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Świeckich – KAI].

Na ENEC Kościół określił się potrójnie: jako Kościół modlący się, a więc słuchający, co Pan ma mu do powiedzenia; Kościół wcielony, który żyje teraz i tam, gdzie „zasiał” go Pan i gdzie ma on wzrastać, bo nie możemy oczekiwać, że czas i miejsce się zmienią, i właśnie tutaj mamy być nowym zaczynem; oraz jako Kościół misyjny. Trzeba podkreślić, że wyrażona wówczas troska o misję Kościoła jest nadal żywa i do dzisiaj biskupi, księża i zaangażowani świeccy kierują się tym, wzywają do dawania świadectwa, bo to jest jedyna możliwość bycia wiarygodnymi członkami Kościoła. Mamy świadczyć o wierze swoim życiem bez zarzutu, nieskazitelnym, uczciwym w swym otoczeniu, starać się być pierwszymi w pracy, nauce, być przykładem dla wszystkich. Wielce pomocne są dla nas książki o męczennikach pierwszych wieków i późniejszych.

Po tym spotkaniu ogólnokrajowym Kościół poczuł się mocniejszy, chociaż jednocześnie rządzący marksizm jeszcze bardziej się umocnił, wywierał coraz większy nacisk na cały naród.

I do takiego Kościoła przybył Jan Paweł II...

– Jeszcze w przededniu jego wizyty w styczniu 1998 r. Kościół zaczyna robić coś, co świadczy o jego żywotności – tworzy tzw. domy misyjne, a więc swego rodzaju kościoły domowe w mieszkaniach, gdzie czyta się i rozważa Pismo Święte, gdzie czasami sprawowana jest też Msza św. i udzielane są sakramenty.

W chwili przybycia na wyspę Ojca Świętego Kościół nie jest już zamknięty w murach świątyń, ale wyszedł na zewnątrz i stał się widoczny w społeczeństwie. Kierował swe przesłanie nie tylko do wiernych, ale do całego narodu.

A papież ze swej strony skierował do tego Kościoła słowa zachęty, dodając odwagi rodzinie jako wspólnocie ludzkiej, ale też jako wspólnocie ewangelizującej i wspólnocie wiary. Zachęcał młodych i cały Kościół do mężnego głoszenia Jezusa Chrystusa, powtarzał: „Otwórzcie się na Chrystusa, nie lękajcie się Chrystusa. On jest bogactwem życia społeczeństwa”. Te jego słowa odbiły się głośnym echem i sądzę, że poruszały wszystkich – zarówno chrześcijan, jak i marksistów. I wydaje mi się, że wielkim wkładem Jana Pawła II był ten mocny bodziec misyjny dla Kościoła kubańskiego.

Ale rola Kościoła nie ogranicza się tylko do głoszenia Ewangelii i do nauczania, bo musi on być z narodem i żyć jego sprawami. Na początku lat 90. ubiegłego stulecia Kuba przeżywała wielki kryzys spowodowany m.in. upadkiem komunizmu w Europie i rozpadem ZSRR, który najwięcej pomagał naszemu krajowi. Wyspę nawiedziła paraliżująca bieda i wtedy zaczęła się tworzyć Caritas Kuba ze swymi projektami pomocy potrzebującym.

Można powiedzieć, że to jest to, co pozostawił nam Jan Paweł II. Pamiętamy jego wołania: „Kubo, troszcz się o rodzinę, aby zachować swe zdrowe serce”, „Dbaj o rodzinę, która jest największym skarbem tego społeczeństwa i która jest w stanie iść naprzód”. „Szkody, jakie ponosi społeczeństwo, można uzdrowić tylko dzięki zdrowej rodzinie”. I to słynne papieskie zdanie życzenie: aby Kuba otworzyła się na świat i aby świat otworzył się na Kubę. A gdy ludzie przyjmowali go entuzjastycznie, wiwatując, krzycząc, mówił żartem: „Klaszczcie, wołajcie, ja w tym czasie mogę trochę odpocząć”.

Krótko mówiąc, była to niezwykła, pięciodniowa wizyta. Widzieliśmy papieża – człowieka zmęczonego, słabego, pochylonego przez wiek i chorobę, ale który mężnie wznosił rękę, aby pozdrowić ludzi, nawet gdy nic nie mówił. Posługiwał się swoim językiem; wspólnoty, braterstwa, całkowitego braku przemocy, budząc radość wśród słuchaczy, i to nie tylko ludzi Kościoła. To było wspaniałe, gdy mówił o wolności, o prawdzie, gdy odwiedził chorych – udał się do leprozorium pod Hawaną na spotkanie ze światem cierpienia i bólu. Ale spotkał się też z intelektualistami, ze światem kultury i nauki na uniwersytecie hawańskim, gdzie spoczywają doczesne szczątki Sługi Bożego ks. Felixa Vareliego. Były spotkania z różnymi wyznaniami i ze wspólnotą żydowską, z młodzieżą przed nuncjaturą apostolską, z biskupami, z osobami konsekrowanymi. Pozostawił nam przesłanie, aby Kościół na Kubie aktualizował swą działalność duszpasterską. Tamta wizyta zjednoczyła serca Kubańczyków na wyspie i poza nią. Jego przesłaniem żyjemy jeszcze dzisiaj.

A potem przybyli następni papieże...

– Podróż Benedykta XVI także była oczekiwana – odbyła się w ramach obchodów 450. rocznicy objawienia się Matki Bożej Miłosierdzia z El Cobre, patronki Kuby. W ramach przygotowań do niej przez cały kraj pielgrzymował wizerunek Maryi, była to bardzo szczególna misja ewangelizacyjna, towarzyszyło jej hasło: „Do Jezusa przez Maryję”.

Łączy nas miłość; miłość jako wyzwanie duszpasterskie. Wokół swej Patronki zjednoczył się cały naród: biedni i bogaci, biali i czarni, katolicy i protestanci, chrześcijanie i ateiści. I do takiego kraju, naznaczonego przesłaniem miłości, przyjechał papież jako „pielgrzym miłości i wiary”. Odwiedził sanktuarium El Cobre i podarował mu Złotą Różę. Pobyt Benedykta był krótszy niż Jana Pawła II – tylko cztery dni, ale też bardzo ciekawy i ważny.

Wizyta Franciszka – trzeciego papieża na Kubie – była dla nas wielkim zaskoczeniem, zupełnie się jej nie spodziewaliśmy. Było to wielkie szczęście dla nas, że biskup Rzymu – i to pochodzenia latynoskiego, mówiący tym samym językiem, co my, mający podobne doświadczenia, znający dobrze rzeczywistość Ameryki Łacińskiej, posługujący się gestami bardzo typowymi dla Kubańczyków – wezwał nas, biskupów, abyśmy służyli innym, a nie żeby nam służono, wezwał do budowania mostów, a nie murów. Jest to papież, który mówi, że należy żyć, żeby służyć nie ideom, ale człowiekowi, gdyż to człowiek jest najważniejszy. I ta wizyta też była ważna: Franciszek pozostawił nam przesłanie dla Kościoła, dla wszystkich.

Drugi pobyt Franciszka ograniczył się do lotniska w Hawanie. Było to spotkanie z patriarchą Cyrylem – także powód do radości, bo spotkały się Kościoły Wschodu i Zachodu. Na ziemi kubańskiej zrobiono krok w stronę jedności katolików i prawosławnych. Dla nas jest to wskazówka: nie możemy żyć podzieleni, mamy być ludźmi pojednania.

Emigracja kubańska dość często atakuje jednak Kościół na wyspie i osobiście kard. Jaime Ortegę y Alamino, a także Stolicę Apostolską, za kontakty z reżymem braci Castro. I za to, że nie upominają się otwarcie o swobody obywatelskie oraz prawa człowieka. Zarzucają np. Franciszkowi, że miał czas, aby się spotkać z Fidelem, ale nie znalazł czasu na rozmowę z dysydentami czy z Damami w Bieli [żonami opozycjonistów i wdowami po nich]. Co sądzi Ekscelencja o tych zarzutach?

– Sądzę, że są to poglądy powierzchowne i niesprawiedliwe. Kościół kubański przez cały ten czas spotykał się z krytyką zarówno w kraju, jak i ze strony emigracji – z zewnątrz. Pozostaje jednak wierny Jezusowi Chrystusowi i pozostaje w pełnej jedności z Następcą św. Piotra – jest to poza wszelką dyskusją.

Z drugiej strony jest to Kościół, który starał się nie tylko przetrwać i zachować swą owczarnię, ale również zawsze pragnął szukać owiec, które zaginęły. W dziejach naszego Kościoła jest wiele wspaniałych postaci – biskupów i kapłanów – którzy dawali piękne świadectwo odwagi oraz wierności i zawsze walczyli o zaspokojenie potrzeb swego ludu.

To właśnie biskupi odegrali np. główną rolę w rozwiązaniu kryzysu w porcie Mariel w 1980 r. [chodzi o jedną z największych fal ucieczek z wyspy; władze podjęły wówczas liczne działania represyjne, a na świecie wzmogła się krytyka reżymu – KAI]. Kościół wystąpił wówczas w obronie tych ludzi, których władze określały mianem „przestępców” i „bezużytecznych”. Ale o tym ani wtedy, ani później nic nie mówiono.

A zatem biskupi troszczą się nie tylko o Kościół i wiernych, ale o cały naród, o wszystkich obywateli. Ale trzeba też przyznać, że wielu krytyków, i to nierzadko związanych blisko z Kościołem, a żyjących z dala od kraju, głównie na Florydzie, w Miami, nie rozumie różnych aspektów rzeczywistości, w jakiej żyje nasz Kościół. Przy okazji chcę wspomnieć, że jestem członkiem utworzonej w połowie lat 90. w łonie episkopatu komisji ds. dialogu z Kubańczykami żyjącymi poza wyspą. Naszym zadaniem jest podejmowanie prób ponownego spotkania z nimi, zrozumienia ich. Odbywa się kilka posiedzeń w ciągu roku, my wyjeżdżamy do nich, ich przedstawiciele przybywają na Kubę, aby lepiej poznać życie naszego Kościoła i narodu.

Ale zajmujemy się też tymi, którzy są w kraju, ale żyją jakby na emigracji wewnętrznej. I często słyszymy takie zdanie: „Dobrze, że zajmujecie się sprawami społecznymi, bo gdyby nie Kościół, to kto miałby to robić?”. Chodzi o programy pomocy samotnym matkom, sierotom, starcom itp. To są wszystko działania Kościoła na niwie społecznej, nieraz mało widoczne, ale bardzo ważne.

A jaka była droga Ekscelencji do Kościoła, do kapłaństwa. Ksiądz Biskup urodził się tuż przed rewolucją, ale został wychowany już w nowej rzeczywistości, która bynajmniej nie sprzyjała życiu religijnemu...

– Rzeczywiście, miałem 3 lata, gdy wybuchła rewolucja. Chodziłem do szkoły państwowej, bo innych wtedy nie było (i wciąż nie ma). Wzrastałem w środowisku wrogim religii, ale pochodzę z rodziny chrześcijańskiej, wszyscy byliśmy ochrzczeni. Urodziłem się i mieszkałem na wsi, gdzie był kościół, do którego regularnie chodziliśmy w niedziele i święta: Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zesłanie Ducha Świętego itp. Ale ze względu na bardzo małą liczbę księży i osób zakonnych nie zawsze były u nas Msze, toteż wielką rolę odgrywała religijność i wiara w rodzinie.

Gdy miałem kilkanaście lat, odkryłem w sobie powołanie kapłańskie, na co wpłynął również widok naszego kapłana wiecznie zapracowanego, zmęczonego, bo był nieustannie w drodze, aby obsłużyć inne parafie. Uznałem, że muszę zostać księdzem, aby pomagać jemu i innym kapłanom.

Czy były jakieś przeszkody ze strony władz?

– Mój znajomy kapłan poradził mi: „Nie opowiadaj o tym naokoło. Rośnij, ucz się, przybierz na wadze, módl się i to wystarczy”. Skończyłem 4 klasy szkoły podstawowej i 3 klasy szkoły średniej, nie mówiąc o swoich planach, ale starałem się dawać świadectwo nie za pomocą różańca czy medalika, bo to było zakazane, ale własnym postępowaniem. Przeszedłem obowiązkowy kurs marksizmu-leninizmu oraz tzw. szkolenie wojskowo-patriotyczne i w obliczu tych wszystkich wyzwań moja wiara i powołanie nie tylko nie osłabły, ale się umocniły. Potem były jeszcze studia i po nich poszedłem do seminarium. Już jako kleryk prowadziłem małe grupy modlitewne i mogłem udzielać niektórych sakramentów. Tą wiarą, jaką miałem i przeżywałem wtedy, żyję w dużym stopniu do dzisiaj. W seminarium hawańskim studiowałem 8 lat, potem przyjąłem święcenia kapłańskie i pracowałem duszpastersko w swej diecezji.

Mówiliśmy o wizycie papieża Polaka na Kubę. Co sprowadziło kubańskiego biskupa do Polski?

– W czasie każdej niedzielnej Mszy św. wyznajemy wspólnotę świętych z Kościołem nie tylko triumfującym, ale także pielgrzymującym. I właśnie po to tu (na 10 dni) przybyłem – aby nawiązać kontakty z Kościołem w Polsce, których do tej pory nie było. A mówiąc konkretniej, stukamy do drzwi Kościoła polskiego z prośbą o współpracę i o wsparcie dla naszego Kościoła. Chodzi zwłaszcza o pomoc w postaci duchowieństwa, życia zakonnego – męskiego i żeńskiego oraz o współpracę na płaszczyźnie duszpasterskiej.

Jak Kościół w Polsce może pomagać Kościołowi, a może i narodowi kubańskiemu?

– Zawsze powtarzam, że najważniejsza jest pamięć i wsparcie modlitewne oraz lepsze poznanie się wzajemne, bo prawie nic o sobie nie wiemy. Wasza modlitwa nas wspiera, ale liczy się też jakaś wasza wizyta, jakiś list, przesłanie pokazujące, że nie jesteśmy sami. Oczywiście potrzebna jest też pomoc w kapłanach, siostrach zakonnych. Pracy jest dużo, a robotników mało; na Kubie ludzie nie znają Chrystusa – wiedzą, że jest Boże Narodzenie, ale co ono znaczy? Zaczyna się świętować np. Wielki Tydzień, ale co to jest? Ludzie przynoszą dzieci do chrztu w kościele, ale też nie bardzo wiedzą, po co to robią. A zatem ogromne pole do ewangelizacji, i to od podstaw. Trzeba też umacniać struktury kościelne, które są bardzo słabe. A jednak mimo wszystko nasz Kościół się odradza, jest żywy i żywotny. Potrzebuje tylko rąk do pomocy, aby mógł głosić Chrystusa.

Na Kubie jest obecnie ok. 230 księży w 11 diecezjach i dla 11 mln mieszkańców. Mamy też ok. 70 seminarzystów. W mojej diecezji, obejmującej dwie prowincje państwowe, 13 tys. km kw. i półtora miliona mieszkańców, są 34 parafie obsługiwane przez 30 kapłanów – z których trzech ma 70 lat i więcej – oraz 7 alumnów. Oprócz tego są wspomniane domy misyjne, w których ludzie spotykają się na modlitwie, czytaniu Biblii – nieraz przybywa do nich kapłan lub przynajmniej szafarz sakramentów, aby odprawić Mszę i udzielić Komunii. To jest główny ośrodek życia religijnego i przyszłość Kościoła na Kubie.

Rozmawiał Krzysztof Gołębiowski

 

Komentarze (0)

Reklama

Powrót na górę strony
Wykonanie: ALX - szkolenia i specjaliści IT
Twitter
Facebook