ekai.pl
Sobota, 26 maja 2012 Św. Filipa Nereusza, prezbitera
Prof. Balter: najważniejsze dla mnie jest zdanie, że Jezus zwyciężył świat
al. Michał Siennicki SAC / ju., 2009-06-13
strona 1 z 2
o. Lucjan Balter; fot. www.pallotyni.org
W związku z jubileuszem 50-lecia kapłaństwa o. Lucjana Baltera, alumn Michał Siennicki postawił pytania o życiowe doświadczenia tego pallotyna, naukowca, wychowawcy.
Gdzie rodziło się Księdza powołanie kapłańskie? Pamiętamy słynne słowa JPII, który mówił o Wadowicach, że tutaj się wszystko zaczęło. Jak dla ks. Lucjana Baltera wygląda początek przygody z kapłaństwem?
Lucjan Balter SAC: Kapłaństwo rodziło się w Wilnie w młodym wieku, kiedy byłem ministrantem, zaraz po pierwszej komunii świętej, do której przystąpiłem mając 6 lat. Jako mały ministrant chciałem być Jezuitą. W parafii Niepokalanego Poczęcia w Wilnie na Zwierzyńcu duszpasterzowali księża diecezjalni, ale chciałem być Jezuitą, chociaż nigdy jeszcze w tym czasie żadnego Jezuity nie spotkałem. Chciałem pójść do gimnazjum Jezuitów, o którym coś usłyszałem (choć do żadnej szkoły nie chodziłem), i następnie zostać zakonnikiem. Mama jednak chciała, bym był inżynierem. Okazało się, że te plany miały się rozwiązać inaczej.
Po wojnie trafiłem wraz z Mamą do Radomia (na Młodzianów). Tam (w latach 46-48) zapoznałem się z Pallotynami. Drogi Opatrzności doprowadziły do poznania pallotyńskiej wspólnoty i tak trafiłem na Kopiec k./Wadowic (lata 48-52), skąd wychowawcy chcieli mnie niejednokrotnie wyrzucić (tak przynajmniej mi mówili), bo za bardzo nie pasowałem do ich wyobrażeń o mnie. Kiedy miałem już pójść do nowicjatu, Rektor miejscowy tłumaczył mi przez dobre dwie godziny, że się nie nadaje. Jednak musiano poważnie się mylić, bo ci, o których mówiono i co do których Przełożeni byli pewni, że się nadają, nie zgłosili się do nowicjatu (mam tu na myśli zwłaszcza M. Pyrgla, któremu podarowano nawet sutannę - jeszcze na Kopcu, a potem wysłano z Ząbkowic Śl. jednego z kolegów na poszukiwanie tej „zguby”, która jednak gdzieś znikła). Natomiast Balter znalazł się ostatecznie w nowicjacie i czuł się tam zawsze „na miejscu” - jak u siebie w domu.
Takie były moje początki od Wilna przez Radom i Kopiec i dalej do Ołtarzewa.
Czy pamięta Ksiądz Profesor swój obrazek prymicyjny i co na nim Ksiądz wypisał? Czy słowa na nim zawarte jakoś towarzyszyły Księdzu na drodze kapłańskiej?
- Hasłem, które towarzyszyło mi przez całe seminarium, są słowa Jezusa z Ewangelii św. Jana. „Na świecie doznacie ucisku, ale nie lękajcie się: Jam zwyciężył świat”. Cała Ewangelia Jana mnie zachwycała, jednak to zdanie najbardziej. W czasie Seminarium nastawiałem się na nasilające się coraz bardziej wówczas prześladowanie Kościoła i czekałem na najgorsze. Już na Kopcu zabrano w 1948 r. prawa państwowe naszemu liceum, później w 1949 r. ziemię i ogród, które nas utrzymywały. Takie wyraźne prześladowanie Kościoła stopniowo się nasilało. Zlikwidowano przecież zakony w Czechosłowacji; bałem się więc represji, które przyjdą na Polskę.
Słowa Jezusa były jednak mocniejsze. Ta myśl towarzyszyła mi cały czas. Najważniejszy jest jednak ten wers, że Jezus zwyciężył świat. A Kościół ma być prześladowany i jeśli nie jest prześladowany, to nie jest tak naprawdę Kościołem Chrystusowym. Jak Chrystus cierpiał, tak i Kościół musi cierpieć. Bo nie jest uczeń nad swojego Mistrza.
Słyszy się wiele o księżach, którzy porzucają Chrystusowe kapłaństwo, czynią to także wybitni Teologowie: czy przez te 50 lat spotkały Księdza takie trudności, w których pojawiała się myśl o odejściu?
- Nie, nigdy nawet na moment o czymś takim nie myślałem. Ale zaraz po święceniach spotykałem się z faktami załamań i kryzysów wśród księży. Przypuszczam, że odejścia chłopców-kolegów z Kopca, a potem z nowicjatu i Seminarium, czasem nagłe i niespodziewane, przygotowywały mnie stopniowo do takiej rzeczywistości. Niemałym szokiem było dla mnie to, że po ósmej klasie odeszło z Kopca ponad 20. chłopców, przeważnie - jak sądzę - za naukę, ale chyba nie tylko. Nie wiem, ile takich dobrych, być może, powołań zostało zmarnowanych (przez wychowawców). Już od nowicjatu wiedziałem, że różnie bywa z wytrwaniem. Z Seminarium odchodzili także starsi i młodsi koledzy. Nie dziwiły mnie z biegiem czasu niektóre odejścia, choć bywały i takie, które bulwersowały. Zresztą ani wszyscy chłopcy na Kopcu lub w nowicjacie, ani też niektórzy przynajmniej wychowawcy nie byli idealni. Bulwersowały mnie zwłaszcza sytuacje, kiedy widać było problem, a mimo to przełożeni nie reagowali. Czasem można było - tak myślałem - kogoś uratować i ocalić przed odejściem. Zwłaszcza gdy chodzi o kolegów kursowych, którzy się łamali w pierwszych latach kapłaństwa.
Gdy chodzi natomiast o mnie samego, to chociaż prawie nic nie układało się według moich wcześniejszych górnolotnych marzeń (nawet na studia kulowskie poszedłem kierując się jedynie posłuszeństwem), to nigdy ani przez moment nie pomyślałem o porzuceniu kapłaństwa. Niekiedy czułem, że kryje się za tym jakaś potężna modlitwa (może mojej Mamy) w mojej intencji. Albowiem te bardzo bolesne niekiedy odejścia jeszcze bardziej mnie umacniały wewnętrznie i uczyły otwartości na niepojętą Wolę Bożą, która mnie prowadzi „swoimi ścieżkami”.
Jeden z wybitnych polskich teologów, niestety już były ksiądz, racje odejścia uzasadniał źle rozumianym posłuszeństwem w Kościele. Jako bardzo niezależny w poglądach teolog, w jaki sposób Ksiądz przeżywał ten szczególny wymiar kapłańskiego życia. Wymiar posłuszeństwa: czym on jest w Księdza życiu.
- Kiedyś w zakonach obowiązywało ślepe posłuszeństwo; jednak ja nigdy z tym się nie spotkałem. Na Kopcu uczono mnie, że posłuszeństwo ma być rozumne. Już w pierwszym roku naszej formacji na Kopcu mówiono nam o tzw. ideale osobistym: kim chcę lub mam być w swoim życiu! W samym odkrywaniu ideału osobistego posłuszeństwo jest istotne. Owszem, posłuszeństwo prowadzi czasem do tego, że trudno jest realizować własne plany. Trzeba być elastycznym. W Seminarium podejmowałem wiele inicjatyw. Za czasów rektorstwa ks. J. Wróbla, który „ćwiczył” kleryków w posłuszeństwie, uczyłem się także takiego „dyspozycyjnego” posłuszeństwa. Dowiedziałem się później, że przełożeni widzieli tę moją dyspozycyjność. Jednak zdarzały się przypadki, kiedy nie zgadzałem się z przełożonymi i wprost im o tym mówiłem.
- 1
- 2
Komentarze (2)
ks. Piotr Zawada SAc
2 lata, 11 miesięcy temuWspólnota Pallotyńska jest dumna z księdza, księże profesorze i Bogu dziękujemy za twoją osobę, i to co nam młodym pokoleniom pallotynów przekazujesz, bo jest to nie tylko formacja intelektualna na wykładach czy spotkaniach, ale przed wszystkim ludzka i duchowa.
OdpowiedzAgnieszka Nowak
2 lata, 3 miesiące temuKs.Profesora spotkałam dwa razy w życiu. Pierwszy kiedy przyjmował mnie na studia zaoczne, drugi na egzaminie magisterskim. Oba spotkania były sympatyczne.Ks. Profesor był niezwykły, naturalny, przeżywał wszystko, co robił, mówił: "pięć lat na KUL-u jeszcze jej mało wpisać na drugi rok". Wywiad udzielony klerykowi odkrywa człowieka, dla którego teologia jest życiem a nie dziedziną wykładaną na uczelni. Swoboda wspominania o otwartości wobec przełożonych świadczy, że przyciąganie ziemskie nigdy dla Księdza Profesora nie stanowiło przeszkody w wędrówce się do nieba. Wielka strata odejście takiego Mistrza, ale może aniołowie zakładają uniwersytet. Niech w miłosierdziu swoim Pan Jezus uściska Ks. Profesora.
Odpowiedz
