Drukuj Powrót do artykułu

Abp Pylak: widzę bardzo dużą odpowiedzialność Kościoła za Ojczyznę

24 maja 2016 | 12:37 | ks. Adam Jaszcz Ⓒ Ⓟ

Widzę bardzo dużą odpowiedzialność Kościoła, biskupów i całego duchowieństwa za Ojczyznę. Tak zawsze bywało w przeszłości i polskie duchowieństwo zdawało egzamin. Dzisiaj również przychodzi nam taki egzamin zdawać – zauważa abp. senior Bolesław Pylak. W rozmowie z KAI najstarszy polski biskup świętujący niespotykany w najnowszej historii jubileusz 50-lecia święceń biskupich opowiada o swoim bogatym życiu oraz powołaniu do kapłaństwa i pasterskiego posługiwania. W sobotę 28 maja o godz. 11.00 w archikatedrze lubelskiej 95-letni hierarcha obchodził będzie złoty jubileusz biskupstwa. Uroczystej Mszy św. przewodniczyć będzie abp Stanisław Gądecki, a homilię wygłosi abp Józef Michalik.

Publikujemy wywiad z abp. Bolesławem Pylakiem:

Ks. Adam Jaszcz (KAI): Kiedy u Księdza Arcybiskupa pojawiły się myśli o kapłaństwie?

Abp Bolesław Pylak: Każde powołanie jest inne. Nie ma identycznych, ponieważ ludzie różnią się od siebie. Ja przed wojną ukończyłem tylko pierwszą klasę w liceum ogólnokształcącym i przyznam, że o kapłaństwie specjalnie nie myślałem. W tamtych czasach młodzi ludzie marzyli przede wszystkim o wojsku, służba w armii była prawdziwym zaszczytem. Mnie również nieobce były te ideały. Ukończyłem teoretyczny kurs pilotowania szybowców, potem chciałem kontynuować tę pasję, jednak wojna pokrzyżowała moje plany. Pomagałem ojcu w gospodarstwie ciężko pracując na roli. Oprócz tego zajmowałem się uprawą tytoniu. Był to też czas przymusowej wywózki Polaków do pracy w Niemczech. To zagrożenie stało się również udziałem mojej rodziny.

– Wojna nie sprzyjała rozeznawaniu swojego powołania.

W domu była nas czwórka, więc obawialiśmy się, że też zostaniemy wywiezieni jako tania siła robocza. Razem z siostrą udało się nam znaleźć pracę w gminie, ja zatrudniłem się również przy budowie niemieckich magazynów wojskowych, co dawało nam pewne zabezpieczenie przed niechcianą wywózką. Nie było to jedyne zagrożenie, ponieważ związałem się wtedy z podziemną organizacją wojskową. Szukaliśmy sposobów walki z okupantem. Moja siostra na przykład działała w wywiadzie AK, a ja nie wiedziałem o tym. Sam należałem do Batalionów Chłopskich, gdzie odpowiadałem za mobilizację ludności w momencie uzyskania wolności. Pracując w gminie, miałem dostęp do różnych ksiąg i ewidencji, co ułatwiłoby wykonanie zadania. Oprócz mnie w BCh działał także mój brat, szwagier, natomiast przyszły szwagier należał do AK. Wszystko odbywało się w absolutnej konspiracji w obawie przed aresztowaniem. W przypadku złapania, bicia i tortur mało kto byłby w stanie zachować tajemnicę. Tragicznym wydarzeniem było dla mnie aresztowanie dowódcy placówki BCh w mojej miejscowości – człowieka, dzięki któremu znalazłem się w BCh. Wraz z nim uwięzili wtedy jeszcze dwóch rodzonych braci, przetrzymywali ich na Zamku Lubelskim. Metody przesłuchań były standardowe: bicie i znęcanie się psychiczne oraz fizyczne. Po takim przesłuchaniu przynosili go do celi, bo nie mógł już wrócić o własnych siłach. Był prawdziwym bohaterem, nie „wysypał” nikogo. Tamtych dwóch braci udało się wykupić, ponieważ Niemcy bywali często przekupni. Dochodziły do mnie wieści na temat Józka, bo tak miał na imię ten dowódca. Sam zastanawiałem się, co mam robić, zostać czy uciekać. W przypadku obławy na dom, gdy Niemcy nie znajdowali poszukiwanego, zabierali rodziców. W takich okolicznościach nie było mowy o ucieczce, więc zostałem. Czułem zawsze, że tym wszystkim kierował Pan Bóg.

– Potem przyszła jednak decyzja o wstąpieniu do seminarium duchownego.

– Jako młody człowiek miałem takie momenty, gdy pytałem sam siebie, czego Bóg ode mnie oczekuje. To były pytania egzystencjalne, podstawowe: po co człowiek żyje, jaki jest sens tego życia? Zaprzyjaźniłem się wtedy z ks. Frankiem Sysą z mojej rodzinnej parafii, młodym kapłanem, zaledwie rok po święceniach. Któregoś razu usiedliśmy do wspólnej pogawędki, a on nagle mówi do mnie bez żadnych ogródek: „A może byś poszedł do seminarium. Pojedziesz, zobaczysz i podejmiesz decyzję, co dalej”. Zdecydowałem, że spróbuję, choć w żadnym wypadku nie jechałem tam z nastawieniem, że muszę być księdzem. Odległość 40 kilometrów z Łopiennika do Krężnicy Jarej pokonaliśmy na furmance. 3 listopada 1943 – to dzień mojego wstąpienia do seminarium, które funkcjonowało już od 1942 r. Pamiętny to dzień nie tylko z tego powodu. Tego dnia hitlerowcy rozstrzelali na Majdanku około 18 000 Żydów. Słyszeliśmy strzały, droga była zablokowana, więc musieliśmy jechać naokoło przez Tatary. Zatrzymaliśmy się na nocleg u dawnego proboszcza mojej rodzinnej parafii, który wtedy pracował na Bronowicach. Był to już staruszek, ale bardzo szlachetny i oddany duszpasterstwu. Nad ranem zostawiliśmy tam konie i piechotą wyruszyliśmy do Krężnicy.

– Jakie były pierwsze wrażenia po przyjeździe na miejsce?

– Pierwsze wrażenia są bardzo ważne. Pamiętam dobrze rektora ks. Piotra Stopniaka. Od razu jednak wyczułem, że najważniejszą osobą był tam ks. prof. Zdzisław Goliński – główny organizator tego seminarium. Dbał o nasze wyżywienie i o wszelkie sprawy ekonomiczne. Ks. Karol Konopka był ojcem duchownym, miał dwa doktoraty, które zrobił przed wojną w Szwajcarii. Nie za to jednak ceniliśmy go najbardziej, lecz za wielką uczciwość. Był to człowiek przezacny, chociaż czasami nie szczędził ostrego słowa. Wynikało to z ojcowskiej miłości i troski o nasze powołania. Jeden z moich kolegów mawiał, że ojciec Konopka nawet paznokcie miał kapłańskie. Seminarium mieściło się w drewnianym domu należącym do sióstr szarytek. W wakacje siostry udostępniały go na przykład dzieciom na wypoczynek.

– Udało się wam, dorosłym mężczyznom, zmieścić w drewnianym, letniskowym domu?

– Ciasnota przeogromna, chociaż nie było nas przecież wielu – zaledwie 2 kursy, czyli około dwudziestu osób. Spaliśmy na łóżkach zwanych „wyrkami”. W budynku panowały bardzo złe warunki higieniczne, brakowało podstawowych rzeczy, m.in. mydła. Mimo to stanowiliśmy jedną, wielką rodzinę. Uciążliwe były kontyngenty, które ściągali Niemcy: zboże, ziemniaki, świnie. Głód towarzyszył nam każdego dnia. Nieocenione zasługi dla tamtego seminarium miał ks. prof. Goliński. Dokonywał wręcz cudów sprowadzając zboże chociażby z okolicznych wiosek. Ja sam pamiętam, jak razem z ks. Golińskim przywieźliśmy z parafii Zemborzyce 3 worki zboża. By zrozumieć, jak wielkie to miało znaczenie, trzeba zdać sobie sprawę, że niekiedy chleba brakowało nawet przez 2 tygodnie. Wyznaczane były porcje: kromka i koniec. Jeśli chodzi o mięso, siostry co prawda hodowały kilka świń oraz kury, jednak w większości musiały odstawiać trzodę jako kontyngent dla Niemców. Świnie do tego przeznaczone były kolczykowane. Dzięki sprytowi ks. Golińskiego czasami udawało się zdjąć kolczyk dorosłemu zwierzęciu i zaobrączkować młode. Wtedy można było przeznaczyć dorosłą świnię do uboju. Pamiętam, jak kiedyś kury zachorowały na jakąś zarazę, w wyniku czego nastąpił pomór. Dla nas kleryków oznaczało to wtedy nic innego, jak lepszy obiad. Taka wtedy była rzeczywistość. Duże znaczenie miał też dla nas zdrowy klimat Krężnicy: ziemia piaskowa, lasy i świeże powietrze.

– Jak na krężnickie seminarium patrzyli hitlerowcy?

– W 1941 r. gubernator Frank pozwolił, by seminarium ukończyli ci alumni, którzy rozpoczęli formację przed wojną. Dzięki temu w międzyczasie wyświęcono 38 księży. Potrzeby były przeogromne. Wielu kapłanów poniosło śmierć lub zostało wywiezionych do obozów koncentracyjnych. Gdy ja wstąpiłem do seminarium, zastałem tam tylko jeden kurs oprócz naszego, który dopiero rozpoczynał formację. Gestapo pozwoliło na przyjęcie 10 nowych alumnów, ale tylko takich, którzy też już wcześniej uczyli się w seminarium duchownym. Ja także zostałem zaliczony do tej grupy, chociaż oczywiście wcześniej z seminarium nie miałem nic wspólnego.

– Jak wyglądało życie duchowe alumnów?

– Gromadziliśmy się wspólnie na modlitwy w kaplicy. Ten obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który obecnie znajduje się w bocznym ołtarzu kościoła seminaryjnego, umieszczony był w Krężnicy Jarej w głównym ołtarzu. Z tym obrazem jestem szczególnie związany. Tam przecież rozstrzygały się kleryckie losy, historie naszych powołań. Życie biegło swoim torem: codzienne modlitwy, rozmyślania, konferencje. Pod tym względem niewiele się zmieniło aż po dziś dzień. Większy niepokój i zagrożenie związane było z życiem na zewnątrz. Któregoś dnia patrzymy, a tu seminarium otoczone przez Niemców. Okazało się, że w lesie zemborzyckim był dom diecezjalny, w którym ukrywali się Żydzi. Oni tych Żydów wymordowali. My też żyliśmy wtedy w strachu nie wiedząc, co się wydarzy. Po wejściu Sowietów doświadczyliśmy również chwil grozy. Pewnego wieczoru weszli do seminarium i zażądali wydania jednego z naszych kolegów – Józefa Kruka. Pochodził on z parafii w Krężnicy Jarej, a oprócz tego dowodził placówką AK właśnie w tej miejscowości. Ktoś go zadenuncjował. Gdy go zabierali, powiedział tylko: „Jeśli przeżyję, to wrócę do was”. Trzy i pół roku spędził na Kaukazie w kopalni węgla i rzeczywiście po uwolnieniu powrócił do seminarium. Te ciężkie przeżycia bardzo go zmieniły. Był cały opuchnięty, bardzo źle wyglądał. O Rosji nic nie chciał mówić, dopiero gdy jako ksiądz przeszedł na emeryturę, powiedziałem mu: „Józiu, teraz musisz to opisać”. Tak też się stało. Z tamtych lat pamiętam, że gdy wybrałem się na spacer, rzeczywiście widziałem w jednym z grobowców na miejscowym cmentarzu skrzynki z amunicją. To świadczyło o działalności na tamtym terenie ruchu oporu. Myślę, że te wszystkie przeżycia też były dla nas wielką formacją. Mieliśmy wtedy w seminarium jednego konia i to był właściwie jedyny transport. Zaprzęgało się go do furmanki i jeździło się do Lublina. Oficjum furmana spełnialiśmy we dwóch z klerykiem Janem Mazurem, późniejszym biskupem siedleckim. Gdy ks. Antoni Słomkowski w 1944 r. organizował struktury KUL, ja służyłem mu jako woźnica. Mogę się więc pochwalić, że w tej reaktywacji też mam swój udział.

– Jako klerycy musieliście studiować filozofię i teologię. Czy aby wstąpić do seminarium trzeba było mieć za sobą maturę?

– Dopiero jako kleryk ukończyłem drugą klasę liceum im. Zamoyskiego w Lublinie i zdałem maturę. Na plebanii w Krężnicy Jarej, razem z ks. Józefem Frankowskim, mieszkał właśnie ks. Słomkowski, przedwojenny profesor KUL. Przychodził do nas z wykładami z teologii. To był wspaniały naukowiec, dlatego nawet w tych trudnych warunkach mogliśmy zdobywać niezbędną formację intelektualną. Oprócz niego dojeżdżali do nas inni profesorowie, np. ks. Tomasz Wilczyński – proboszcz z Bełżyc, późniejszy biskup. Inny, młody ksiądz, uczył nas śpiewu przywożąc za każdym razem świeże jabłka. Pamiętam też pewnego kapłana ze Wschodu, który działając w konspiracji, musiał się ukrywać. Przyjeżdżał do nas z wykładami z filozofii. Myślę, że to, co istotne, zdołali nam przekazać. Nie udało nam się przerobić Traktatu o rzeczach ostatecznych z teologii dogmatycznej. Profesor kazał go doczytać indywidualnie. Wątpię, żeby wszyscy przeczytali, ja jednak czułem, że to jest ważne. Interesowały mnie zagadnienia dotyczące eschatologii i przestudiowałem ten traktat. Intuicję miałem dobrą, bo w kilka lat później podjąłem studia specjalistyczne z teologii dogmatycznej. W czasie wykładów w seminarium używaliśmy do notatek papieru pakunkowego, ponieważ inny był niedostępny.

– Po zajęciu gmachu seminarium przez hitlerowców doszczętnie ograbiono biblioteką seminaryjną. Zbiory wywieziono do Publicznej Biblioteki im. H. Łopacińskiego. W latach 1944-1945 Ksiądz Arcybiskup jako kleryk uczestniczył w przewożeniu ocalałych zbiorów z tej biblioteki do kurii biskupiej.

– W 1939 r. Niemcy wywozili książki z biblioteki seminaryjnej na ulicę Narutowicza. W Bibliotece im. Łopacińskiego wydzielili specjalne pomieszczenie. To był dział „Religion” – książki religijne. Po wkroczeniu Sowietów przewoziliśmy te książki z powrotem, najpierw do kurii, a potem do seminarium. Uratowaliśmy wtedy 33 000 tomów, niestety zniszczeniu uległy katalogi. Trasę Krężnica Jara-Lublin pokonywałem często razem z ks. Golińskim. Była to trudna droga, często zabłocona. Pewnej nocy jechałem tą trasą i koń nagle odmówił posłuszeństwa. Obok na rowerze jechał ks. Goliński. Jak gdyby nigdy nic zeskoczył z roweru, wszedł w błoto po kolana i zaczął wyciągać konia. Bardzo mi wtedy zaimponował. Kiedy do Lublina przyszedł bp Wyszyński, ks. prof. Zdzisław Goliński został mianowany biskupem pomocniczym. To był duet, który się świetnie rozumiał pod każdym względem. Podkreślał to Prymas Tysiąclecia w listach do bp. Golińskiego wysyłanych z Komańczy.

– Kiedy seminarium powróciło na swoje właściwe miejsce, czyli do Lublina?

– Stary gmach udało się odzyskać dopiero po Wielkanocy w 1945 r. Warunki wcale się nie poprawiły, ale byliśmy u siebie. Małe pokoiki, jedna ubikacja, wcześniej był tu szpital, najpierw niemiecki, a potem sowiecki. Po odzyskaniu budynku przez wojsko polskie urządzono w części gmachu Szkolę Oficerską Intendentury. Wtedy też przyjechało 10 alumnów z Wilna, którzy po prostu chcieli uciec od Sowietów. Łatwiej było im to zrobić w charakterze kleryków, dlatego w większości trudno tu było mówić o motywacjach związanych z powołaniem. Mimo, że 7 z nich odeszło, 3 zostało wyświęconych: późniejszy bp Edmund Ilcewicz oraz 2, którzy podjęli pracę w diecezji białostockiej. Z okresu stacjonowania tu polskich żołnierzy pamiętam, że dwóch z nich chciało wstąpić do seminarium, ale nie otrzymali pozwolenia przełożonych. Cały czas diecezja walczyła o pozostałą część zabudowań tzw. nowy gmach, który podobnie jak niższe seminarium (Biskupiak) znajdował się w rękach komunistycznych władz.

– Po jakim czasie udało się odzyskać zagarnięte bezprawnie budynki?

– Ważnym wydarzeniem w tej perspektywie był ingres bp. Stefana Wyszyńskiego do katedry lubelskiej. Na trasie od KUL do katedry zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Młodzież oczekiwała na nowego biskupa w kościele garnizonowym. W imieniu studentów przemawiał, późniejszy profesor, Stefan Sawicki. Trudno wyrazić słowami ten wielki entuzjazm ludności doświadczonej tak bardzo przeżyciami wojennymi. W katedrze przemawiał ks. Piotr Stopniak – wikariusz generalny, który zwrócił uwagę na problem związany z przejęciem gmachu. Bp Wyszyński też dotknął tego w swoim przemówieniu. Zrobił to bardzo sprytnie, bo podziękował władzom za zwrócenie gmachu, chociaż nikt takiej decyzji jeszcze nie podjął. Po latach znalazłem w notatkach UB wzmiankę o tych właśnie słowach biskupa. Już w listopadzie odzyskaliśmy parter: 3 sałe i 2 pokoje. Punktem zwrotnym był przyjazd na wiosnę 1947 r. kard. Bernarda Griffina, prymasa Anglii. Rektor seminarium ks. Tomasz Wilczyński udał się wtedy na rozmowę do władz. „Przyjedzie prymas Anglii. Zobaczy, jak to wszystko wygląda i te informacje pójdą w świat” – przekonywał. Władzom komunistycznym bardzo zależało na opinii światowej i ten chwyt odniósł sukces. Zwrócili nam cały gmach, ale w kompletnej ruinie.

– Czyli nie nadawał się do zamieszkania.

– Naglącą potrzebą stało się odnowienie i wyremontowanie budynków seminaryjnych. Problem był duży, ponieważ społeczeństwo borykało się z ogromną biedą. Sprostał temu ks. rektor Wilczyński wysyłając wszystkich alumnów w teren, aby zbierali pieniądze na odbudowę seminarium. To był dobry pomysł, ludzie mimo biedy okazali się hojni, każdy pomagał, jak mógł. Dawali różne rzeczy, również zboże i płody ziemi. Ja wyjeżdżałem na zbiórki do parafii Wysokie. Ktoś dał jakąś furmankę i jeździło się od kolonii do kolonii, od domu do domu. Czasami odbywało się to kosztem nauki, ale w zamian mogliśmy zobaczyć, jak żyją zwykli ludzie. Było to korzystne dla rodzących się w nas ideałów dotyczących duszpasterstwa. Seminarium zostało odbudowane również dzięki ciężkiej pracy kleryków. Ten fizyczny wysiłek wpisywał się jakoś w ogólny narodowy entuzjazm, oto odbudowujemy naszą Ojczyznę, nasz polski Dom. Wspominam ten czas jako trudny, ale z drugiej strony przepiękny, właśnie ze względu na ten narodowy zryw.

– Rok 1945 to przede wszystkim koniec wojny, ale to także powrót do diecezji internowanego w Nowym Sączu bp. Mariana Leona Fulmana, jego śmierć i wejście w rzeczywistość biskupiego posługiwania młodziutkiego księdza z Włocławka Stefana Wyszyńskiego. Jak wspomina Ksiądz Arcybiskup tych dwóch biskupów lubelskich?

– Bp. Marian Leon Fulman powrócił do Lublina w lutym 1945 r. Zamieszkał w kurii, przygotowano mu tam dwa pokoje. Wcześniej internowany był w Nowym Sączu i stamtąd sprawował rządy w diecezji. Nasi księża jeździli do niego i w ten sposób komunikacja z pasterzem była zachowana. Bp Fulman był już starszym, schorowanym człowiekiem. Jako klerycy chodziliśmy do biskupa posługując mu w czasie porannej Mszy świętej. Trzeba go było pilnować, bo czasami gubił się już w formularzu. Niekiedy zapraszał nas do siebie na śniadanie, co było wielkim wyróżnieniem nie tylko ze względu na osobę bp. Fulmana, ale także z tej racji, że po prostu w seminarium brakowało jedzenia. Możliwość posmarowania chleba masłem nie była codziennością. W czasie takiego śniadania jeden z moich kolegów zjadł pewnego razu całą kostkę masła i z tego powodu przeżywał potem rozterki, czy się aby właściwie zachował. Pogrzeb bp. Fulmana w zniszczonej jeszcze katedrze był wielką manifestacją wiary i patriotyzmu.

– W tej zniszczonej katedrze swój ingres odbywał przyszły Prymas Tysiąclecia.

– W odbudowę katedry zaangażował się całym sercem. On także organizował odbudowę zniszczonych kościołów w całej diecezji, bierzmował, wizytował parafie. Do pomocy bp. Wyszyńskiemu wyświęcono trzech diakonów, wśród których znalazłem się też ja. Moim następcą był diakon Jan Mazur. Wizytacja dekanatu trwała nawet tydzień. Dzień po dniu odwiedzaliśmy poszczególne parafie. Taka praca wymagała mocnego zdrowia. Wyszyński był młodym biskupem, miał zaledwie 46 lat. Jednak czasami i on nie wytrzymywał tego tempa i podupadał na zdrowiu. Jako diakon przynosiłem mu Komunię świętą. Sługa Boży Stefan Wyszyński był człowiekiem o wielkiej duchowości, erudycji, kulturze osobistej. Widać to było także w jego kazaniach, to brzmienie i emisja głosu, wspaniała dykcja i wymowa, robiły na słuchaczach duże wrażenie. Publiczne wystąpienia biskupa bogate były w treść i życiową mądrość. Przemawiał długo, ale nikt nigdy się nie skarżył. Nawet pewien oficer UB z Zamościa powiedział kiedyś: „O, taki to by się przydał w naszych szeregach”.

– Kaznodziejstwo zawsze leżało na sercu Księdzu Arcybiskupowi.

– Kiedy zostałem biskupem lubelskim, zaangażowałem w seminarium aktora, żeby przychodził i uczył kleryków poprawnej wymowy i dykcji. Owoce tego były widoczne. Ci, którzy korzystali z jego lekcji, robili duże postępy w proklamowaniu słowa Bożego. Pamiętam jednego diakona, który towarzyszył mi w różnych posługach. Dzisiaj jest pięknie pracującym księdzem, jednak wtedy, gdy posłuchało się go czytającego Ewangelię, to brała żałość. Wziąłem go kiedyś na bok i w cztery oczy zrobiłem rachunek sumienia. I rzeczywiście wziął to do siebie. Na drugi raz aż przyjemnie było go słuchać. Zawsze zwracałem na to baczną uwagę. Innym razem byliśmy razem z bp. Kamińskim w Warszawie. Czytał tam słowo Boże kleryk z seminarium warszawskiego. Zrobił to przepięknie i od razu widać było szkołę ks. Kazimierza Orzechowskiego.

– Jak wspomina Ksiądz Arcybiskup pierwsze lata swojego kapłaństwa?

– Moją pierwszą parafią gdzie zostałem skierowany po święceniach, był Nałęczów. Wyświęcono na naszym kursie 11 księży i rzeczywiście Kościół lubelski potrzebował nas bardzo. W dekanacie garbowskim, gdzie pracowałem, byłem jedynym młodym kapłanem. Udało się w tamtym czasie wyremontować budynek z przeznaczeniem na dom rekolekcyjny, który istnieje po dziś dzień. Pracy było dużo, ale inicjator tego przedsięwzięcia bp. Wyszyński zdołał pobłogosławić ten dom jeszcze przed swoim odejściem do Warszawy. W Nałęczowie byłem jedynym wikariuszem, proboszcz ks. Miszczuk był po obozie, rezydujący tam jego poprzednik też był już staruszkiem i nie pożył długo. Pracy więc miałem bardzo dużo. Tygodniowo katechizowałem przez 29 godzin: 24 w podstawówce, 4 w szkole ekonomicznej i 1 w nowej szkole plastycznej. Oprócz tego zajmowałem się ministrantami, Sodalicją Mariańską, Krucjatą Eucharystyczną i innymi obowiązkami wikariuszowskimi. Mimo moich 28 lat, młodzieńczej werwy i entuzjazmu, czasami bywałem naprawdę bardzo zmęczony. Już po latach spotykałem czasami moich uczniów i uczennice z Nałęczowa. Wiele z nich to już babcie i dziadkowie. Z tamtych lat pozostało coś pięknego, co nas łączy.

– Został Ksiądz Arcybiskup jednak oderwany od duszpasterstwa i skierowany na studia.

– Gdy w czasie mojej pracy w Nałęczowie rektor Wilczyński zaproponował mi studia specjalistyczne, to trochę się na to żachnąłem. Dobrze się czułem w parafii i nie chciałem stamtąd odchodzić. Zadziwiłem wtedy księdza rektora. Zawsze starałem się zdawać na Bożą Opatrzność, bo tylko Pan Bóg wie, co jest dla nas najlepsze. W woli przełożonych rozpoznałem Jego wolę. Do wyboru było prawo kanoniczne albo teologia dogmatyczna. Bez zastanowienia wybrałem to drugie, ponieważ tą dyscypliną teologiczną interesowałem się od najmłodszych lat kleryckich, o czym już zresztą mówiłem. Gdy ksiądz kanclerz Olech zapytał mnie, dlaczego nie wybrałem prawa kanonicznego, zażartowałem sobie, że prawa to jakoś nie uważam za naukę. I rzeczywiście, na studia prawnicze poszedł późniejszy biskup Edmund Ilcewicz, a ja studiowałem dogmatykę u ks. Słomkowskiego na KUL. Potem już jako biskup niewiele miałem czasu na pracę naukową w Katedrze Dogmatyki, którą przez pewien czas kierowałem. Wychodziłem z założenia, że w tej działalności ktoś z powodzeniem mnie zastąpi, natomiast w biskupstwie nie jest to już takie łatwe… Po wojnie w seminarium uczył teologii dogmatycznej jezuita o. Waczyński. Chyba właśnie dzięki niemu polubiłem tę dyscyplinę tak bardzo. W przyswajaniu sobie jakiejkolwiek wiedzy na uczelni ważną rolę odgrywa wykładowca. Pamiętam mojego profesora od historii filozofii na pierwszym roku studiów w seminarium. Niby to absolwent uniwersytetu w Louvain, a jedyne co miał nam do zaproponowania, to czytanie podręcznika. Natomiast już na drugim roku przejął te wykłady ks. Goliński. I to był wykład: syntezy, ciekawe myśli, spostrzeżenia, także formacja.

– Potem był czas pracy w seminarium duchownym jako wicerektor.

– Przez 10 lat bycia wicerektorem w seminarium, również później jako biskup i arcybiskup, miałem poczucie odpowiedzialności za młodych kleryków przygotowujących się do kapłaństwa. Jedno jest dla mnie pewne: jeśli ktoś nie ma powołania, to mu życie się nie uda, a jak w porę nie odejdzie, to wielkie nieszczęście dla „stającego do tych zawodów”. Jako wychowawca w seminarium zakładałem dla każdego kleryka zeszyt, w którym zapisywałem różne wydarzenia z życia tych kandydatów. Gdy nazbierało się już trochę tego materiału, zapraszałem konkretnego zainteresowanego na rozmowę w cztery oczy. Mówiłem mu: słuchaj bracie, ja to widzę tak i tak. To ty musisz podjąć decyzję odnośnie twojego życia. Mam satysfakcję z tamtego okresu, że nikogo nie wyrzuciłem autorytatywnie z seminarium. Było to raczej wychowywanie do dojrzałości. Chciałem, aby widzieli, że robię to w trosce o ich przyszłość, bo bycie w życiu nie na swoim miejscu jest dramatem. Nie można zostać księdzem na przykład dla rodziny. Moja mama mawiała mi przed laty: „cieszę się, że jesteś w seminarium, ale gdybyś odszedł, nie powiem ci złego słowa”. I to jest mądre postawienie sprawy. Losy tych, którzy odchodzili, toczyły się różnie. Wielu zakładało szczęśliwe rodziny. Ja na przykład błogosławiłem ślub jednego ekskleryka, który który potem został profesorem na UMCS. Właściwie to raz jeden wyrzuciłem alumna z seminarium. Przyszedł do mnie i o to poprosił. Chciał zrezygnować, ale bał się zaborczej matki. I wyrzuciłem go. Matka pewnie długo miała do mnie pretensje. Kierowałem się wtedy dobrem tego człowieka, a odpowiedzialność za życie drugiego, szczególnie młodego, to bardzo duże obciążenie.

– Jak radziliście sobie z działalnością Służby Bezpieczeństwa?

– Władzom komunistycznym nie podobało się na przykład, że w lubelskim seminarium studiują Ukraińcy. Przyjeżdżał z Warszawy pułkownik UB i żądał ich usunięcia. Nawet w seminarium rozrzucali ulotki przeciw grekokatolikom. Razem z rektorem Brzozowskim oponowaliśmy, że przecież to są tacy sami katolicy jak my, tylko różnią się obrządkiem. O takiej rozmowie zawsze informowałem Księdza Prymasa. Także pod względem narodowym zależało mi na dialogu polsko-ukraińskim. Jesteśmy przecież sąsiadami, Słowianami, potrzebny jest nam wspólny język. Jeśli chodzi o tajnych agentów wśród kleryków, wierzę, że do kapłaństwa żaden nie doszedł. Jako biskup diecezjalny wiedziałem o wszystkich przypadkach wykrycia wtyczki SB. Rektor miał obowiązek mnie o tym informować. W tamtych czasach każdy ksiądz miał swojego „anioła stróża”, teczkę zakładano w momencie wstąpienia do seminarium. Kiedy byłem biskupem pomocniczym, bp Kałwa bardzo często wysyłał mnie na rozmowy z oficerami bezpieki. Przyjemne to nie było, ale nigdy się do
nikogo nie uprzedzałem.

– Co to znaczy?

– Nawet wśród komunistów zdarzali się ludzie, którzy chcieli żyć uczciwie, choć z różnych przyczyn związali się z tym ustrojem. Znałem jednego pracownika UB, który się nawrócił. Przyjął chrzest i w warunkach konspiracyjnych wziął także ślub kościelny. Każdego dnia jego szef wysyłał meldunek do Warszawy o sytuacji w terenie. Zanim ten meldunek trafił do stolicy, ja go czytałem. Nie było tam żadnych rewelacji, ale ten człowiek ryzykował życiem. Ufał nam, był pewny, że te informacje nigdzie więcej nie wyciekną. W tych raportach czasami jakiś ubek chciał się pochwalić swoimi wyczynami w walce z Kościołem, ale najczęściej miało to charakter infantylny i prostacki. Ten człowiek już nie żyje. Na początku uwierzył w komunizm. Myślał, że jest to słuszna i właściwa droga. Gdy się zorientował, jak bardzo się pomylił, miał w sobie na tyle uczciwości, by przynajmniej w taki sposób zademonstrować swój sprzeciw. Dlatego nigdy nie dzieliłem ludzi na lewicę czy prawicę. Interesował mnie konkretny człowiek z jego kondycją moralną. Kiedyś jako młody biskup głosiłem kazanie w kościele akademickim. Mówiłem o wpływie religii na formację człowieka. W niedługim czasie zostałem wezwany do gabinetu wojewody, ponieważ moje kazanie nie wszystkim się spodobało. Jednak przy pożegnaniu, a byliśmy w tym pokoju tylko we dwóch, wojewoda powiedział do mnie: „Niech Ksiądz Biskup uczy, jak uczył”. W aparacie komunistycznym działali ludzie, którzy często wcale nie byli przekonani do komunistycznej ideologii. Jak wielki dramat musiał się rozgrywać w sumieniu tego wojewody, skoro w taki sposób przyznał mi rację?

– Chyba były to jednak pojedyncze przypadki?

Inny przykład: „wyznaniowiec” – z zawodu nauczyciel. Wiedziałem, że jak będzie mógł nam pomóc, to pomoże. Tak też było. W pewnym sensie miał wobec mnie dług wdzięczności. Kiedyś w rozmowie powiedział mi, że nie może kupić ani sprowadzić lekarstwa dla swojego wnuka. Zapisałem sobie nazwę tego leku i gdy byłem w Rzymie, kupiłem ten lek w aptece watykańskiej. Trudno sobie wyobrazić radość tego człowieka. W jakiejś rozmowie miał powiedzieć: „A czy I sekretarz by pamiętał? . Nasza diecezja zawdzięczała wiele ludziom, którzy co prawda byli po tamtej stronie, ale chcieli nam pomagać. Po mojej wizycie u niego szedł do swoich zwierzchników i przekonywał: „Był biskup, prosił, wypada mu pozwolić, udzielić pomocy” itd. W czasie moich rządów w diecezji powstało 400 nowych punktów sakralnych, w tym 146 kościołów parafialnych, choć borykaliśmy się przecież nie tylko z kłopotami politycznymi, lecz także finansowymi. To wszystko przecież wymagało zezwoleń. Ten „wyznaniowiec” został potem I sekretarzem w województwie. Miało to znaczenie w czasie walki o pozwolenie na budowę drugiego kościoła w Świdniku. Miejscowa komórka partyjna była przeciw, ale przyjechał sekretarz i powiedział powiedział: „Towarzysze, ja jestem od tego, aby Kościół rozbijać, ale tu pozwolenie trzeba dać”. Dzięki tej programowo paradoksalnej wypowiedzi otrzymaliśmy pozwolenie.

– Jak układała się współpraca między biskupem diecezjalnym a księżmi?

– Wiem, że byli tacy, którzy mieli mi za złe te niekiedy dobre kontakty z komunistami. Owszem, miałem takie kontakty, ale nigdy się nie sprzedałem nawet pół milimetra. Nigdy mi też nie proponowano jakiejś niegodnej współpracy. Kiedy jeden z księży naszej diecezji, który wstąpił potem do jezuitów, został przeze mnie przeniesiony z kościoła powizytkowskiego do katedry, poszła po Lublinie plotka, że to pod wpływem UB. Absolutna bzdura. Prośba o zmianę duszpasterza wyszła ze środowiska studentów i ja się do tej prośby przychyliłem. Myślę, że krzywdy temu kapłanowi nie wyrządziłem, bo praca w katedrze powinna być dla księdza wyróżnieniem. Opiekę nad młodzieżą akademicką objął inny ksiądz, który rzeczywiście miał do tego talent. Do dzisiaj mam wśród księży wielu przyjaciół. Pracowaliśmy w trudnych warunkach, ale to nas jednoczyło. Kiedyś UB chciało poróżnić mnie z księżmi w diecezji. Puścili plotkę, że jakąś grupę wyróżniłem szczególnie kosztem innych i jest to jawna niesprawiedliwość. Byłem wtedy chory, ale przygotowałem list pasterski wyjaśniający tę prowokację. Pamiętam, że zrobiłem aż trzy wersje, by jak najlepiej sprostować pomówienia. Księża nie uwierzyli w te fałszywe informacje, nie daliśmy się skłócić.

– Na co Kościół w Polsce powinien dzisiaj zwrócić największą uwagę?

– Cały nasz tragizm polega na tym, że hitlerowcy i Sowieci wymordowali polską inteligencję. Ci ludzie mieliby dzieci i wychowaliby je na prawdziwych katolików i patriotów. W samym Powstaniu Warszawskim zginęło kilkadziesiąt tysięcy młodych, wspaniałych ludzi. My często mówiąc o stratach wojennych mamy na myśli zniszczenia materialne, a właśnie największą stratę stanowią ci młodzi Polacy o otwartych sercach i umysłach. Widzę bardzo dużą odpowiedzialność Kościoła, biskupów i całego duchowieństwa za Ojczyznę. Tak zawsze bywało w przeszłości i polskie duchowieństwo zdawało egzamin. Dzisiaj również przychodzi nam taki egzamin zdawać.

Rozmawiał ks. Adam Jaszcz

Abp Bolesław Pylak (ur. 1921) jest arcybiskupem seniorem archidiecezji lubelskiej, profesorem teologii dogmatycznej. Od 1959 r. był wicerektorem seminarium duchownego w Lublinie. 14 marca 1966 r. został mianowany biskupem tytularnym Midiki i sufraganem lubelskim, konsekrowany w katedrze lubelskiej 29 maja 1966 r. przez bp. Piotra Kałwę (współkonsekratorami byli biskupi: Ignacy Tokarczuk i Jan Mazur). Po otrzymaniu nominacji na docenta został kierownikiem katedry teologii dogmatycznej. Autor pozycji książkowych, szeregu rozpraw i artykułów. W dniu 27 czerwca 1975 r. mianowany został biskupem lubelskim, a od 20 lipca 1975 r. objął rządy diecezją. 25 marca 1992 r. podniesiony został do godności arcybiskupa metropolity lubelskiego. W dniu 14 czerwca 1997 r. został zwolniony z obowiązków i przeniesiony w stan emerytalny.

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.