Drukuj Powrót do artykułu

Ciągłość i zmiana w polskim katolicyzmie – rozmowa z dr. Pawłem Skibińskim

26.01.2017 , Tomasz Wiścicki / wer, Warszawa, 25-01-2017 Ⓒ ℗

Sample Fot. YouTube

Nie doceniamy bogactwa, potencjału i zdolności rozwoju polskiego katolicyzmu – ocenia w rozmowie z KAI dr Paweł Skibiński, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego. Zdaniem eksperta Centrum Myśli Jana Pawła II zachodzące w Polsce zmiany polityczne najmniej dotykają zachowań religijnych społeczeństwa.

Tomasz Wiścicki (KAI): W najnowszych badaniach polskiej religijności, przedstawionych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK), chyba po raz pierwszy zwrócono uwagę na uderzającą zbieżność wskaźników religijności z przebiegiem dawnej polskiej granicy zachodniej i północnej – tam, gdzie nasze granice uległy przesunięciu po drugiej wojnie światowej. Po przekroczeniu dawnej linii granicznej religijność skokowo spada. Wyjątkami są ziemie zamieszkiwane przed wojną przez zwarte grupy ludności polskiej – w dawnej niemieckiej części Górnego Śląska i na Śląsku Opolskim oraz częściowo na Warmii. Jak to skomentuje historyk?

 dr Paweł Skibiński: Moim zdaniem nie należy tego nadinterpretować. Tak wyraźna korelacja wynika z przyjęcia pewnego progu zmienności przy tworzeniu mapy – ujawnia się on szczególnie na mapie pokazującej, na jakich terenach odsetek wiernych przekracza granicę 95 proc.

Występowanie takiego progu jest jednak faktem wskazującym na istnienie związku między katolicyzmem a kulturą polską. To jest dowód naukowy, z dziedziny socjologii analitycznej, na istnienie tej ścisłej relacji, którą dostrzegają także historycy czy filozofowie kultury. Oczywiście nie oznacza to ani tego, że wszyscy Polacy są katolikami, ani też, że wszyscy katolicy zamieszkujący ziemie polskie są Polakami.

W moim przekonaniu wyjaśnienie tej zależności może być dwojakie. Po pierwsze, stała siatka osadnicza sprzyja katolickim praktykom religijnym. Fragment II Rzeczypospolitej, który pozostał w granicach Polski po drugiej wojnie światowej, jest stabilniejszy społecznie, nie przeżył wykorzenienia i powtórnego zakorzenienia, a sytuacja ta sprzyja większej intensywności praktyk religijnych.

Po drugie, moim zdaniem ta zbieżność poziomu religijności z przebiegiem przedwojennej granicy, wraz ze wspomnianymi wyjątkami, może wiązać się z faktem, o którym trochę zapominamy mówiąc o historii Polski po drugiej wojnie światowej i dziejach Kościoła w Polsce w tym czasie. Otóż prymas Wyszyński i jego pokolenie ludzi Kościoła stanęło przed gigantycznym zadaniem stworzenia niemalże od podstaw sieci instytucjonalnej i społecznej Kościoła na tzw. Ziemiach Zachodnich i Północnych. Katolicka sieć parafialna tam prawie nie istniała, bo i katolików tam przed wojną niemal nie było. Większość stanowili tam niemieccy protestanci. Wyjątkami były właśnie Śląsk Górny i Opolski oraz Warmia.

Wraz z wymuszoną przez Armię Czerwoną migracją Niemców oraz przeniesieniem polskich katolików na te tereny w wyniku drugiej wojny światowej trzeba było stworzyć tam sieć parafialną i społeczną Kościoła. Zauważamy to na poziomie diecezjalnym, ale już znacznie rzadziej wiążemy to ze strukturą parafialną i codziennym życiem katolików, w tym z ich praktykami religijnymi.

Mamy tu do czynienia ze szczególnym przypadkiem zjawiska bardziej ogólnego – zadziwiającej trwałości rozmaitych podziałów i zróżnicowań, pochodzących z czasów zaborów albo jeszcze wcześniejszych. Nie widać, by one zanikały. Skąd to się bierze?

– Moim zdaniem, chyba z natury człowieka… Z punktu widzenia historyka natura człowieka, także natura Polaka, jest sumą pewnych ciągłości i pewnych zmian. Badania ISKK dotyczą ważnego aspektu polskiej tożsamości, jakim jest właśnie nasza religijność. Te badania nad polską tożsamością, polegające na rzetelnej analizie rzeczywistości, a nie czynieniu pewnych apriorycznych założeń kulturowych, potwierdzają intuicje, które nam przekazywali prymas Wyszyński i kardynał Wojtyła – o związku katolicyzmu i polskości. To dla mnie bardzo pocieszające. Trwałość zachowań religijnych świadczy o tym, że są one jednym z najgłębszych zasobów polskiej tożsamości.

Nawet jeżeli ktoś nie praktykuje osobiście, to zachowuje pewien zestaw zachowań zbiorowych, które na szczęście bardzo trudno wykorzenić. Spójność naszej kultury narodowej z korzeniami katolickimi to nie ideologia Polaka katolika, tylko prawda o Polaku i katoliku zarazem.

Jak to się dzieje, że Polską pozostaje w Europie oazą wiary? Próbowali to zniszczyć zaborcy, przynajmniej w dwóch zaborach, potem hitlerowcy, następnie komuniści. W obecnych czasach staraniom świadomych laicyzatorów powinny sprzyjać rozmaite czynniki kulturowe i społeczne, które gdzie indziej spowodowały laicyzację, a u nas nie.

– Aby odpowiedzieć na to pytanie, porównałbym perspektywę polską z również znaną mi sytuacją hiszpańską. Trwałość polskiego katolicyzmu można częściowo tłumaczyć tym, że od czasu zaborów i w znacznej mierze dzięki nim nigdy nie był on katolicyzmem państwowym. Co więcej, nawet w warunkach Polski niepodległej, elity polityczne były znacznie mniej katolickie niż społeczeństwo. Nie tylko w komunizmie – tak było w okresie sanacyjnym, to samo dotyczy także elit posolidarnościowych.

Paradoksalnie w pewnym aspekcie okazuje się to źródłem siły polskiego katolicyzmu. Nasze zachowania związane z wiarą nie są bowiem uzależnione od struktur państwowych i politycznych koniunktur. Hiszpanie, demontując struktury autorytarnego państwa frankistowskiego, jednocześnie uznali za stosowne zdemontować struktury swej tożsamości katolickiej. Oczywiście, nie w stu procentach i nie w pełni skutecznie, ale jednak to utożsamienie poszło u nich bardzo daleko, co niestety przełożyło się na świadomość społeczną, jeśli chodzi o religijność. W Polsce tak nie jest. Wierzymy nie dlatego, że nasze państwo jest katolickie, tylko dlatego, że ufamy Panu Bogu. Okazuje się, że to pozytywnie przekłada się na trwałość struktur i zachowań społecznych.

Zachodzące w naszym kraju zmiany polityczne najmniej dotykają właśnie zachowań religijnych społeczeństwa, mimo silnych zakusów środowisk – zarówno polskich, jak i obcych – starających się realizować różne modele antykatolicyzmu, jak w czasach zaborów, a później, już w XX wieku, laicyzmu.

W minionym stuleciu kolejno próbowano narzucić Polakom antychrześcijańskie modele: nazistowski, komunistyczny, a wreszcie lewicowo-liberalny, który dziś także próbuje zaszczepić nam część elit społecznych. Jednak one się nie przyjmują. Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, że te wysiłki nie pozostawiają żadnych śladów w świadomości społecznej.

Innym czynnikiem, który sprzyja trwałości polskiego katolicyzmu, jest to, że wydał on w XX wieku sporą liczbę świętych. Tutaj oczywiście wchodzimy w perspektywę wiary, ale nie chodzi mi tu o pośrednictwo świętych, tylko o to, że Kościół w Polsce może pokazywać wzory osobowe – i to różne, zarówno męczenników, jak i wyznawców. Mamy nawet swojego kanonizowanego teologa – biskupa Pelczara, co pokazuje, że pokutujący w środowiskach postępowych katolików mit polskiego katolicyzmu antyintelektualnego nie jest prawdziwy.

Kolejny czynnik to wielcy przywódcy Kościoła w Polsce, dysponujący nie tylko charyzmą osobistą, ale i ogromnym dorobkiem intelektualnym i organizacyjnym. W pierwszej kolejności myślę o dwóch najbardziej oczywistych postaciach – Stefanie Wyszyńskim i Karolu Wojtyle, ale tę listę można wydłużać o takie osoby jak prymas August Hlond, kardynał Adam Sapieha, z jeszcze wcześniejszego pokolenia postacie bardziej lokalnie, ale wielce istotne, jak prymas Edmund Dalbor czy arcybiskupi Lwowa – ormiański Józef Teodorowicz i łaciński Józef Bilczewski. Charyzmatycznych przywódców, którzy jednocześnie byli bardzo mądrymi ludźmi i znakomitymi duszpasterzami, było w XX wieku Polsce sporo i ich dorobku nie powinniśmy lekceważyć.

Oprócz biskupów był choćby fenomen Maksymiliana Marii Kolbego, nie tylko świętego, zarazem wyznawcy i męczennika, ale także charyzmatycznego organizatora.

U podstaw naszego katolicyzmu leży także niedoceniany kapitał katolicyzmu normalnego, codziennego, chciałby się powiedzieć za prymasem Wyszyńskim – ludowego, choć nie chodzi jedynie o wiarę warstw ludowych.

Polski katolicyzm przechodzi w poprzek wszystkich warstw społecznych. Mamy katolicką inteligencję, robotników, chłopów, biznes. Jest to skutkiem tego, że katolicyzm był w Polsce dwudziestowiecznej religią ogólnonarodową. Nie mamy całych warstw społecznych antyklerykalnych – poza wywodzącymi się z ogólnie pojętego zaplecza społecznego komunizmu.

Można z tą tezą dyskutować – takie środowiska istniały już wcześniej. Owszem, częściowo to one stworzyły to zaplecze, ale nie komunizm je wyprodukował.

– Oczywiście, środowiska antyklerykalne istnieją w każdej warstwie społecznej, ale żadna grupa społeczna nie jest w całości czy zdecydowanej większości wroga Kościołowi. W Polsce antyklerykalizm nie jest konstytutywnym elementem etosu żadnej warstwy społecznej.

Na przykład spoglądając na elity intelektualne nawet w czasach mrocznego peerelu liczba praktykujących profesorów uniwersyteckich była całkiem spora i negatywna selekcja dokonywana przez Wydział Nauki KC PZPR nie była w stanie tego zjawiska zniszczyć.

W Polsce do dziś można uprawiać naukę i być wierzącym. A wśród tych wierzących profesorów jest pełne spektrum wrażliwości religijnych, od bardzo tradycyjnych po niezwykle postępowe.

Czyli bogactwem Kościoła w Polsce jest trwałość i tradycja?

– Nie tylko. Moim zdaniem nie doceniamy całego bogactwa i potencjału polskiego katolicyzmu, jakoś lekceważymy też jego zdolność rozwoju, być może uznając, że tak jak jest dziś było zawsze. Otóż nie. Choćby polski ruch pielgrzymkowy jest w dużej części zjawiskiem XX wieku. Model pielgrzymki częstochowskiej, który dziś znamy, wykształcił się głównie w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, choć oczywiście sama pielgrzymka jest dużo starsza. Istnieją praktyki religijne, które dziś uchodzą za tradycyjne, a zostały zainicjowane w XX wieku. Nie mówię tutaj tylko o kulcie Bożego Miłosierdzia, co jest oczywiste, ale weźmy pod uwagę chociażby męską pielgrzymkę do Piekar Śląskich. Pierwsza odbyła się w 1947 roku!

Przyjęła się świetnie.

– Owszem, i dziś uchodzi za przejaw tradycyjnego katolicyzmu ludowego… Oczywiście, jest to katolicyzm tradycyjny rozumiany jako ciągłość wzorców, ale nie jako coś odwiecznego. Bogactwo Kościoła nie wyraża się w stagnacji. Ono wykwita kolejnymi fenomenami.

Z punktu widzenia historyka fascynujące jest na przykład ożywienie w ostatnich latach kultu eucharystycznego w związku z lokalnymi cudami eucharystycznymi. Nie wypowiadam się na temat charakteru tych zjawisk – traktuję je jako nową odsłonę kultu Eucharystii, istniejącego w Kościele od zawsze.

Polacy uchodzą za skrajnych indywidualistów, co wydaje mi się tezą przesadną, jednak trzeba przyznać, że nasze zachowania kolektywne są dość szczególne. Wynika z tego kolejna cecha specyficzna polskiego katolicyzmu – taka, że nie jesteśmy przesadnie przywiązani do konkretnych kierunków teologicznych, nie zajmujemy skrajnego stanowiska w wielkich sporach teologicznych zachodniego katolicyzmu. Ubocznym tego skutkiem jest to, że wyczerpywanie się pewnych formuł dla polskiego katolicyzmu nie ma aż takiego znaczenia. Wydaje się, że tu się ciężej wprowadza nowe, ale też ciężej wykorzenia dawne. Chociaż to tylko hipoteza.

Poza tym u nas nie zaszczepiono w XX wieku intelektualnego podziału na pogłębiony katolicyzm osobisty i spłycony wspólnotowy. W Polsce taki podział jest absurdalny. Jeżeli biorę udział w nabożeństwach majowych, to jestem płytszym katolikiem niż ten, kto modli się sam przed obrazem czy krucyfiksem? Znam ludzi o gigantycznej głębi religijnej, którzy budują ją na praktykach wspólnotowych.

Cechą szczególną polskiego katolicyzmu jest też jego powszechna i trwała maryjność, co także widać w badaniach ISKK. Z czego ona wynika?

– Wcale nie było oczywiste, że polski katolicyzm będzie aż tak trwale maryjny. Nie przeżyliśmy jednak u nas mody na odżegnywanie się od kultu maryjnego, która dotknęła wiele Kościołów lokalnych, zwłaszcza w okresie okołosoborowym i posoborowym, kiedy maryjność często przedstawiano jako rodzaj kultu zastępczego, w dodatku mającego rzekomo aspekt antyekumeniczny. W Polsce takie myślenie się nie przyjęło, w znacznej mierze dzięki dwóm wielkim osobowościom – prymasa Wyszyńskiego i kardynała Wojtyły, którzy – powiedziałbym – swoją maryjność skutecznie wpoili Polakom, ale z ich pełnym zrozumieniem.

Obchody milenijne są nie do wyobrażenia bez prymasa Wyszyńskiego i on właśnie zaprogramował je jako maryjne, zakończone oddaniem Polski w duchową niewolę Najświętszej Maryi Pannie, Królowej Polski, spersonifikowanej w ikonie częstochowskiej.

Także doświadczenie osobistego cierpienia Jana Pawła II po nieudanym na niego zamachu zostało przekształcone w kult Matki Boskiej Fatimskiej. Oczywiście papież Polak nie narzucił nam tego kultu. To polscy katolicy pod wpływem doświadczenia Jana Pawła II doszli do wniosku, że Matka Boża Fatimska to potężna opiekunka naszego papieża i w związku z tym powstaje ku Jej czci nie tylko pierwsze i najważniejsze w Polsce sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach, ale wiele parafii pod Jej wezwaniem.

Kult Matki Bożej Fatimskiej, bynajmniej nie odwieczny ani nie tradycyjnie polski, jest jednym z najżywszych elementów współczesnej polskiej maryjności, co pokazują badania ISKK. To jest chyba najciekawszy dowód na tę sumę ciągłości i zmiany w polskim katolicyzmie. Ta ciągłość nie opiera się na skostnieniu, tylko na naturalnym przyswajaniu kolejnych zmian.

rozmawiał Tomasz Wiścicki

 

Wersja do druku

Przeczytaj także

25 stycznia 2017 15:22

Filozoficzna droga abp. Marka Jędraszewskiego

Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.