Bądź na bieżąco!

Otrzymuj najnowsze informacje wybrane specjalnie dla Ciebie.

Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej. Szczegóły na stronie www.kai.plX
Drukuj Powrót do artykułu

Misje? Wystarczyło, że wychowałam się w diecezji tarnowskiej

26.10.2017 , Poznań / bt / bd Ⓒ ℗

Sample Fot. TT / @DiecezjaTarnow

Na początku bardzo ważna była i jest nadal świadomość, że nie jestem tam sama; że stoi za mną diecezja i modlą się za mnie ludzie. Cały czas doświadczam też wsparcia mojej rodziny. Nie wiem czy bez niego tak długo dałabym radę być na misjach – mówi w wywiadzie dla KAI Ewa Gawin, świecka misjonarka pracująca w Kamerunie.

W rozmowie wspomina, m.in. o swoich wizytach w kameruńskim więzieniu i szansach, jakie daje w tym kraju edukacja niepełnosprawnym dzieciom. W Kościele trwa Tydzień Misyjny poświęcony szczególnej modlitwie i pamięci o dziełach misyjnych i pracy, także polskich, misjonarzy.

KAI: Przez niespełna 28 lat pracy w Kamerunie zetknęła się Pani z tysiącami ludzkich historii. Którą z nich najbardziej Pani zapamiętała?

Ewa Gawin: Bez wątpienia historię Madlen, dziewczynki z jednej z okolicznych wiosek. Kiedy ją poznałam, miała dwa latka i bardzo poparzone ciało, skulone jak u noworodka. Szałas, w którym leżała dziewczynka, kiedy jej babcia pracowała w polu, zajął się ogniem powstałym przy wypalaniu suchych traw. Takie przypadki nie są niestety na afrykańskich sawannach rzadkością. Madlen musiała przejść kilkanaście operacji, które pozwoliły „odkleić” od ciała ręce i nogi oraz je wyprostować. Trwało to wiele lat. Finansowo pomogła nam diecezja tarnowska, z której pochodzę i ludzie dobrej woli. W tej chwili Madlen chodzi i zarabia na siebie. Skończyła bowiem szkołę i zajmuje się krawiectwem.

A najbardziej zaskakujące sytuacje?

– Spotkania z ludźmi, którzy mi mówią: „Dzień dobry, Ewa!” i zaczynają opowiadać, jak pomogłam im zmienić życie. Patrzę na nich zdziwiona, nie mogąc sobie przypomnieć skąd się znamy (śmiech). Kiedyś, na przykład, popsuł mi się podczas drogi samochód. Podszedł do mnie uśmiechnięty młody chłopak i zaoferował pomoc. Okazało się, że pracuje w pobliskim ośrodku zdrowia. „Pamiętasz, pomogłaś mi, kiedy nie miałem na ukończenie studiów medycznych?” – rzucił pochylając się nad moim samochodem. Odszukałam tę sytuację w pamięci. To były pieniądze, które wcześniej ktoś za moim pośrednictwem przekazał na misje. Kiedy indziej spotkany mężczyzna zaczął wspominać, jak odwiedzałam go w więzieniu. „Rozmawialiśmy i zachęcałaś mnie, żebym po wyjściu zaczął pracę w polu. Dobrze to zapamiętałem i wiesz, zająłem się uprawą pomidorów” – opowiadał.

Czytaj także: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski dla tarnowskiej misjonarki

Biała kobieta odwiedzająca więźniów w kameruńskim więzieniu? To musi być niecodzienny widok.

– Nie byłam pierwsza. Nasze miejscowe więzienie, jeszcze zanim trafiłam do Kamerunu, odwiedzała jedna z zakonnic, Francuzka. Poznałam ją w ośrodku zdrowia, którym przyszło mi kierować w Bertoua. Zawodowo od zawsze zresztą związana byłam ze służbą zdrowia, w Polsce pracowałam jako pielęgniarka. Pewnej niedzieli, kilka miesięcy po moim przyjeździe, zaproponowała mi po prostu, abym poszła razem z nią zobaczyć jak wygląda kameruńskie więzienie. I tak się zaczęło. Po pewnym czasie zakończyła posługę w Kamerunie, a ja dalej chodziłam do więźniów.

Rozumiem, że dyrekcja więzienia spoglądała na te odwiedziny przychylnym okiem?

– Mam dobry kontakt z dyrekcją i zielone światło na różnorodne działania. To duże więzienie. Przebywa w nim około 600 osób: mężczyźni, kobiety, także z dziećmi i młodociani przestępcy. Niektórzy mają bardzo poważne wyroki, inni zostali skazani za tak drobne przewinienia, jak na przykład, brak dokumentów. Niosąc im wsparcie, współpracuję z tutejszym księdzem kapelanem i diecezją.

Jednak pomoc, którą Pani niesie nie ogranicza się do sfery finansowej?

– Oczywiście, choć trzeba podkreślić, że wsparcie finansowe jest niekiedy bardzo ważne. Na przykład wtedy, gdy pod koniec odsiadki okazuje się, że skazany ma jeszcze do uiszczenia jakieś opłaty sądowe czy kary do zapłacenia. Staramy się zdobyć dla niego odpowiednią kwotę, inaczej musiałby spędzić w więzieniu dodatkowych kilka miesięcy.

Dzięki pomocy jednego z darczyńców udało się też uruchomić w więzieniu małe pracownie: krawiecką, wikliniarską i warsztat ślusarki. Środki przeznaczane przez państwo na więziennictwo nie starczają bowiem nawet na wyżywienie skazanych. Potrzebna jest więc także pomoc w dożywianiu. Staramy się również, w miarę możliwości, zapewnić więźniom leki oraz pomoc pielęgniarską, kupujemy im ubrania i buty.

Nie tylko więźniom pomaga Pani w kwestiach zdrowotnych. Organizuje Pani wózki inwalidzkie czy protezy i zabiega o to, by chorzy mieli szansę na operację. Ale szczególnym Pani dziełem jest szkoła dla dzieci głuchoniemych i z innymi upośledzeniami, nosząca imię św. Jana Chrzciciela.

– Aż chciałoby się powiedzieć, że jej powstanie to zupełny „przypadek”. Jednak wiadomo, że u Boga nie ma przypadków. Temat osób niepełnosprawnych stał mi się tak bliski, bo jest w Kamerunie szczególnie trudny. Rodziny, w których na świat przychodzi niepełnosprawne dziecko uważają, że spadła na nich klątwa, lub ktoś rzucił na nich czar i ukrywają je w domu. Szukam więc takich dzieci tam, gdzie mieszkają. Początkowo w szkole skupialiśmy się na dzieciach głuchoniemych, ale z czasem zaczęliśmy przyjmować też dzieci z innymi deficytami. Obecnie około połowa to dzieci głuchonieme i słabo słyszące. Pochodzą z całego Kamerunu, nawet z miejscowości oddalonych o setki kilometrów od Bertoua. Mamy też uczniów słabowidzących, z opóźnionym rozwojem, autyzmem, zespołem Downa czy niepełnosprawnościami fizycznymi, takimi jak paraliż dolnych kończyn.

Przed 13 laty zaczynała Pani z czworgiem uczniów, teraz jest ich ok. 130. Sam kontakt z osobami niepełnosprawnymi podczas Pani pracy w służbie zdrowia zapewne nie wystarczył, żeby ruszyć z taką szkołą?

– Bardzo pomógł mi na początku brat ze Zgromadzenia Braci Montfortan Świętego Gabriela, tzw. gabrielistów. Miał doświadczenie, bo wcześniej zakładał podobne placówki w dwóch innych afrykańskich krajach. Tę naszą pierwszą czwórkę uczyliśmy dosłownie pod drzewem. Później zajęcia odbywały się w domu braci św. Gabriela, a z czasem brat zaczął też szkolić kandydatów na nauczycieli. Kiedy został przeniesiony w inne miejsce, pracowałam z dziećmi dalej i znalazłam nowe pomieszczenia na sale lekcyjne. Z czasem udało się rozpocząć budowę obecnej siedziby, jak i szkolenia kolejnych nauczycieli. Bardzo cenię sobie także pomoc wolontariuszy. W tej chwili pracują u nas dwie misjonarki z diecezji tarnowskiej, które przyjechały do Bertoua na prawie 3 lata. Magda uczy angielskiego, a Gosia zajmuje się internatem. Często przyjeżdżają też do nas wolontariusze na 2‒3-miesięczne pobyty pomagając nam według swoich zdolności i możliwości.

Szkołę udało się uruchomić dzięki pomocy diecezji tarnowskiej, która co roku przekazuje na nią część środków uzyskanych dzięki projektowi „Kolędnicy Misyjni”.

– Te pieniądze nie tylko powalają na rozbudowę szkoły, która jest konieczna w związku z rosnącą liczbą uczniów, ale też na tworzenie internatu z prawdziwego zdarzenia. Teraz są nim po prostu klasy szkolne. Z tej puli dofinansowujemy także opłatę za naukę w naszej szkole, jak i za naukę w Technikum św. Józefa w mieście Diangu i liceach w Bertoua, gdzie staramy się kierować naszych absolwentów. W tych prywatnych szkołach mają dużo większą szansę na to, że ich niepełnosprawność zostanie zaakceptowana. Dla naszych dzieci sukcesem jest zdobycie konkretnego zawodu. Jeden z pierwszych uczniów jest krawcem w wojsku, a kilku innych chłopców ukończyło szkołę rolniczą. Z kolei niektóre z dziewcząt wyuczone na fryzjerki, mają już swoje gabinety.

A jak w ogóle zrodził się u Pani pomysł wyjazdu na misje?

‒ Wystarczyło, że wychowywałam się w diecezji tarnowskiej (śmiech). Moja rodzinna diecezja ma bogatą historię jeśli chodzi o wyjazdy misjonarzy i animacje misyjne. Współpracowałam też z referatem misyjnym i miałam okazję pracować przez krótki czas w Polskiej Misji Katolickiej we Francji. To tam poznałam biskupa z Kamerunu, który zaproponował mi pracę w misyjnym ośrodku zdrowia w Bertoua. Miałam wyjechać jedynie na trzy lata, ale okazało się, że te trzy lata ciągle trwają… I mam nadzieję, że będą trwały dopóki Bóg pozwoli.

Była tam Pani nie tylko kierownikiem ośrodka zdrowia…

‒ Przez kilka lat koordynowałam całą służbę zdrowia w diecezji Bertoua. Reprezentowałam też naszą metropolię w Komisji Episkopatu ds. Zdrowia. Musiałam wówczas pokonywać wiele kilometrów. Do najdalszych miejsc miałam trzy dni drogi.

Pierwsze miesiące w Afryce musiały być zapewne trudne?

‒ Przyznam, że byłam zaskoczona, bo nie zastałam w Kamerunie aż takiej biedy, jaką sobie wyobrażałam. Poza tym nie miałam problemów ani z aklimatyzacją, ani zdrowotnych. W końcu co prawda trafiła się jedna czy druga malaria, ale teraz, kiedy przeszłam ich kilkanaście, nie są już dla mnie większym problemem.

Na początku wszystkiego musiałam się oczywiście nauczyć. Przede wszystkim tego, żeby być z tymi ludźmi, słuchać ich i obserwować. Często jest tak, że kiedy przyjeżdżamy na misje, widzimy mnóstwo potrzeb i chcemy im jak najszybciej zaradzić. Wszystko chcemy zrobić „na wczoraj” i po naszemu. A to jest po prostu niemożliwe. Trzeba dać sobie czas, żeby wejść w tę nową dla nas rzeczywistość. I dać czas tym ludziom, żeby nas poznali. Trzeba się najpierw po prostu przyzwyczaić do siebie nawzajem.

Na początku bardzo ważna była dla mnie, i jest nadal, świadomość, że nie jestem sama, że stoi za mną diecezja, że ludzie się za mnie modlą. Cały czas doświadczam też wsparcia ze strony mojej rodziny, dwóch sióstr i brata (rodzice od wielu lat nie żyją). Nie wiem czy bez niego tak długo dałabym radę być na misjach.

Rozmawiała Kamila Tobolska

***

Ewa Gawin (ur. 1959), świecka misjonarka pochodząca z Woli Rzędzińskiej koło Tarnowa, od 1990 r. pracuje w Bertoua w Kamerunie. Odznaczona przez papieża Franciszka medalem „Benemerenti”, przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, przez bp. Andrzeja Jeża medalem „Dei Regno Servire” i przez abp. Stanisława Budzika medalem „Lumen mundi”.

Wersja do druku

Przeczytaj także

25 października 2017 13:58

Celem nadziei jest raj – przebywanie na zawsze z Bogiem

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.