Drukuj Powrót do artykułu

Jan Paweł II – nadzwyczajny w swojej zwyczajności: wywiad z kard. Stanisławem Dziwiszem

10 października 2010 | 13:53 | tk, mp Ⓒ Ⓟ

Zróbcie rachunek sumienia!” – apeluje do Polaków kard. Stanisław Dziwisz w wywiadzie z okazji dzisiejszego Dnia Papieskiego. „Być może Jan Paweł II pyta dziś Polaków: co zrobiliście z tym wszystkim, co Wam zostawiłem?" – dzieli się refleksją dawny sekretarz Papieża-Polaka. Metropolita krakowski opowiada o charakterystycznych "znakach świętości" jakie naznaczyły całe życie Karola Wojtyły.

A oto pełen tekst rozmowy KAI z kard. Stanisławem Dziwiszem:

KAI: „Odwaga świętości”, temat najbliższego Dnia Papieskiego, odnosi się zarówno do zachęty jaką kierował do świata Jan Paweł II, jak i do życiorysu Karola Wojtyły – dziś kandydata na ołtarze. W czym przejawiała się świętość tego Człowieka, tak bliskiego Księdzu Kardynałowi?

– On nie „stał się” świętym nagle. Tę osobistą świętość widziano już u młodego Wojtyły w okresie studenckim. Jego koledzy z tajnego seminarium mówią, że już wówczas był wyjątkowy: pogodny, naturalny, autentyczny i pozostający w wewnętrznym kontakcie z Bogiem. Myślę, że wyniósł duchowość i umiejętności modlitwy ze swojego rodzinnego domu. Jego ojciec nauczył go modlitwy do Ducha Świętego i z tą modlitwą Karol Wojtyła przeszedł całe życie. Do ostatniego dnia. Nawet w sobotę 2 kwietnia, gdy odchodził z tego świata jako Jan Paweł II odmówił przy naszej pomocy tę modlitwę.

KAI: A Ksiądz Kardynał – który współpracował na co dzień z kard. Wojtyłą przez lata – od którego momentu nabrał przekonania, że ma do czynienia ze świętym?

– Nie nazywaliśmy tego świętością. Osobom obserwującym go towarzyszyło gorące przekonanie, że towarzyszymy człowiekowi o nadzwyczajnych zdolnościach, sile wewnętrznej i charyzmie. Wprost uderzała jego wewnętrzna prostota. Tu dam przykład: pierwszy rok mojego seminarium i pierwsze zetknięcie z ks. prof. Wojtyłą było właśnie tego typu. Na przerwie pomiędzy zajęciami widziałem go w zaciszu kaplicy, zatopionego w modlitwie. Pamiętam jak dziś, że miał wówczas dłuższe włosy, które – gdy pochylony trwał na tej modlitwie – opadały mu na czoło. Kiedy wychodził z kaplicy, miałem wrażenie, że wychodzi ze spotkania, w którym dotknął tajemnicy. Klerycy widzieli tę naturalność jego kontaktów z Bogiem. Dlatego tak do niego lgnęli. Z nim był Bóg, a my szukaliśmy właśnie Jego.

Uderzające było również to, że po każdej Mszy świętej pozostawał w kościele na kilka dobrych minut na osobistej modlitwie dziękczynnej. Kiedy jechałem z nim na wizytację parafii, to przed celebracją nigdy nie odzywał się. Był skupiony, przygotowując się do sprawowania Ofiary Chrystusa.

KAI: A jak dzielił czas na modlitwę i działanie, przy tak dużej ilości obowiązków?

– To ciekawe pytanie. Myślę, że on nie dzielił generalnie czasu na „modlitwę” i „zajęcia”. W najprostszych zajęciach towarzyszyła mu modlitwa. Zauważyłem, że Papież każdego przybywającego na audiencję omadlał, żegnając go powierzał Bożej Opatrzności. Przy czym czynił to tak dyskretnie, że tylko wtajemniczeni wiedzieli, że tak się dzieje. To było niesamowite.

Kiedy w czasie różnych wizyt wypowiadano pod jego adresem słowa pochwalne, on modlił się i to nawet półgłosem. Nie chciał tego słyszeć. Uśmiechał się przy tym.

Każdy dzień jego życia przebiegał oczywiście wedle pewnego duchowego regulaminu. Kiedy wstawał wcześnie rano, rozpoczynał dzień od medytacji, Mszy świętej, dziękczynienia, czytanie duchownego. W każdy czwartek godzinę spędzał na adoracji. Tak było przez całe życie. Powtarzał: pamiętajcie apostołów, którzy zasnęli w Ogrójcu, a Chrystus zapytał ich później: „dlaczego spaliście, nie mogliście czuwać ze mną jednej godziny?” Chciał niejako w ten sposób wypełnić to, co w Ogrodzie Oliwnym zaniedbali apostołowie.

KAI: Mówi się: papież – mistyk. Czy towarzyszyły temu jakieś nadzwyczajne stany mistyczne, wizje?

– Nic z tych rzeczy. Kiedy zostawialiśmy Papieża samego w kaplicy nie chcąc go krępować, to można było słyszeć na przykład jak śpiewa Panu Jezusowi, przemawia do Niego. Myślał pewnie, że nikt go nie słyszy, bo kaplica jest zamknięta. Czasami coś jednak było słychać…
Używał tradycyjnych, prostych formuł Kościoła – modlił się na różańcu, odprawiał Drogę Krzyżową. Były to dla niego środki, ku wejściu w kontemplację.

KAI: Podczas liturgii odprawianych przezeń w różnych częściach świata – a w wielu z nich mieliśmy okazję uczestniczyć – patrząc na Papieża odnosiło się wrażenie, że chwilami jest jakby nieobecny, zanurzony w innym już świecie…

– To prawda. Wielkie tłumy zupełnie nie przeszkadzały mu w skupieniu. Powiedział kiedyś: dla Papieża najważniejszą sprawą jest to, by się modlił – za świat, za Kościół, aby miał wciąż ręce podniesione do Boga. Jak Mojżesz.

KAI: Mówi się, że każdego prawdziwego świętego charakteryzuje poczucie humoru?

– Papież był tego potwierdzeniem, bo to był człowiek naturalny, otwarty i radosny. Bardzo lubił się pośmiać, zaśpiewać, zażartować, ale nigdy nie śmiał się z kogoś. Nie chciał nikomu robić przykrości. Ilekroć bp Albin Małysiak odwiedzał Ojca Świętego, to przedtem zbierał kawały, radosne przykłady i historie z życia Archidiecezji, żeby je opowiedzieć Papieżowi. Posiłek przy stole papieskim przebiegał wtedy niezwykle pogodnie…

KAI: Aby Ojciec Święty był i w tej sferze na bieżąco.

– Właśnie. (uśmiech)

KAI: Skoncentrowanie na modlitwie nie przesłaniało Papieżowi świata, lecz przeciwnie – chyba właśnie dzięki niej otwierał się na spotkanie z drugim…

– Człowiek o głębokim życiu wewnętrznym jest otwarty na potrzeby innych. U Papieża tak było. On wnosił do tego kontaktu z drugim obecność Boga. Pewnego razu na kolacji u Ojca Świętego gościła kilkupokoleniowa żydowska rodzina z Ameryki. Była babka – profesor filozofii, syn – sędzia oraz wnuk i wnuczka. W pewnym momencie ten młody człowiek zwrócił się do Papieża: ja tu wyczuwam obecność Pana Boga, czy mogę zaśpiewać? I zaśpiewał pieśń modlitewną po angielsku i po hebrajsku. Jego słowa o tym, że wyczuwa w tej sytuacji Pana Boga, ogromnie mnie uderzyły.

KAI: A w tych spotkaniach nie było dlań „Greka, Żyda, poganina”…

– Każdy człowiek był dla niego godzien szacunku. Dlatego dziś wszyscy to podkreślają, pamiętając swoje chwile przeżyte u jego boku. Podczas międzyreligijnego spotkania w Krakowie, profesor uniwersytetu islamskiego w Kairze przyznał: „nigdy nie zapomnimy mu tego, jak nas szanował. Zachód nas nie szanuje, traktując jako drugą, czy trzecią kategorię ludzi, natomiast Jan Paweł II miał wobec nas szacunek”. Podobnie odnoszą się do papieskiego stylu prowadzenia dialogu przedstawiciele innych religii.

KAI: Jan Paweł II jest dziś kandydatem na ołtarze. Zarazem jego pontyfikat był rekordowy pod względem liczby nowych błogosławionych i świętych. Czym kierował się papież uruchamiając lawinę procesów beatyfikacyjnych? Dlaczego tylu nowych świętych i błogosławionych?

– Sobór Watykański II stwierdził, że proces wynoszenia na ołtarze trzeba ułatwić. Papież był człowiekiem Soboru. Zależało mu, by nowi święci pochodzili nie tylko z Italii. Co więcej pamiętajmy, że podczas procesów sekularyzacyjnych, gdy wiara ulega ochłodzeniu samorzutnie pojawiają się święci. Dla przykładu, kiedy w Turynie działała intensywnie masoneria, pojawił się św. Jan Bosco. Duch Święty tchnie kędy chce. Przed kilkudziesięciu laty, gdy niektórym wydawało się, że będzie wielki kryzys w Kościele, wzbudził On szereg ruchów i wspólnot, które dziś są jego siłą i rezerwuarem świętości.

KAI: A czy kiedykolwiek, w nieformalnych okolicznościach, np. przy stole u Jana Pawła II, padła choćby żartem sugestia dotycząca jego przyszłej kanonizacji?

– O nie, nigdy.

KAI: Człowiek, który zmienił świat, w sensie materialnym niczego po sobie nie pozostawił…

– Całe życie żył skromnie. Będąc jeszcze biskupem w Krakowie posiadał jeden płaszcz z podpinką – zakładał ją na zimę. Nie przyjmował żadnej pensji, uważał, że swobodnie może dysponować jedynie honorariami za publikacje. I przeznaczał je – prawie nikt o tym nie wiedział – dla ludzi biednych albo studentów.

KAI: A jako papież?

– Nigdy nie brał pieniędzy do ręki (podobnie zresztą jak w czasach krakowskich). Ofiary, jeśli takowe otrzymywał kierował dalej, na rzecz potrzebujących. Pomagał w tym Sekretariat Stanu. Wszystko było odnotowane i pokwitowane. Otrzymywaliśmy podziękowania.

KAI: Na jakim etapie jest obecnie proces beatyfikacyjny Jana Pawła II? Odnosimy wrażenie, że sprawy idą wolniej niż wydawało się, że pójść mogą…

– Proces został zakończony. Oczekujemy z nadzieją papieskich decyzji.

KAI: A sprawa ostatecznego zatwierdzenia cudu?

– W Watykanie czynione są starania, żeby doprowadzić do końca sprawę uzdrowienia francuskiej zakonnicy. Natomiast jest jeszcze wiele innych cudów. Powtarza się dość sporo świadectw młodych małżeństw pragnących mieć potomstwo oraz chorych na choroby nowotworowe.

KAI: Ale cudowne uzdrowienia były faktem?

– Tak. Do dziś pamiętam proboszcza z Trento, który przyjechał na audiencję z rodzoną siostrą, cierpiącą na nowotwór mózgu. Miała ze sobą obrazek Jezusa Miłosiernego. Wkrótce miała iść na operację. Papież dotknął jej głowy i powiedział: będziemy się modlić. Za parę tygodni okazało się, że jest zdrowa, a operacja niepotrzebna… Takich wydarzeń jest sporo.

KAI: Co najbardziej z postawy Jana Pawła II wydaje się Księdzu Kardynałowi najbardziej godne naśladowania?

– Modlitwa oraz jego autentyczność i przejrzystość. Charakteryzowały go też niezwykłe gesty. Kiedy przechodził korytarzem kurii zatrzymywał się przed krucyfiksem, aby go ucałować i uczcić swojego Mistrza. Pamiętam, jak kiedyś podczas wizyty w Sandomierzu w pewnym momencie zauważył chleb na bruku. Uklęknął, ucałował ten chleb i położył go ptakom na trawie.

KAI: Przeżywamy kolejny Dzień Papieski. Jakie przesłanie sformułowałby Ksiądz Kardynał dziś – ponad pięć lat po śmierci papieża Wojtyły – do jego rodaków?

– Trzeba wziąć na poważnie jego nauczanie i wprowadzić je krok po kroku w życie społeczne. Podczas wizyty we Francji Ojciec Święty pytał: „Francjo, najstarsza Córko Kościoła, co uczyniłaś ze swoim chrztem?” Być może Jan Paweł II pyta dziś Polaków: „co zrobiliście z tym wszystkim, co Wam zostawiłem? Zróbcie rachunek sumienia!”

KAI: Oby tak się stało. Bardzo dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Tomasz Królak i Marcin Przeciszewski

Wersja do druku

Drukuj Powrót do artykułu

Jan Paweł II – nadzwyczajny w swojej zwyczajności: wywiad z kard. Stanisławem Dziwiszem

08 października 2010 | 10:03 | tk, mp Ⓒ Ⓟ

On nie „stał się” świętym nagle – mówi w rozmowie z KAI kard. Stanisław Dziwisz, osobisty sekretarz Jana Pawła II. „Z nim był Bóg, a my szukaliśmy właśnie Jego” – dodaje. Jako jeden z najbliższym mu ludzi kard. Dziwisz opowiada o szczególnych „znakach świętości” w życiu abp. Wojtyły, później papieża. „Być może Jan Paweł II pyta dziś Polaków: co zrobiliście z tym wszystkim, co Wam zostawiłem? Zróbcie rachunek sumienia!” – konstatuje metropolita krakowski.

A oto pełen tekst rozmowy KAI z kard. Stanisławem Dziwiszem:

KAI: „Odwaga świętości”, temat najbliższego Dnia Papieskiego, odnosi się zarówno do zachęty jaką kierował do świata Jan Paweł II, jak i do życiorysu Karola Wojtyły – dziś kandydata na ołtarze. W czym przejawiała się świętość tego Człowieka, tak bliskiego Księdzu Kardynałowi?

– On nie „stał się” świętym nagle. Tę osobistą świętość widziano już u młodego Wojtyły w okresie studenckim. Jego koledzy z tajnego seminarium mówią, że już wówczas był wyjątkowy: pogodny, naturalny, autentyczny i pozostający w wewnętrznym kontakcie z Bogiem. Myślę, że wyniósł duchowość i umiejętności modlitwy ze swojego rodzinnego domu. Jego ojciec nauczył go modlitwy do Ducha Świętego i z tą modlitwą Karol Wojtyła przeszedł całe życie. Do ostatniego dnia. Nawet w sobotę 2 kwietnia, gdy odchodził z tego świata jako Jan Paweł II odmówił przy naszej pomocy tę modlitwę.

KAI: A Ksiądz Kardynał – który współpracował na co dzień z kard. Wojtyłą przez lata – od którego momentu nabrał przekonania, że ma do czynienia ze świętym?

– Nie nazywaliśmy tego świętością. Osobom obserwującym go towarzyszyło gorące przekonanie, że towarzyszymy człowiekowi o nadzwyczajnych zdolnościach, sile wewnętrznej i charyzmie. Wprost uderzała jego wewnętrzna prostota. Tu dam przykład: pierwszy rok mojego seminarium i pierwsze zetknięcie z ks. prof. Wojtyłą było właśnie tego typu. Na przerwie pomiędzy zajęciami widziałem go w zaciszu kaplicy, zatopionego w modlitwie. Pamiętam jak dziś, że miał wówczas dłuższe włosy, które – gdy pochylony trwał na tej modlitwie – opadały mu na czoło. Kiedy wychodził z kaplicy, miałem wrażenie, że wychodzi ze spotkania, w którym dotknął tajemnicy. Klerycy widzieli tę naturalność jego kontaktów z Bogiem. Dlatego tak do niego lgnęli. Z nim był Bóg, a my szukaliśmy właśnie Jego.

Uderzające było również to, że po każdej Mszy świętej pozostawał w kościele na kilka dobrych minut na osobistej modlitwie dziękczynnej. Kiedy jechałem z nim na wizytację parafii, to przed celebracją nigdy nie odzywał się. Był skupiony, przygotowując się do sprawowania Ofiary Chrystusa.

KAI: A jak dzielił czas na modlitwę i działanie, przy tak dużej ilości obowiązków?

– To ciekawe pytanie. Myślę, że on nie dzielił generalnie czasu na „modlitwę” i „zajęcia”. W najprostszych zajęciach towarzyszyła mu modlitwa. Zauważyłem, że Papież każdego przybywającego na audiencję omadlał, żegnając go powierzał Bożej Opatrzności. Przy czym czynił to tak dyskretnie, że tylko wtajemniczeni wiedzieli, że tak się dzieje. To było niesamowite.

Kiedy w czasie różnych wizyt wypowiadano pod jego adresem słowa pochwalne, on modlił się i to nawet półgłosem. Nie chciał tego słyszeć. Uśmiechał się przy tym.

Każdy dzień jego życia przebiegał oczywiście wedle pewnego duchowego regulaminu. Kiedy wstawał wcześnie rano, rozpoczynał dzień od medytacji, Mszy świętej, dziękczynienia, czytanie duchownego. W każdy czwartek godzinę spędzał na adoracji. Tak było przez całe życie. Powtarzał: pamiętajcie apostołów, którzy zasnęli w Ogrójcu, a Chrystus zapytał ich później: „dlaczego spaliście, nie mogliście czuwać ze mną jednej godziny?” Chciał niejako w ten sposób wypełnić to, co w Ogrodzie Oliwnym zaniedbali apostołowie.

KAI: Mówi się: papież – mistyk. Czy towarzyszyły temu jakieś nadzwyczajne stany mistyczne, wizje?

– Nic z tych rzeczy. Kiedy zostawialiśmy Papieża samego w kaplicy nie chcąc go krępować, to można było słyszeć na przykład jak śpiewa Panu Jezusowi, przemawia do Niego. Myślał pewnie, że nikt go nie słyszy, bo kaplica jest zamknięta. Czasami coś jednak było słychać…
Używał tradycyjnych, prostych formuł Kościoła – modlił się na różańcu, odprawiał Drogę Krzyżową. Były to dla niego środki, ku wejściu w kontemplację.

KAI: Podczas liturgii odprawianych przezeń w różnych częściach świata – a w wielu z nich mieliśmy okazję uczestniczyć – patrząc na Papieża odnosiło się wrażenie, że chwilami jest jakby nieobecny, zanurzony w innym już świecie…

– To prawda. Wielkie tłumy zupełnie nie przeszkadzały mu w skupieniu. Powiedział kiedyś: dla Papieża najważniejszą sprawą jest to, by się modlił – za świat, za Kościół, aby miał wciąż ręce podniesione do Boga. Jak Mojżesz.

KAI: Mówi się, że każdego prawdziwego świętego charakteryzuje poczucie humoru?

– Papież był tego potwierdzeniem, bo to był człowiek naturalny, otwarty i radosny. Bardzo lubił się pośmiać, zaśpiewać, zażartować, ale nigdy nie śmiał się z kogoś. Nie chciał nikomu robić przykrości. Ilekroć bp Albin Małysiak odwiedzał Ojca Świętego, to przedtem zbierał kawały, radosne przykłady i historie z życia Archidiecezji, żeby je opowiedzieć Papieżowi. Posiłek przy stole papieskim przebiegał wtedy niezwykle pogodnie…

KAI: Aby Ojciec Święty był i w tej sferze na bieżąco.

– Właśnie. (uśmiech)

KAI: Skoncentrowanie na modlitwie nie przesłaniało Papieżowi świata, lecz przeciwnie – chyba właśnie dzięki niej otwierał się na spotkanie z drugim…

– Człowiek o głębokim życiu wewnętrznym jest otwarty na potrzeby innych. U Papieża tak było. On wnosił do tego kontaktu z drugim obecność Boga. Pewnego razu na kolacji u Ojca Świętego gościła kilkupokoleniowa żydowska rodzina z Ameryki. Była babka – profesor filozofii, syn – sędzia oraz wnuk i wnuczka. W pewnym momencie ten młody człowiek zwrócił się do Papieża: ja tu wyczuwam obecność Pana Boga, czy mogę zaśpiewać? I zaśpiewał pieśń modlitewną po angielsku i po hebrajsku. Jego słowa o tym, że wyczuwa w tej sytuacji Pana Boga, ogromnie mnie uderzyły.

KAI: A w tych spotkaniach nie było dlań „Greka, Żyda, poganina”…

– Każdy człowiek był dla niego godzien szacunku. Dlatego dziś wszyscy to podkreślają, pamiętając swoje chwile przeżyte u jego boku. Podczas międzyreligijnego spotkania w Krakowie, profesor uniwersytetu islamskiego w Kairze przyznał: „nigdy nie zapomnimy mu tego, jak nas szanował. Zachód nas nie szanuje, traktując jako drugą, czy trzecią kategorię ludzi, natomiast Jan Paweł II miał wobec nas szacunek”. Podobnie odnoszą się do papieskiego stylu prowadzenia dialogu przedstawiciele innych religii.

KAI: Jan Paweł II jest dziś kandydatem na ołtarze. Zarazem jego pontyfikat był rekordowy pod względem liczby nowych błogosławionych i świętych. Czym kierował się papież uruchamiając lawinę procesów beatyfikacyjnych? Dlaczego tylu nowych świętych i błogosławionych?

– Sobór Watykański II stwierdził, że proces wynoszenia na ołtarze trzeba ułatwić. Papież był człowiekiem Soboru. Zależało mu, by nowi święci pochodzili nie tylko z Italii. Co więcej pamiętajmy, że podczas procesów sekularyzacyjnych, gdy wiara ulega ochłodzeniu samorzutnie pojawiają się święci. Dla przykładu, kiedy w Turynie działała intensywnie masoneria, pojawił się św. Jan Bosco. Duch Święty tchnie kędy chce. Przed kilkudziesięciu laty, gdy niektórym wydawało się, że będzie wielki kryzys w Kościele, wzbudził On szereg ruchów i wspólnot, które dziś są jego siłą i rezerwuarem świętości.

KAI: A czy kiedykolwiek, w nieformalnych okolicznościach, np. przy stole u Jana Pawła II, padła choćby żartem sugestia dotycząca jego przyszłej kanonizacji?

– O nie, nigdy.

KAI: Człowiek, który zmienił świat, w sensie materialnym niczego po sobie nie pozostawił…

– Całe życie żył skromnie. Będąc jeszcze biskupem w Krakowie posiadał jeden płaszcz z podpinką – zakładał ją na zimę. Nie przyjmował żadnej pensji, uważał, że swobodnie może dysponować jedynie honorariami za publikacje. I przeznaczał je – prawie nikt o tym nie wiedział – dla ludzi biednych albo studentów.

KAI: A jako papież?

– Nigdy nie brał pieniędzy do ręki (podobnie zresztą jak w czasach krakowskich). Ofiary, jeśli takowe otrzymywał kierował dalej, na rzecz potrzebujących. Pomagał w tym Sekretariat Stanu. Wszystko było odnotowane i pokwitowane. Otrzymywaliśmy podziękowania.

KAI: Na jakim etapie jest obecnie proces beatyfikacyjny Jana Pawła II? Odnosimy wrażenie, że sprawy idą wolniej niż wydawało się, że pójść mogą…

– Proces został zakończony. Oczekujemy z nadzieją papieskich decyzji.

KAI: A sprawa ostatecznego zatwierdzenia cudu?

– W Watykanie czynione są starania, żeby doprowadzić do końca sprawę uzdrowienia francuskiej zakonnicy. Natomiast jest jeszcze wiele innych cudów. Powtarza się dość sporo świadectw młodych małżeństw pragnących mieć potomstwo oraz chorych na choroby nowotworowe.

KAI: Ale cudowne uzdrowienia były faktem?

– Tak. Do dziś pamiętam proboszcza z Trento, który przyjechał na audiencję z rodzoną siostrą, cierpiącą na nowotwór mózgu. Miała ze sobą obrazek Jezusa Miłosiernego. Wkrótce miała iść na operację. Papież dotknął jej głowy i powiedział: będziemy się modlić. Za parę tygodni okazało się, że jest zdrowa, a operacja niepotrzebna… Takich wydarzeń jest sporo.

KAI: Co najbardziej z postawy Jana Pawła II wydaje się Księdzu Kardynałowi najbardziej godne naśladowania?

– Modlitwa oraz jego autentyczność i przejrzystość. Charakteryzowały go też niezwykłe gesty. Kiedy przechodził korytarzem kurii zatrzymywał się przed krucyfiksem, aby go ucałować i uczcić swojego Mistrza. Pamiętam, jak kiedyś podczas wizyty w Sandomierzu w pewnym momencie zauważył chleb na bruku. Uklęknął, ucałował ten chleb i położył go ptakom na trawie.

KAI: Przeżywamy kolejny Dzień Papieski. Jakie przesłanie sformułowałby Ksiądz Kardynał dziś – ponad pięć lat po śmierci papieża Wojtyły – do jego rodaków?

– Trzeba wziąć na poważnie jego nauczanie i wprowadzić je krok po kroku w życie społeczne. Podczas wizyty we Francji Ojciec Święty pytał: „Francjo, najstarsza Córko Kościoła, co uczyniłaś ze swoim chrztem?” Być może Jan Paweł II pyta dziś Polaków: „co zrobiliście z tym wszystkim, co Wam zostawiłem? Zróbcie rachunek sumienia!”

KAI: Oby tak się stało. Bardzo dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Tomasz Królak i Marcin Przeciszewski

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.