Drukuj Powrót do artykułu

Kard. Ribat z Papui-Nowej Gwinei: Ewangelia nas zjednoczyła

18.07.2018 , Paweł Bieliński (KAI) / mip, Warszawa Ⓒ ℗

Sample Fot. Paweł Bieliński / KAI

Ewangelia zjednoczyła Papuę-Nową Gwineę – kraj 800 języków i związanych z nimi 800 kultur. Mówi o tym w rozmowie z KAI kard. John Ribat, arcybiskup Port-Moresby. Podkreśla rolę polskich misjonarzy. Opowiada o zmianach klimatycznych, które powodują, że podnosi się poziom mórz i wyspy Oceanii znikają pod wodą. – Musimy być głosem ludzi, których dotykają zmiany klimatyczne, wywierając presję na polityków, którzy mogą spowodować obniżenie emisji gazów cieplarnianych – podkreśla hierarcha. Dodaje, że do uchodźców z powodu wojny i politycznych prześladowań, dochodzi teraz nowa kategoria – uchodźcy z powodu zmian klimatycznych, których domy zabiera morze i nie mają już swej ziemi.

KAI: Co wyróżnia Kościół w Papui-Nowej Gwinei spośród innych?

– Przede wszystkim udział katolików w życiu Kościoła. Wszyscy chcą czuć, że są jego częścią, chcą uczestniczyć w nabożeństwach. Kościół jest bardzo żywy.

Nadal jesteśmy młodym Kościołem, który liczy dopiero 135 lat. Wciąż się rozwijamy. Ale doświadczamy już wpływu dzisiejszych czasów. Wielkim wyzwaniem dla nas jest to, jak autentycznie i wiernie żyć wiarą.

Niektóre diecezje mają więcej lokalnych powołań niż inne. Tak jest np. w Wewak, w Rabaul, na Nowej Brytanii. Przypadek Port Moresby jest odmienny. Mamy tam tylko czterech księży diecezjalnych, w tym dwóch pochodzących z Filipin. Spodziewamy się kolejnych trzech z Indii. A w archidiecezji jest 19 parafii. Większość pracujących w nich duchownych stanowią zakonnicy.

KAI: Czy to znaczy, że brakuje powołań?

– Powołania są, ale trudno jest nam je podtrzymać. Port Moresby jest stolicą Papui-Nowej Gwinei. Nie ma tu tradycyjnych wspólnot wioskowych. Do seminarium wstępują synowie rodziców, którzy przyjechali tu do pracy z całego kraju. A gdy rodzice wracają w swe rodzinne strony, klerycy wracają razem z nimi. Tak było od samego początku istnienia diecezji, która powstała zaledwie pięćdziesiąt lat temu, w 1966 roku.

KAI: I na tę rocznicę otrzymała w darze kardynała, pierwszego w historii Papui-Nowej Gwinei!

– To prawda, zostałem kardynałem w 2016 r. Gdy wróciłem z konsystorza, przewodniczyłem obchodom pięćdziesięciolecia diecezji. Ta nominacja kardynalska była darem dla całego Kościoła w Papui-Nowej Gwinei. Co ciekawe, kiedy została ogłoszona, nic o tym nie wiedziałem! Biskup Józef Roszczyński z Wewaku napisał mi SMS-a: „Słyszałem, że zostałeś pierwszym kardynałem w Papui-Nowej Gwinei”. Ale byłem zmęczony i wyłączyłem telefon, więc zobaczyłem tę wiadomość dopiero po tym, jak powiadomił mnie nuncjusz apostolski.

Interesujące jest to, że z mojej nominacji zadowolony był nie tylko Kościół katolicki, ale także inne wyznania chrześcijańskie, bo jestem przewodniczącym Rady Kościołów w Port Moresby. Gratulowali mi nawet premier i przywódca opozycji. Oni też są chrześcijanami. Kraj jest w przeważającej większości chrześcijański: katolicki i protestancki (są anglikanie, luteranie, zielonoświątkowcy itd.). Wszyscy byli wdzięczni Bogu i papieżowi Franciszkowi za tę nominację. To było coś w rodzaju „narodów zjednoczonych”…

KAI: …bo mieszkańcy Papui-Nowej Gwinei są bardzo różnorodni pod względem języka, narodowości, religii plemiennych.

– Mamy 800 języków i związanych z nimi 800 różnych kultur. Oczywiście, istnieją między nimi podobieństwa. Stanowi to jednak prawdziwe wyzwanie dla Kościoła.

Tradycyjne religie plemienne istniały niegdyś tylko w konkretnym plemieniu. Były inne nawet dla każdego klanu w ramach plemienia. Tak było również tam, skąd pochodzę, w Rabaul. Religia była tajemnicą klanu. Inni jej nie znali.

Kiedy więc przybyli pierwsi misjonarze i głosili Ewangelię – a byli to anglikańscy duchowni z Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego – ludzie opowiedzieli się za chrześcijaństwem, ponieważ było otwarte dla wszystkich, nie było w nim sekretów. Za to były w nim: zrozumienie, miłosierdzie, uzdrowienie, przebaczenie. Dla każdego. Tego nie doświadczaliśmy w religiach tradycyjnych.

KAI: Ale czy ta różnorodność języków i kultur nie utrudnia głoszenia Ewangelii?

– Nie, bo chrześcijaństwo jest dla nas czymś wyjątkowym. Łączy nas wszystkich, pochodzących z tych różnych kultur. Te różnice trzymały nas z dala od siebie. Nic nas nie łączyło. A Ewangelia zjednoczyła wszystkich nas i do dzisiaj jednoczy cały naród. Różnice między nami, oczywiście, istnieją. Ale kiedy mamy problem, mówimy o pokoju, o miłości, o przebaczeniu, które przypisujemy Bogu, bo On właśnie tego chce. Jest to naszą siłą, nawet jeśli istnieją różne wyznania chrześcijańskie.

Wyzwaniem są utrzymujące się przesądy, a zwłaszcza lęk przed czarami. Ludzie odbierają życie innym z tego powodu. Kiedy ktoś umiera, obwinia się za to czary przez kogoś rzucone. To wciąż bardzo mocno tkwi w mentalności ludzi i w kulturze. Próbujemy to zwalczać wspólnie z rządem i liderami wspólnot, bo ma to niszczące konsekwencje w życiu ludzi.

KAI: Wspomniał Ksiądz Kardynał o różnych wyznaniach chrześcijańskich. Czy relacje ekumeniczne są dobre?

– Nawet bardzo dobre. Z anglikanami, luteranami i Kościołem Zjednoczonym (skupiającym chrześcijan tradycji reformowanej i metodystów) prowadzimy dialog, w który próbujemy wciągnąć także zielonoświątkowców – oni także głoszą Ewangelię, ale nie zawsze w sposób, który jednoczy, co powoduje problemy. Relacje ekumeniczne pomagają nam wzajemnie się rozumieć, doceniać i współpracować ze sobą. Jednoczą nas. Siedem głównych wyznań tworzy Radę Kościołów Papui-Nowej Gwinei (z udziałem baptystów i Armii Zbawienia). Z innymi wyznaniami i religiami – a jest ich w sumie 19 – łączy nas walka z HIV/AIDS, rozpowszechnionym w naszym społeczeństwie.

KAI: Czy Papua-Nowa Gwinea jest wciąż krajem misyjnym? A może Kościół jest tam już dobrze zakorzeniony?

– Jedno i drugie. Jest wciąż misyjny, a jednocześnie już lokalny. Kościół jest dobrze zakorzeniony. Ale wciąż potrzebujemy misjonarzy, z powodu braku lokalnych duchownych. W Port Moresby nadal bardziej opieram się na misjonarzach niż na lokalnych księżach. Ale np. na Nowej Brytanii i na wyspie Bougainville wszyscy duchowni są miejscowi. Tam więc Kościół jest już w pełni zaszczepiony. Inne diecezje zmierzają w tym kierunku. Tylko Port Moresby jest w innej sytuacji. Musimy naprawdę skupić się na wspieraniu powołań.

KAI: W Papui- Nowej Gwinei jest wielu misjonarzy z Polski. Jak Ksiądz Kardynał ocenia ich zaangażowanie w inkulturację Ewangelii? Bo przecież przyjeżdżają z zupełnie innego świata…

– Mamy nawet trzech biskupów z Polski, w tym jednego już emerytowanego, abp. Wilhelma Kurtza. Uważam, że polscy misjonarze naprawdę dobrze zaadaptowali się do lokalnych kultur. Starają się je zrozumieć. Oczywiście, stanowią one dla nich także wyzwanie. Polscy misjonarze dostrzegają to, co jest w tych kulturach dobre, ale także zauważają rzeczy, które nie wspierają wiary i wtedy próbują je „schrystianizować”. Nie tylko pomagają ludziom, ale są również dla nich przewodnikami.

Dam przykład mojej kultury Tolai z okolic Rabaul. Jednym z jej elementów, związanych z rytami inicjacyjnymi, przygotowującymi chłopca do bycia mężczyzną, było wykonywanie rozkazów reprezentanta ducha Duk-Duk, czego nikt nie mógł odmówić, nawet jeśli miałoby to być niszczenie i zabijanie. Gdy przyszli misjonarze, zupełnie wykorzenili tę animistyczną tradycję, zastępując ją zasadami chrześcijańskimi. Rozkazy zabijania się skończyły, zostało tylko związane z tym święto. Ale gdy tam dorastałem, praktyka ta była jeszcze żywa. Mój krewny był pierwszym w naszej wiosce, który stwierdził, że rzeczywiście trzeba z tym skończyć.

KAI: Kilka lat temu odbyło się zgromadzenie Synodu Biskupów dla Oceanii. Czym zaowocowało ono w życiu tamtejszego Kościoła?

– W naszym kraju powstały cztery nowe seminaria duchowne, kolejne po sąsiedzku na Wyspach Salomona, by wspierać powołania. Biskupi, którzy uczestniczyli w Synodzie zachęcili nas do tworzenia planów duszpasterskich we wszystkich diecezjach. Ale musimy zrobić więcej. Warto byłoby stworzyć grupę, która pomogłaby Kościołom w regionie Pacyfiku zaangażować się we wprowadzanie w życie postanowień Synodu.

Istnieje wprawdzie Federacja Konferencji Katolickich Biskupów Oceanii (FCBCO), której niewielki komitet wykonawczy spotyka się trzy razy do roku. Ale Federacja jest w pewnym sensie „mobilna”: jej sekretarzem zostaje sekretarz tej konferencji episkopatu, której przewodniczący aktualnie kieruje Federacją. Nie ma stałego biura.

Na najbliższym spotkaniu podniosę tę sprawę. Bo gdy zadał mi pan to pytanie, zaświtała mi idea, że powinno istnieć stałe biuro Federacji w konkretnym miejscu: czy to w Fidżi, czy w Nowej Zelandii, czy w Australii, czy w Papui-Nowej Gwinei… Powinno ono istnieć, by analizować dokumenty i wyłuskiwać z nich te elementy, które trzeba wprowadzić w życie, co pomogłyby wzrastać Kościołowi.

KAI: Wielkim problemem Oceanii są zmiany klimatyczne. W jaki sposób Kościół może przyczynić się do ochrony środowiska naturalnego?

– To jest naprawdę duży problem. Chodzi o uchronienie niektórych wysp przed zniknięciem pod wodami oceanu. Dotyczy to zwłaszcza Kiribati w Mikronezji. Ale także w Papui-Nowej Gwinei jedna wyspa już przestała istnieć. Kościół może, na przykład poprzez różnego rodzaju warsztaty, próbować sprawić, by ludzie mieli świadomość i rozumieli wagę problemu. W Port Moresby sadzimy drzewa namorzynowe, które mogą powstrzymać morze przed wdzieraniem się na ląd i niszczeniem go. W tym samym celu budowane są też falochrony. Ale na zalewanych wyspach nie ma gór, nie ma skał, bo mają one pochodzenie koralowe. Z czego więc ludzie mają budować falochrony?

Widziałem ten problem na własne oczy na jednej z wysp, którą odwiedziłem. Pomagająca mieszkańcom organizacja pozarządowa poradziła im, by budowali z kamieni znajdujących się w rzece. Ale rozwiązując jeden problem, stworzono kolejny. Bo gdy ludzie zabrali kamienie, z rzeki zniknęły ryby, którymi się żywili. Musieli więc zaprzestać budowy falochronu.

Przestrzegamy też ludzi przed paleniem traw i buszu. A robią to na przykład po to, by łowić dzikie zwierzęta. Tylko że w ten sposób niszczą środowisko. Podobnie jest ze ścinaniem drzew, by na nich rozpalić ognisko. Do niszczenia środowiska przyczynia się również rozwój miast – domy budowane są coraz wyżej na wzgórzach.

Nasz lokalny Kościół mówi o tych problemach. Ja z kolei mówię o tym w Rzymie, a także podczas moich podróży do Stanów Zjednoczonych i do Europy. Tłumaczę, że skutki globalnego ocieplenia zagrażają wyspom Oceanii, bo podnosi się poziom mórz, jest coraz więcej burz, cyklonów, tsunami. Mieszkańcy Wysp Marshalla i Kiribati naprawdę niepokoją się o swoją przyszłość. Podobnie jest w niektórych krajach Azji, takich jak Bangladesz czy Filipiny.

Musimy być głosem ludzi, których dotykają zmiany klimatyczne, wywierając presję na polityków, którzy mogą spowodować obniżenie emisji gazów cieplarnianych. Byłaby to wielka pomoc dla całego regionu Oceanii, ale także dla całego świata, bo zmiany klimatyczne są problemem całej planety, choć w różnych miejscach doświadczamy ich w różny sposób. My, w Oceanii, żyjemy na małych wyspach, a nie na wielkich kontynentach, dlatego od razu dostrzegamy zmiany klimatyczne i nie czujemy się bezpiecznie, bo stanowią one dla nas wielkie niebezpieczeństwo.

Naukowcy przewidują, że do 2050 roku większość wysp Oceanii zniknie pod wodami oceanu. Już teraz do uchodźców z powodu wojny i politycznych prześladowań, dochodzi nowa kategoria – uchodźcy z powodu zmian klimatycznych. Ich domy zabiera morze. Nie mają już swej ziemi.

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.