Drukuj Powrót do artykułu

Klasztory w Powstaniu: Samarytanki z Pruszkowa – ostatni etap

13 sierpnia 2019 | 11:00 | Alina Petrowa-Wasilewicz | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Opisując rolę Kościoła w czasie Powstania Warszawskiego historycy najczęściej koncentrują uwagę na kapelanach wojskowych. Tymczasem wszystkie klasztory w stolicy włączyły się w pomoc walczącym oraz ludności cywilnej. Zakonnice gotowały posiłki, opatrywały rannych, dodawały otuchy, modliły się. Po upadku Powstania siostry z klasztorów na linii Warszawa – Grodzisk Mazowiecki zaopiekowały się wypędzonymi mieszkańcami stolicy.

Siostrom ze Zgromadzenia Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego z podwarszawskich klasztorów, zwłaszcza z Pruszkowa, przypadła niepowtarzalna posługa – to one zorganizowały pomoc dla wygnanej ludności w trakcie i po Powstaniu Warszawskim, ratowały od wywózek do obozów, pomagały uciec jak największej liczbie uchodźców. Był to ostatni etap Powstania, dla wielu przedostatni przed śmiercią w obozach koncentracyjnych.
Czy wśród uratowanych przed wywózką był także poeta Czesław Miłosz, późniejszy laureat literackiej Nagrody Nobla i jego rodzina?

Ryzyko istniało zawsze

„Ryzyko istniało zawsze. Niemniej ryzykowałyśmy, gdyż szło o ludzkie życie, o zwolnienie lub wywiezienie z obozu młodych ludzi” – wspominała ponad dwadzieścia lat po wojnie s. Charitas Soczek, która wraz ze współsiostrami oraz z zakonnicami z innych zgromadzeń uratowała setki, może tysiące osób, przed wywózką do obozów śmierci, ratując im w ten sposób życie.
Obecność samarytanek w tym miejscu była naturalna – w pobliżu obozu, przy ul. Szkolnej 15 zakonnice prowadziły szkołę specjalną z internatem dla setki wychowanków. Zaś Durchgangslager 121 – przejściowy obóz dla wypędzonych po Powstaniu żołnierzy i mieszkańców stolicy – został utworzony w Pruszkowie w pierwszych dniach sierpnia 1944. Już 6 sierpnia przybył pierwszy transport z wypędzonymi, których trzeba było nakarmić, opatrzyć rany, wyleczyć.

Dlatego niestrudzona ekipa dzielnych zakonnic – s. Charitas Soczek, s. Wacława Rawska oraz „postulantka” Eugenia Szymańska, która była Żydówką, ukrywającą się w klasztorze samarytanek i doskonale znała niemiecki, od rana do później nocy krążyły po obozie.
Siostra Charitas wspomina, że hale obozowe były ponumerowane i do nich kierowano wygnańców po uprzedniej segregacji. Do baraku numer jeden kierowano ludzi starych, matki z dziećmi i dzieci; do „dwójki” chorych. Urzędował w tym baraku Niemiec dr Koenig wraz z polskimi lekarzami i pielęgniarkami i to on podpisywał nakazy zwolnienia, a ludzie tam stłoczeni byli rozsyłani do różnych miejsc w Generalnej Guberni lub w nieznane. W baraku tym posługiwały również siostra niepokalanka, magdalenka, urszulanka szara i kilka innych sióstr zakonnych. Z „czwórki” i „szóstki” wywożono na roboty do Niemiec i obozów koncentracyjnych i było to najbardziej złowieszcze miejsce w całym Dulagu 121. W baraku numer pięć upychano wszystkich przed selekcją, która była też demonstracją niewyobrażalnego niemieckiego sadyzmu, gdyż właśnie tu rozdzielano rodziny – małżeństwa, synów i córki, rodziców i dzieci. Jak mówią świadkowie – działy się wówczas dantejskie sceny.

Głównym zadaniem „ekipy” s. Charitas było wyławianie i doprowadzanie do zwolnienia ludzi Kościoła – księży i zakonnic. Było to stosunkowo proste, jeśli mieli kenkarty. Jeśli nie, trzeba było przekonać komendanta obozu, że dana osoba jest księdzem lub zakonnicą. Siostra Charitas, która przed wojną studiowała medycynę podpowiadała, jakie choroby i jak symulować. Wynosiła z obozu dzieci, które zgodnie z „regulaminem” byłyby wysłane nawet do Auschwitz. Któregoś dnia wyniosła zawiniętą w koc pięcioletnią dziewczynkę i oddała opiekunom. Wspominała, że przy tak ryzykownych akcjach trzeba było się zorientować, kto stoi na warcie. O wiele łatwiej było załatwić nielegalne wyjście z żołnierzami Wermachtu, inaczej zachowywali się esesmani, którzy z lubością czynili zło, rozdzielając rodziny i rozsyłając w różne strony. Niemal wszystkich jednak można było przekupić – Niemcy bez skrupułów przyjmowali wódkę i ostatnie sztuki złotej biżuterii, jakie zostały jeszcze wypędzonym.

Trafić do „dwójki”

Siostry robiły wszystko, aby młodzi ludzie trafiali do „dwójki”. „Doprawdy nie wiadomo, skąd przychodziły pomysły, jak z młodych robić starców, ze zdrowych – chorych. Tak przeobrażonych prowadziłyśmy z baraku do baraku obozu w Pruszkowie, oddając ich tam w ręce sióstr zakonnych lub lekarzy i pań z opaskami Czerwonego Krzyża na ramieniu – sanitariuszek” – pisała s. Charitas.

Aby uratować więcej osób samarytanki organizowały kryjówki w różnych zakamarkach, beczkach, pod wagonami, gdzie młodzi ludzie czekali na przywiezienie kolejnego transportu, by wmieszać się w tłum. Siostra Wacława wykazała się niewyczerpaną inwencją w znajdowaniu takich kryjówek, ale działania te były ryzykowne. „Ryzyko było ogromne, bo Niemcy dokładnie sprawdzali opróżniony z ludzi barak. Jednego razu o mało nie przypłaciłam takiej pomocy wyjazdem do obozu koncentracyjnego” – pisała s. Charitas.

Ogromną pracę zakonnice wykonały zaopatrując uwięzionych w naczynia do jedzenia. Niemiecka załoga dostarczała co prawda kotły z zupą, ale nie dostarczała naczyń. Ludzie pozostawali głodni, bo mało kto miał w czym jeść. Trzeba było rozwiązać problem. Jedna z sióstr wpadła na pomysł, by wykorzystać puszki po konserwach. Siostra Rustyka Wiśniewska pojechała wozem do Piastowa do fabryki Tudor i przywiozła cały wóz puszek. W pierwszej chwili zakonnice je myły, później nie traciły już na to czasu – głodni wygnańcy wprost bili się o puszki, bo była to jedyna możliwość zjedzenia gorącego posiłku.

Były siostry świadkami ludzkiej nikczemności, ale też ofiarności i poświęcenia. Byli wśród wygnańców osoby, które wykorzystywały okoliczności i okradały współuczestników niedoli. Byli ludzie, którzy gotowi byli oddać ostatnią kromkę chleba słaniając się na nogach z wyczerpania.

Zakonnice udzielały też pomocy duchowej. Umożliwiały spowiedź, rozdawały różańce i medaliki, o które przed drogą w nieznane błagali wypędzeni. Po wizycie w obozie bp. Antoniego Szlagowskiego 21 sierpnia w baraku numer dwa ustawiono ołtarz, zaś pierwszą Mszę św. odprawiono 10 września.

Kto wyprowadził Czesława Miłosza?

Odrębną posługą było ratowanie tzw. VIP-ów. Wiadomo, że przez Dulag 121 przeszły takie osobistości jak były prezydent RP Stanisław Wojciechowski, aktorka Elżbieta Barszczewska, pisarz i poeta Leopold Staff. Siostra Charitas szybko zorientowała się, że osoby te są w kontakcie z podziemiem, które stara się wyswobodzić jak największą liczbę osób „cennych dla polskiej nauki i kultury”. „Gdy spotkałam za drutami prof. Baleya (prof. Stefan Baley, przed wojną kierownik Katedry Psychologii Wychowawczej UW), a później prof. Zweibauma (prof. Juliusz Zweibaum, kierownik Zakładu Histologii i Embriologii UW, po pierwszej akcji wysiedleńczej w getcie ukrywał się po aryjskiej stronie, był ranny w Powstaniu) i ofiarowałam się z pomocą, oświadczyli mi tak jeden, jak drugi, że już są pod opieką i wypracowuje się dla nich plan oswobodzenia”.

Czy to samarytanki pomogły w uwolnieniu Czesława Miłosza? Poeta i przyszły noblista po czteroletnim pobycie w Warszawie, gdzie brał udział w życiu kulturalnym stolicy, opuszczał miasto wraz z żoną Janką i jej matką w drugiej połowie sierpnia 1944 r. W grupie szło także małżeństwo Okuliczów, co okazało się później opatrznościowe. Wygnańcy szli w kierunku Okęcia i trafili do składu nasion firmy braci Hoserów. Miłoszowie opuścili to schronienie, Okuliczowie pozostali, natomiast poeta z rodziną został ujęty i uwięziony w zaimprowizowanym podpodobozie, z którego zza drutów przesłał grypsy przerzucane “tubylczym dzieciom tego podmiejskiego osiedla”.

„We wrześniu 1944 r. wydostałem się z obozu na Okęciu wyłącznie dzięki pomocy zakonnic zorganizowane przez małżeństwo Okulicz, ukrywające się w składzie Hosera”. Cz. Miłosz, List do redakcji, „Kultura” 1956 nr 2 – wspominał ponad dekadę po wojnie przyszły noblista. W „Rodzinnej Europie” przytoczył więcej szczegółów:
“Wieczorem zjawiła się odsiecz. Majestatyczna zakonnica. Nakazała mi surowo żebym pamiętał, że jestem jej siostrzeńcem. Spokojny władczy ton i płynność jej niemczyzny zmuszały żołnierzy do niechętnego szacunku. Jej rozmowa z oficerem trwała godzinę. Wreszcie ukazała się na progu: “Szybko, szybko”. Przekroczyliśmy bramę. Nie spotkałem jej ani przedtem, ani potem i nigdy nie dowiedziałem się jej nazwiska”. “Rodzinna Europa”, Kraków 2001, s. 282-284

Czy ową zakonnicą była któraś z samarytanek? Historyk Zgromadzenia, s. Margarita Brzozowska twierdzi, że nic nie wiadomo o tym fakcie. Prawdą jest, że trzydziesto trzy letni wówczas literat był dobrze znany w elitarnym kręgu twórców, ale nie szerszej publiczności. Być może ową „majestatyczną zakonnicą” była szara urszulanka s. Maria Tyszkiewicz. Pochodząca z arystokracji płynnie mówiła po niemiecku i wzbudzała respekt u samego generała von dem Bacha. Urszulanki miały dom w Milanówku, angażowały się w pomoc wypędzonym i być może do nich zwrócił się po pomoc pan Okulicz, towarzysz niedoli Czesława Miłosza.

Klasztor samarytanek otwarty dla uchodźców

Wyprowadzenie z obozu nie kończyło udzielania pomocy. Uwolnionych samarytanki kierowały do swojego domu przy ul. Szkolnej, w którym przełożoną była s. Zofia Szadkowska, doskonała organizatorka, która z wielkim samozaparciem organizowała żywność, posłania, odzież dla mieszkańców stolicy. W pomoc zaangażowali się mieszkańcy Pruszkowa i okolic. Siostra Rustyka Wiśniewska codziennie wyjeżdżała wozem do zamożniejszych chłopów i majątków ziemskich, by przywieźć żywność dla pensjonariuszy domu. Wśród nich byli biskupi, prałaci, księża i zakonnicy, także ks. Stefan Wyszyński, późniejszy prymas Polski z grupą kilkunastu księży. Wstrząsające wrażenie na wszystkich zrobiły siostry sakramentki, które przybyły po śmierci trzydziestu pięciu współsióstr zasypanych gruzami własnego kościoła i po spaleniu oraz zburzeniu ich historycznego klasztoru na Nowym Mieście.

Budynki przy Szkolnej były przepełnione, także klauzura, w której mieszkały ukrywające się Żydówki i osoby chore. Mimo ciągłej walki o byt, regularnie były odprawiane Msze św. Po odzyskaniu sił wypędzeni opuszczali gościnne progi klasztoru żeby szukać bliskich i próbować powrócić do normalnego życia. W kancelarii zostawiali kartki z informacjami dla bliskich, którzy przeżyli i którzy również ich poszukiwali.

***

Na podstawie: s. Charitas Soczek, wspomnienia zamieszczonych na stronie Muzeum Dulad 121 w Pruszkowie; s. Scholastyka Jadwiga Szyłkiewicz „Pomoc Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego wobec ludności” wysiedlonej z Warszawy”; s. Małgorzata Krupecka USJK, Pomoc wysiedlanej ludności Warszawy w świetle materiałów archiwalnych Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego (szarych urszulanek); Andrzej Franaszek, “Miłosz. Biografia”.

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.