Drukuj Powrót do artykułu

Kolegium Kardynalskie jakiego nie znamy

13 lutego 2012 | 09:15 | gp / ms Ⓒ Ⓟ

Za kilka dni 18 lutego br., zbierze się Kolegium Kardynalskie na swym kolejnym zwyczajnym konsystorzu publicznym. Ojciec Święty kreuje 22 nowych kardynałów. Z tej okazji, o swej 29-letniej pracy w Kolegium Kardynalskim opowiada KAI kard. Józef Glemp, Prymas Polski – senior.

A oto pełen tekst wywiadu:

KAI: Czy o tym, że jakiś hierarcha zostaje kardynałem, dowiaduje się on w ostatniej chwili przed konsystorzem?

Kard. Józef Glemp: Nie, taką wiadomość otrzymuje się z odpowiednim wyprzedzeniem. Ja o swojej planowanej nominacji dowiedziałem się telefonicznie z Watykanu. Natomiast przed następnym konsystorzem zostałem upoważniony przez Stolicę Apostolską, aby powiadomić metropolitę wrocławskiego abp Henryka Gulbinowicza o nominacji dla niego.

Ksiądz Prymas nie był chyba zaskoczony swoją nominacją?

– Szczerze mówiąc – nie. Wybierając kardynała, papież bierze pod uwagę prestiż i godność miejsca, a także znaczenie polityczne danej stolicy biskupiej, a w przypadku Warszawy i Gniezna nie było co do tego wątpliwości.

Natomiast osobowość arcybiskupa, jego zasługi osobiste nie są najistotniejsze. Tak też odebrałem moją nominację – skoro jestem arcybiskupem, to widocznie nadaję się i mogę zostać kardynałem. Trudno było też sobie wyobrazić, żeby godności kardynalskiej nie otrzymał następca prymasa Wyszyńskiego. Pamiętam duże zainteresowanie moją osobą. Na Zachodzie niemal każdy chciał wiedzieć, kto zostanie następcą Prymasa Tysiąclecia. To zainteresowanie wzmógł jeszcze stan wojenny. Polska była wówczas na ustach całego świata.

Jak Ksiądz Prymas czuł się w tym nowym gronie?

W tym gronie zacnych i wybitnych kardynałów byłem popularny jako następca kard. Wyszyńskiego. Akurat ta kreacja kardynałów z konsystorza w 1983 r. obfitowała w indywidualności. Bardzo popularny był też kard. Joseph Bernardin, poczęty we Włoszech, a urodzony w Ameryce, bardzo fetowany przez Włochów po nominacji (ilekroć byłem w Chicago, zawsze zapraszał mnie do zamieszkania w swojej rezydencji). Do dziś czynny jest kard. Joachim Meisner, wówczas najmłodszy z nas. Wybitnym purpuratem był Kolumbijczyk Alfonso Lopez Trujillo, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny. Był też kard. Godfried Danneels, Belg, dzisiaj emeryt. No i dwie gwiazdy kolegium kardynalskiego – arcybiskup Paryża Jean Marie Lustiger i arcybiskup Mediolanu Carlo Maria Martini. Niektórzy z tego grona już zmarli, jak mój rzymski profesor Aurelio Sabattani.

Pamiętam, że ta nominacja dla Księdza Prymasa, mimo iż spodziewana, przyniosła Polakom dużo radości.

– Tak, przy tym powszechnym przygnębieniu spowodowanym trwającym stanem wojennym, to było radosne wydarzenie. Czekaliśmy na drugą wizytę Ojca Świętego i ożywienie w narodzie było znaczne.

A jak przebiegał sam konsystorz kardynalski?

– Uroczystość trwała dwa dni. Najpierw miała miejsce „kreacja” kardynalska w Auli Pawła VI i wręczenie dokumentów. Wieczorem wszyscy nowo kreowani odprawialiśmy Mszę św. z Ojcem Świętym w Bazylice św. Piotra i tam otrzymaliśmy pierścień i piuskę. Na drugi dzień przyjmowaliśmy życzenia od znajomych i przyjaciół. Ja przyjmowałem do późnego wieczora gratulacje od wielu osób. Nazywało się to „Visita di cortesia”. Mnie przydzielono do tego celu pomieszczenia Kongregacji ds. Biskupów, której okna wychodzą na plac św. Piotra. Przyszło wielu ludzi z różnych krajów, nie tylko, żeby mi złożyć gratulacje, lecz także zapytać o Polskę, jak nam się żyje w stanie wojennym. Przychodzili także ludzie z propozycją pomocy, bo wtedy otrzymywaliśmy wiele darów zza granicy. Dzięki mojej nominacji jeszcze więcej mówiono o Polsce. Grzecznie zachowały się władze PRL, przyjechał  min. Pan Kuberski, a ambasada zaprosiła na kolację.

Jak zapamiętał Ksiądz Prymas objęcie swego kościoła tytularnego?

– To stara, rzymska tradycja. Dawniej, aby kardynałowie byli „pod ręką” w służbie papieża, przydzielał im on świątynię, często jako parafię. Chodziło o to, aby przebywali w Rzymie i należeli do duchowieństwa rzymskiego. Ta instytucja przeszła wiele zmian, dziś jej pozostałością są kościoły tytularne dla kardynałów. Nie pociąga to za sobą żadnych zobowiązań, a zewnętrznym przejawem tej tradycji jest uroczystość objęcia kościoła tytularnego przez kardynała i jego portret w zakrystii.

Dla mnie i dla Polaków było bardzo wymownym faktem to, że papież przydzielił mi bazylikę Matki Bożej na Zatybrzu, którą „odziedziczyłem” po kard. Wyszyńskim. W dodatku jest to jedna z najpiękniejszych i najstarszych bazylik rzymskich. W XVI w. posiadał ją kard. Stanisław Hozjusz, który tam został pochowany. Świątynię na Zatybrzu znałem wcześnie, bo przyjeżdżałem tam z kard. Wyszyńskim.

Na Zatybrzu nawiązałem kontakt ze Wspólnotą św. Idziego, organizującą corocznie spotkanie religii świata, w których regularnie uczestniczyłem. Do swojego kościoła tytularnego często przyjeżdżałem, bo zaprzyjaźniłem się z proboszczem Don Paglią, obecnie biskupem, który mnie chętnie zapraszał. Kiedy byłem na Zatybrzu, przychodziło dużo Polaków. Odprawiałem tam Msze, a kazanie głosiłem częściowo po polsku, częściowo po włosku.

Co kardynalat zmienił w życiu Księdza Prymasa?

– Praktycznie niewiele, bo moim głównym zajęciem pozostała praca pasterska w diecezjach – gnieźnieńskiej i warszawskiej. Przerywały ją wyjazdy do Rzymu na konsystorze, synody i inne spotkania, wynikające z przynależności do Kolegium Kardynalskiego. Wyjątkowym przeżyciem było dla mnie konklawe. Ja uczestniczyłem tylko w jednym, kard. Wyszyński był na czterech.

Kardynałowie to senat papieża, w tym gronie papież zasięga opinii, konsultuje się. Czy uczestniczył Ksiądz Prymas w takich posiedzeniach?

– Istotnie, spośród licznych rad Kolegium Kardynalskie jest gronem najbliższym Ojca Świętego, najbardziej godnym zaufania i najbardziej reprezentatywnym, skupiającym kardynałów ze wszystkich kontynentów, którzy uchodzą za wypróbowanych współpracowników papieża. Znakiem tego są purpurowe szaty jako interpretowany mistycznie znak wierności, aż do krwi. To jest grono najbardziej szacowne, dzisiaj dość liczne – za moich czasów przekroczyło stu członków. Uczestniczyłem w posiedzeniu, które doradzało Janowi Pawłowi II w sprawie encykliki „Evangelium vitae” i odnośnie statusu Kościołów Wschodnich. Kardynałowie zawsze też są konsultowani w sprawach kolejnych kanonizacji.

W niektórych przypadkach reprezentują też Ojca Świętego jako legaci. Co to za instytucja?

– Często zdarza się, że z okazji ważnego wydarzenia w Kościele partykularnym Ojciec Święty wyznacza swego legata. Ja reprezentowałem go na pogrzebie kard. Julijansa Vaivodsa w Rydze i na pogrzebie kard. Vincentasa Sladkeviciusa w Kownie. Już za Benedykta XVI byłem także legatem papieskim na uroczystościach milenium św. Brunona z Kwerfurtu w Łomży i Giżycku.

Z wielką akceptacją papieża spotkały się moje wyjazdy na Białoruś i do Kazachstanu. Ponadto w imieniu papieża Benedykta XVI przewodniczyłem beatyfikacji trzech naszych rodaków w Warszawie: ks. Bronisława Markiewicza, ks. Władysława Findysza i ks. Ignacego Kłopotowskiego.

Czy to prawda, że podpis kard. Glempa figuruje pod dokumentem stwierdzającym wybór papieża?

– To niezupełnie tak. Byłem w trójce skrutatorów, którzy podpisali akta stwierdzające zakończenie konklawe. Dla mnie to honor, że w aktach tego historycznego wydarzenia jest i mój podpis.

Czy podczas konklawe kardynałowie mogą agitować za swoimi kandydatami?

– Agitacji jako takiej nie ma. W przerwach każdy może wyrazić opinię o swoim kandydacie, ale nie ma zorganizowanych akcji – jest wymiana opinii, wyrażania uwag, sugestii. Pod tym względem jest zupełna swoboda.

Czy kardynałowie przyjaźnią się ze sobą?

– Przyjaźnie zawiera się raczej w młodości. Poza tym są między nami spore różnice kulturowe. Najłatwiej o przyjaźń ze swoimi, z Polakami. Czuliśmy się przyjaciółmi z kard. Macharskim, on jako zastępca wiernie mnie wspomagał w trudnych czasach przewodniczenia episkopatowi. Czujemy się przyjaciółmi z kardynałami Adamem Maidą i Edmundem Szoką z USA. Odwiedzamy się, ilekroć nawiedzamy nasze kraje. Za przyjaciela uważam kard. Józefa Tomko, Słowaka, poznaliśmy się jeszcze podczas studiów, podobnie jak z kardynałem Martinezem Sistachem z Barcelony. Spodziewam się niebawem jego przyjazdu do Polski na promocję jego książki, którą przetłumaczyliśmy na polski.

Nam, polskim kardynałom, najbliżej było do Niemców i Francuzów. Zawsze siedziałem obok kard. Lustigera i kard. Meisnera. Często z nimi rozmawiałem, byliśmy po imieniu, można więc mówić o bliższej zażyłości. Bardzo dobry kontakt miałem też z Włochami, bliskimi nam mentalnościowo i kulturowo. Arcybiskupi Mediolanu, Turynu i Bolonii zapraszali mnie do siebie. Wszyscy kardynałowie to grzeczni i uprzejmi ludzie, dlatego kontakty są bardzo miłe. Bardzo dobrze czułem się w tym gronie. Łączyła nas wiara, poczucie odpowiedzialności za Kościół oraz osoba papieża. Zawsze byłem pod wrażeniem tego, jak Jan Paweł II był kochany przez wszystkich kardynałów. To się bardzo odczuwało. Ujmował swoim ciepłem, poczuciem humoru, bo często wskazywał na sytuację dowcipną. Te same uczucia, ten sam szacunek można zaobserwować w odniesieniu do Benedykta XVI.

O czym kardynałowie rozmawiają między sobą?

– Przy każdym spotkaniu pytamy: co u ciebie słychać? Każdy chętnie opowiada o swoich problemach. Najczęściej jednak rozmawiamy o sprawach duszpasterskich. Bardzo chętni do rozmów są kardynałowie z Afryki, którzy opowiadają o swoich bolączkach: ewangelizacji, braku księży, szkół. Poruszamy również zagadnienia społeczno-polityczne, zwłaszcza zaś relacje Kościół–państwo. Wymieniamy opinie o rządzących krajami – prezydentach, monarchach. Rozmawiamy też o sporcie. Ja uchodzę w Kolegium Kardynalskim za eksperta od sportu, ale kardynałowie interesują się najbardziej piłką nożną, a mnie przede wszystkim pasjonuje lekka atletyka.

Kto z kardynałów był najbardziej otwarty?

– Najsympatyczniejsi byli Włosi – poczynając od sekretarzy stanu Agostino Casarolliego, a potem Angelo Sodano. Bezpośredni byli Niemcy. Bardzo dobrze mi się z nimi rozmawiało, tym bardziej, że znakomicie orientowali się w naszej sytuacji. Bardzo życzliwi i serdecznie byli też kardynałowie z Anglii.

Zapamiętałem także Irlandczyka kard. Thomasa O’Fiach. To trochę taki cwaniak, często palił fajkę, zaprosił mnie do siebie. Kardynała z Iranu nazywaliśmy „Bóg Ojciec”, bo nosił dostojną, długą brodę. Zapamiętałem też mojego imiennika, kard. Józefa Zen, Chińczyka, który uciekł z Szanghaju jako 16-latek pod pokładem okrętu.

W swoich zapiskach Ksiądz Kardynał zanotował, jak zaraz po ogłoszeniu wyniku konklawe przepychał się z potężnym afrykańskim kardynałem, aby być bliżej Benedykta XVI przemawiającego z logii Bazyliki św. Piotra…

– Zaraz po wyborze wszyscy kardynałowie ruszyli hurmem za papieżem. Szliśmy grzecznie w szyku, nikogo nie można było „przeskoczyć”. Gruby Murzyn wszedł już za kolejne okno, tuż za papieżem. Wszedłem mu pod rękę i się przepchnąłem, a on to przyjął pobłażliwie. Chciałem widzieć ten szumiący, kipiący plac św. Piotra, witający nowego Ojca Świętego.

Czy kardynałowie, oprócz tych pracujących w Kurii Rzymskiej, otrzymują jakieś wynagrodzenie z Kurii?

– Nie dostają nic. Gdyby ktoś był w potrzebie i nie miał, na pewno by pomogli. Nikt z nas, polskich kardynałów, o taką pomoc jednak nie prosił.

Rozmawiał Grzegorz Polak

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.