Drukuj Powrót do artykułu

Kolenda-Zaleska wspomina bp. Chrapka

20 października 2001 | 17:45 | //mr Ⓒ Ⓟ

– Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałam. – wspomina specjalnie dla KAI zmarłego tragicznie bp. Jana Chrapka dziennikarka TVP Katarzyna Kolenda-Zaleska.

_Biskup Jan Chrapek lubił opowiadać historię o tym, jak to w bagażniku swojego samochodu przewoził mnie do Kuźnic, żebym mogła razem z Papieżem wjechać na Kasprowy Wierch. Uśmiechał się przy tym filuternie i puszczał oko. Wiadomo było, że historia ta nie może być prawdziwa. Choć rzeczywiście niemal się zdarzyła.
Biskupa Jana poznałam niestety dopiero w 1997 roku, w czasie pobytu Ojca Świętego w Polsce. Polubiliśmy się od razu. Już przy pierwszej rozmowie dzięki niemu zniknął dystans. Potrafił sprawić, że jego rozmówca zawsze czuł się najważniejszy. Nie było innych spraw. Był tylko On i człowiek do rozmowy.
Biskup i zarazem koordynator pielgrzymki papieskiej doskonale rozumiał istotę dziennikarskiej pracy. Wiedział, że czasem trzeba wejść tam, gdzie wcale nas nie chcą. Myślał po dziennikarsku. Wiedział, jak mi zależy, żeby choć w części sfilmować prywatną część pobytu Ojca Świętego w Zakopanem. I udało mu się przekonać dostojników Watykanu. Zaufał mi całkowicie, choć wówczas znaliśmy się krótko. I tak znalazłam się na Kasprowym Wierchu razem z Janem Pawłem II. Co prawda nie wjechałam w bagażniku biskupiego samochodu, ale instrukcje były wyraźnie. Nieoznakowany samochód (bez telewizyjnego logo) na rondzie w Kuźnicach, ja schowana, żeby inni dziennikarze mnie nie przyuważyli. I oczywiście nikomu ani słowa. Zastosowaliśmy się do wszystkiego. Na Kasprowym Wierchu staliśmy z boku. Wzruszeni i przejęci. Zdjęcia filmowe były piękne. Majestat Tatr w popołudniowym słońcu, samotna biała postać i wszechogarniająca cisza. Nie zakłócaliśmy jej ani jednym słowem. Od tego dnia zaczęła się moja przyjaźń (nie waham się użyć tego słowa, bo tak on sam określał naszą znajomość) z biskupem Janem Chrapkiem.
Przez następne lata dopingował mnie do intelektualnego wysiłku i rozwoju. Podsuwał lektury, zawsze miał czas na rozmowę. Czasem wpadałam do niego na uczelnię. W maju przynosiłam konwalie. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że to jego ulubione kwiaty. Nigdy tego nie prostował i pozwalał mi wierzyć, że sprawiam mu radość. I może rzeczywiście tak było.
Swoją życzliwością mógł obdzielić jeszcze kilkanaście osób. Miał szczególny dar szukania w ludziach tylko dobra, nigdy zła. Gdy widział zły ludzki postępek, szukał jaśniejszych stron. Usprawiedliwiał, doszukiwał się przyczyn. Nigdy nie moralizował, nie mówił, że ma rację i koniec. Rzadko kogokolwiek krytykował, a jeśli już to z taką delikatnością, że trudno to było uznać za krytykę. Czasem plotkowaliśmy o wspólnych znajomych. Ale oczywiście bez złośliwości. Kochał życie, tak myślę i kochał ludzi. Rzadko widziałam jego twarz bez uśmiechu. Był księdzem i jego życie było poświęcone Bogu. Ale służył Mu, miłując ludzi.
Gdy wpadałam do Niego, zawsze najpierw zaczynał rozmowę od najbardziej gorących politycznych spraw. Był znakomicie zorientowany. I miał swoje zdanie o polskiej klasie politycznej. Nienajlepsze, tak to może ujmę. Ale tak jak i ludzi, tak i polityków usprawiedliwiał. Gdy widział, że dzieje się krzywda, nie było pobłażania. Dosadnie wyrażał swoje zdanie. Bez dyplomacji.
Lubiłam z Nim pracować. Przed pielgrzymką w 1999 roku zaprosił mnie do Episkopatu. W gabinecie Prymasa Polski omawialiśmy punkt po punkcie kolejne etapy wizyty. Mówił – Tu wykuć na blachę encyklikę “Fides et Ratio”. Tu – teksty o ekumenizmie. Tu – w tym momencie uśmiechnął się przebiegle – Papież zmieni swój program i pojedzie do sióstr Urszulanek w Warszawie przy ul.Wiślanej. Czekają już na Panią, Pani Kasiu.
Po jakimś czasie biskup Jan zauważył, że wiercę się niemiłosiernie na krześle. Bez słowa wstał i przyniósł popielniczkę. Zamurowało mnie. Ale taki właśnie był. Uważający, tolerancyjny. Miał zrozumienie dla ludzkich słabości. Nikogo nie osądzał, bo jak często mi mówił, osądzać będzie Bóg.
W czasie pielgrzymki odbierał każdy mój telefon. Choć był zagoniony – jak zawsze – i miał mnóstwo spraw na głowie. Pamiętam dzień, w którym Papież zachorował. Panika i nerwy ogarnęły nas wszystkich. A On wprowadzał spokój, uspokajał. Potem pojechaliśmy do Wadowic, gdzie Ojciec Święty odbył swoją podróż do krainy dzieciństwa. W którymś momencie biskup Chrapek podszedł do mnie i mówi – Natychmiast do Krakowa, za godzinę Ojciec Święty będzie jeździł po Rynku, a potem pomodli się w Kościele Mariackim. Niech Pani dzwoni do swoich rodziców. Niech wezmą wnuczkę i idą na Rynek. Znów mnie zamurowało. W tym całym kołowrocie miał czas, żeby pomyśleć o mojej pracy i mojej rodzinie. A potem tego samego dnia, a raczej tej samej nocy telefon. – Pani Kasiu wiem, że już jest druga nad ranem – a dodam, że głos Biskupa był rześki jak poranek – ale musi Pani niedługo jechać do Gliwic. Papież jednak tam pojedzie, chociaż na chwilę. (Papież z powodu choroby musiał odwołać wcześniejsze spotkanie z mieszkańcami Gliwic)
Gdy tylko dowiedziałam się, że jadę z Papieżem na Ukrainę, pierwszy telefon wykonałam właśnie do Księdza Biskupa. Nie krył radości. I natychmiast posypały się lektury, telefony, kontakty bez których ani rusz. Zrobił wszystko, żeby mi ułatwić prace w tamtych, trudnych warunkach. Poznał mnie z wszystkimi ważnymi ludźmi w kurii metropolitarnej we Lwowie. Przy mnie tłumaczył księdzu Stanisławowi Dziwiszowi, jakie to ważne, żeby Telewizja Publiczna miała dostęp do Papieża. Już po pielgrzymce zadzwonił i chwalił. To były najwspanialsze komplementy, jakie usłyszałam. I wiedziałam, że są szczere, bez fałszu.
Były okresy, kiedy rzadko się widywaliśmy. Ale po jakimś czasie Ksiądz Biskup dzwonił i mówił, że modlił się za mnie, moją córkę i moją rodzinę. Pytał, co słychać. Żartował. Uwielbiał się śmiać. Tak było właśnie w ostatnią niedzielę. Długo rozmawialiśmy. 5 listopada miałam być u niego w Radomiu.
Pamiętał o wszystkich drobnych sprawach i drobnych radościach, które można sprawić drugiemu człowiekowi. A my, niestety, wykorzystywaliśmy jego dobroć bez zastanowienia. A On był cały czas zapracowany, nie miał chwili na odpoczynek. Może zbyt nieuważnie patrzyliśmy na jego życie. Za mało dawaliśmy mu z siebie. Za to od niego braliśmy pełnymi garściami
Jestem mu wdzięczna za zaufanie, którym mnie obdarzył, za przyjaźń i dobroć, którą mnie otaczał, a która trwała o wiele za krótko. Nigdy Go nie zapomnę. Ani jego, ani tego czego mnie
nauczył.
Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałam.
Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale od każdej reguły są wyjątki. Jego nie da się zastąpić. Wszyscy go straciliśmy. Wierzył, że w człowieku są niewyczerpane pokłady dobroci. Nie znam nikogo innego, kto wierzy w to równie mocno._

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.