Drukuj Powrót do artykułu

Ks. Deselaers: zło nie może mieć ostatniego słowa

27.01.2018 , Tomasz Królak / mip Ⓒ ℗

Sample Fot. Mariusz Cieszewski / MSZ

Jest tajemnica zła, ale też tajemnica dobra. Nasza wiara mówi zaś, że to ono jest silniejsze, że to ono ma ostatnie słowo – mówi w wywiadzie dla KAI ks. dr Manfred Deselaers, niemiecki ksiądz, który od 28 lat pracuje w naszym kraju na rzecz pojednania polsko-niemieckiego.

Tomasz Królak (KAI)*: Co właściwie przywiodło niemieckiego księdza do Oświęcimia?

Ks. Manfred Deselaers: To droga, proces, a nie jeden moment. Po maturze byłem wolontariuszem Akcji Znaki Pokuty (Aktion Sühnezeichen). Trafiłem tam przypadkiem, szukając alternatywy dla służby wojskowej. Przygotowując się do wyjazdu do Izraela przyjechaliśmy do Auschwitz. Było to dla mnie pierwsze w ogóle zderzenie z tym tematem. Podczas rocznego pobytu w Izraelu poznałem kilku byłych więźniów. Następnie w Tybindze zacząłem studiować teologię, a dialog chrześcijańsko-żydowski odgrywał w tym ośrodku dużą rolę. Zacząłem nawiązywać kontakty w Polsce. Już jako ksiądz, pracując w diecezji Aachen, zacząłem się zastanawiać, czy nie mógłbym przez rok zamieszkać u proboszcza w Oświęcimiu. Mój biskup się zgodził.

Głównym powodem powzięcia takiej decyzji były spotkania z ludźmi, którzy mieszkają w tym mieście, a nie samo Auschwitz. Moim motywem było nawiązanie przyjaźni z nimi. Czułem, że to, co stało się w Auschwitz, jest dla nich ważną i trudną pamięcią i że dotyczy stosunku do Niemców. Odczułem to jako wyzwanie.

KAI: Nie chodziło więc tylko o relacje z byłymi więźniami?

– Nie tylko. Myślałem i myślę także o ludziach, którzy głęboko przeżyli wizytę w byłym obozie. Chciałem z nimi być, budować z nimi relacje, a także powiedzieć w Niemczech, że to jest ważna sprawa i że nie można tego lekceważyć.

Moja obecność tutaj spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem ze strony, zarówno polskiej, jak i żydowskiej. Zobaczyli we mnie kogoś w rodzaju strażnika pamięci. Ta pamięć jest wyzwaniem do budowania nowych relacji i przyjaźni.

KAI: A jak Księdza obecność tutaj odbierają Niemcy?

– Negatywnej reakcji nigdy nie doświadczyłem, a przebywam w Polsce już 25 lat.

KAI: Czytam na stronie Centrum, że jako wykładowca koncentruje się Ksiądz na „religijnym znaczeniu pamięci o Auschwitz”. Co to konkretnie oznacza?

– Po pierwsze, ludzie bardzo często pytają: gdzie był wtedy Bóg, dlaczego na to pozwolił. Nawet papież Benedykt XVI podczas wizyty tutaj mówił, że spośród wielu pytań, jakie nasuwają się w tym miejscu, powraca właśnie to jedno: jak Bóg mógł pozwolić na takie zło.

Po drugie: główną ofiarą tej ziemi są Żydzi i naród żydowski. Można być ateistycznym Żydem, ale nie można mówić o żydowskiej tożsamości, nie mówiąc o Biblii.

Kolejny, religijny motyw: podczas wojny w Polsce zginęło bardzo dużo Polaków, chrześcijan, wśród nich wielu duchownych. Większość transportowano do Dachau, ale ponad stu zginęło w Auschwitz. Znamy świadectwa ich chrześcijańskiej wiary. Pielgrzymują tu franciszkanie, z uwagi na ojca Kolbe, i inni zakonnicy i księża.

W tej ziemi są świadectwa wiary chrześcijańskiej i wiary żydowskiej. Wiemy, że niektórzy modlili się do końca. Modlitwę słychać było nawet z komór gazowych – są takie relacje. Tak więc wymiar religijny jest tu obecny już w tym wymiarze historycznej pamięci.

KAI: Kiedy ktoś pyta Księdza o to, gdzie był wtedy Bóg, to jak Ksiądz odpowiada?

– Odpowiadam, że w godności ludzi, którzy tu byli. Bóg stworzył każdego człowieka na swój obraz – to jest początek Biblii. Każda ofiara miała tę boską godność i nie wolno było ich zabić. Trzeba było tę godność uszanować.

Naziści próbowali definiować człowieka według teorii rasowych, naukowych, ale nie da się godności człowieka znaleźć pod mikroskopem. W naukach ścisłych jej nie ma. Trzeba wierzyć. Ta wiara zawarta jest w fundamencie biblijnego przekazu: Bóg stworzył człowieka, i to jako dobrego, ze szczególną godnością, bo wedle swojego Oblicza. Ten fakt jest darem i zadaniem.

Patrząc komuś w twarz, człowiek jest odpowiedzialny za drugiego. Jestem odpowiedzialny przed Bogiem za to, co robię z tym człowiekiem. Wydaje mi się, że o tym właśnie obóz Auschwitz do dzisiaj opowiada; o tym mówi krzyk tej ziemi. Co krzyczą ofiary? „Nie wolno było tego robić, trzeba było nas uszanować”.
Dużo rozmawiam tutaj z ludźmi niereligijnymi, ale „w tle” mam obraz, który jest dla mnie coraz ważniejszy: Jezus tłumaczący uczniom, na czym polega sąd ostateczny, co jest najważniejsze w życiu. „Co zrobiliście tym najmniejszym, moim siostrom i braciom…”. Wszyscy są zaskoczeni: „Kiedy? Chodziłem co niedzielę na Mszę, a teraz mi mówisz: ja cię nie znam?”

Bóg nas spotyka w oczach, w życiu cierpiących. Nieustannie podkreśla to teraz papież Franciszek. Wydaje mi się, że o tym też mówi ta ziemia. A ja pytam tu siebie: jaki jest sens mojego życia. Jestem Niemcem, księdzem „po Auschwitz” i przeszłości już nie zmienię. Czego więc Bóg oczekuje ode mnie dzisiaj? Kto na mnie czeka? Komu mam pomagać? Gdzie są ci ludzie, wyrzuceni z mojego świata, którzy mnie potrzebują?

KAI: O co jeszcze pytają Księdza ludzie odwiedzający Auschwitz?

– Na przykład o to, gdzie był Kościół. Niemcy pytają: jak inni na nas patrzą? Albo: dlaczego Żydzi idą przez obóz z flagami? Albo: co oznacza Auschwitz dla Polaków? W odpowiadaniu na te pytania także widzę swoją rolę.

Prawie każdego dnia na terenie byłego obozu Auschwitz są tłumy z całego świata. Ktoś chodzi i myśli o tym co się wydarzyło, próbuje zrozumieć. To w nim pracuje, ale widzi też cały świat: Japończyków, Izraelczyków, Polaków, grupy Niemców, Włochów itd. Automatycznie pyta sam siebie: co to znaczy dla tych innych. Więc ja właśnie pomagam im to zrozumieć.

KAI: Czy zdarza się, że o to, „gdzie był wtedy Bóg” pytają katolickiego Księdza Żydzi?

– Rzadko, ale czasem mi mówią, że już nie potrafią wierzyć. Religijni Żydzi, z którymi prowadzimy dialog – nie pytają mnie o to. Oni mają swoje rozumienie tego problemu.

KAI: Kwestia „Bóg a zło” jest dylematem odwiecznym. W swoim doktoracie pyta Ksiądz o tę kwestię, zestawiając ją z biografią komendanta Auschwitz, Rudolfa Hössa. Do jakich konkluzji doprowadziły Księdza dociekania w tej sprawy?

– Ona ma dwa wymiary. Pierwszy, to ten zewnętrzny. Höss został wychowany religijnie, w rodzinie katolickiej. Był ministrantem. Ojciec ślubował, że jego syn zostanie księdzem. Kiedy ojciec zmarł, Rudolf uciekł, został żołnierzem na froncie I wojny światowej. Gdy wrócił, matka już nie żyła. Wystąpił z Kościoła, zerwał ze środowiskiem rodzinnym. Wstępuje do SS z przekonania, przyjmuje tę inną, nową „religię”, zostaje komendantem obozu Auschwitz. Na końcu życia, już po procesie w Warszawie i skazaniu na śmierć, wraca do Kościoła, spowiada się w Wadowicach. Tyle na zewnątrz.

W swoim doktoracie pytałem natomiast, co stało się wewnątrz. Wydaje mi się, że jest pewien fałszywy sposób wychowania katolickiego, to znaczy wychowania bez miłości. Nie wiem, jak naprawdę było, ale daję do myślenia. Czy w procesie katolickiego wychowania Höss doświadczył tej podstawowej prawdy, że Bóg go kocha i powołuje do miłości? Nie wiem, ale mam pewne wątpliwości.

W pewnym okresie Höss zastąpił drogę, w której był wychowywany na rzecz nowej wizji świata, wizji nazistowskiej, gdzie Bóg gra rolę nie osobistego Partnera, tylko jest żywotną siłą przyrody: trzeba walczyć o przeżycie i to jest udział w tych siłach boskich, opatrznościowych, które daje świat. On tym żył.

Pytałem, z mojego chrześcijańskiego punktu widzenia, nie tylko o to, gdzie był błąd w tej ideologii, tylko jak Höss mógł rozpoznać, że to jest niewłaściwe. On mówi coś takiego, że wzruszony sytuacją ofiar miał wyrzuty sumienia, ale… wobec Hitlera, ponieważ staje się słaby i niedostatecznie walczy. Tak więc ta ideologia też niby budzi odpowiedzialność i sumienie. Kluczowym punktem mojej pracy jest przekonanie, iż każdy człowiek ma w sercu wpisane Boże sumienie, Dekalog, o czym mówił też na górze Synaj papież Jan Paweł II. Nie da się tego głosu totalnie stłumić.

Podczas procesu w Warszawie sędzia zapytał Hössa: czy oskarżony nie miał wyrzutów sumienia? I były komendant Auschwitz opisuje sytuacje, których nie może zapomnieć: dzieci na rampie i kobiety, które na niego patrzą. Potem już nie może patrzeć na swoją żonę i dzieci. Godzinami jeździ konno po okolicy, żeby zapomnieć. Ale to się do końca nie da.

Dlatego na pytanie: gdzie był Bóg w Auschwitz odpowiadam, że Bóg patrzył na Hössa oczami więźniów. Gdzie Höss spotkał Boga w Auschwitz? W tych twarzach, które sam opisuje i nie może zapomnieć.
Potem, w krakowskim więzieniu były komendant obozu kilka razy pisze o tym, że jest głęboko zawstydzony tym, że traktują go jak człowieka. Pisze, że dopiero w polskich więzieniach odkrył, co to znaczy człowieczeństwo, które stracił służąc w SS. Chodzi o relację międzyludzką jako miejsce spotkania z Bogiem – dlatego mówiłem o sądzie ostatecznym i słowach Jezusa. I to jest główna teza tej pracy.

KAI: Hanna Arendt pisząc o innym zbrodniarzu wojennym, Adolfie Eichmannie, wyprowadziła tezę o „banalności zła”. Czy zajmując się postacią Hössa nasunęły się księdzu podobne refleksje?

– Tak, ponieważ pracując nad jego biografią coraz bardziej uświadamiałem sobie, jak ważna jest ideologia: ona wszystko tłumaczy, wszystkiemu nadaje sens. O wszystkim co dla ofiar i dla nas dzisiaj jest złem, mówi, że jest dobrem, bo „to jest droga do zbawienia naszego, niemieckiego narodu”.

Znam Niemkę, której matka urodziła się tutaj, w rodzinie SS. Matka opuściła Auschwitz w wieku 4 lat i zapamiętała ten czas jako najpiękniejszy okres w życiu. Rodzice mogli kupować w sklepach SS – były tam rzeczy odebrane z transportów żydowskich, czego dzieci nie wiedziały, bawiąc się pięknymi zabawkami… Dla tej niemieckiej dziewczynki było to piękne dzieciństwo. Rodzice stworzyli to banalne życie i tak sobie banalnie żyli.

KAI: A czy zadaje Ksiądz sobie pytanie, jak było to możliwe w Europie ukształtowanej przez chrześcijaństwo? Czy „uwiedzenie narodu” przez ideologię to jest pusta fraza czy jednak najwłaściwsza odpowiedź?

– Nie wiem… Na pewno chrześcijaństwo było słabe. Kościół – i to niebezpieczeństwo jest zawsze – wpisuje się w tożsamość narodową. Wiadomo, że jeśli zaczyna się wojna, księża muszą być z armią, działać wśród żołnierzy i im towarzyszyć. To jest główna dynamika, która zapomina o ludzkim wymiarze tych po drugiej stronie.

KAI: Kościół niemiecki dokonał rachunku sumienia?

– Nigdy nie jest dosyć, ale próbowali. Przeważnie Kościół był w opozycji. Wielu księży trafiło do obozów. Nie tak wielu, jak Polaków, ale jednak. Na przykład, jeden z moich wujków, ksiądz, był w Dachau. Na pewno nie można powiedzieć, że Kościół katolicki w Niemczech popierał nazizm. Jeszcze latem przed dojściem Hitlera do władzy zabroniono katolikom, pod groźbą ekskomuniki, wstępować do NSDAP.

Główny upadek Kościoła nastąpił po objęciu władzy przez Hitlera, bo widząc, że po wyborach już nie będą mieli wpływu przez partię polityczną w parlamencie, Kościół idzie na konkordat, próbuje robić umowę z państwem, aby zapewnić podstawowe struktury kościelne. Ale za to biskupi nie krytykują bojkotu żydowskich sklepów. Natomiast potem było już za późno. To jest ten moment, w którym Edyta Stein pisze list do papieża, krytykując to milczenie Kościoła i drogę pójścia na kompromis polityczny.
Inaczej wygląda ta sprawa na płaszczyźnie lokalnej.

Byłem wikarym pewnej parafii i kiedy mówiłem, że wybieram się do Polski to wszyscy popierali pojednanie. Łatwo też im było powiedzieć, że podczas wojny papież za dużo milczał, a za mało robił. Ale gdy zapytałem, jak to wyglądało wtedy w tej parafii, to ktoś mi poradził: nie mów o tym głośno, bo ojciec przewodniczącego rady parafialnej był wielkim nazistą.

Teraz jest już łatwiej, ponieważ prawdziwych sprawców już w Niemczech nie ma. Pokolenie tych, którzy naprawdę kierowali – już nie żyje.

KAI: A czy zetknął się tu Ksiądz kiedyś z byłymi SS-manami? Bywali tu?

– Trzeba uświadomić sobie, że teraz poszukiwani są już ostatni członkowie SS z załogi Auschwitz. Dziś mają ponad 90 lat, a w czasach służby tutaj byli bardzo młodzi. Około 25 lat temu, na początku pobytu w Oświęcimiu, ktoś do mnie zadzwonił i powiedział, że chce przyjechać. Wyjaśnił, że został tu przysłany jako 17-letni SS-man pracujący w okolicznej fabryce i uciekł. Chciał przyjechać ze swoim synem i to wszystko mu opowiedzieć. Pytał, czy może mnie odwiedzić. W pewnym momencie zaczął płakać, rozmowa się urwała. Więcej o nim nie słyszałem.

Kiedy indziej z grupą niemiecką przyjechał pewien starszy pan, który w bardzo młodym wieku służył w SS, choć nie w Auschwitz. Przyjechał jako świadek „ostrzegawczy”, żeby powiedzieć młodym: uważajcie, jak łatwo pójść w takim kierunku. Opowiadał mi później, że to nie był dobry zamysł, bo po wizycie w obozie ci młodzi są tak „naładowani”, że wobec byłego członka SS mają tylko agresję. Spokojna rozmowa nie jest możliwa. Dlatego rozmawiał z nimi dopiero później, w Niemczech, ale z kolejnymi grupami już nie przyjeżdża.

O wiele częściej spotykam dzieci i wnuków SS-manów, następne pokolenia, dla których to jest duży problem.

Czasami przyjeżdżają tacy, którzy wychowywali się tu jako dzieci. W paszportowej rubryce „miejsce urodzenia” mają wpisane Auschwitz. Ktoś taki nie może więc się tego wyzbyć. Nikomu nie pokazuje, ale to z nim idzie. Mama dużo nie opowiadała, ojciec już nie żyje a on, kiedy tylko dotyka w rodzinie tego tematu, to atmosfera staje się dziwna, więc lepiej nie dotykać.

Miałem spotykanie z Martinem Adolfem Bormannem, nieżyjącym już synem Martina Bormanna, osobistego sekretarza Hitlera. Martin spotkał się tutaj z ks. Romualdem Jakubem Weksler-Waszkinelem, którego żydowscy rodzice zginęli w Holocauście.

KAI: Kilka lat temu w Auschwitz przebywał wnuk komendanta, Rainer Höss. Miał ksiądz z nim jakiś kontakt?

– Rozmawialiśmy. Z wielkim zaangażowaniem walczy teraz z ruchami neonazistowskimi. To jest jego odpowiedź. Aby żyć z taką przeszłością, trzeba znaleźć swoją odpowiedź.

KAI: Czy często myśli Ksiądz o ofiarach Auschwitz?

– Jest bardzo dużo wydarzeń rocznicowych: pierwszy transport, wyzwolenie obozu, 70. rocznica likwidacji obozu cygańskiego, pierwszy transport dzieci z Warszawy, wkrótce 70. rocznica wyzwolenia obozu itd. O wiele mocniej niż o zmarłych myślę jednak o tych, z którymi się spotykam, którzy to przeżyli; myślę o tym, jak uszanować ich pamięć, ich ranę oraz jak budować relacje między ludźmi dzisiaj.

KAI: A myśli Ksiądz o sprawcach? I ich spotkaniu z Bogiem na sądzie ostatecznym?

– Przed śmiercią Rudolf Höss, były komendant Auschwitz, wyspowiadał się i otrzymał rozgrzeszenie. Wiemy o tym, ponieważ otrzymał Komunię świętą, w więzieniu w Wadowicach. Czy to znaczy, że zaraz będzie w niebie i dostąpi szczęścia z Bogiem? Razem z tymi biednymi, którym w Auschwitz zgotowano piekło? Nie może to być takie proste. Dlatego w mojej pracy doktorskiej o Hössie, wróciłem do tej starej tradycji, przeważnie katolickiej, związanej z czyśćcem. Coś tam jeszcze musi się dziać. Tam ma nastąpić całkowite oczyszczenie przyjaźni z Bogiem.

Wygląda na to, że Höss rzeczywiście chciał się naprawić, ale czy już do końca wszystko zrozumiał? Myślę, że w czyśćcu musi dojść do spotkania z ofiarami. Na przykład Höss ma się spotkać z tą kobietą z dziećmi, która patrzyła na niego na rampie, i ich kochać. Wtedy dopiero zrozumie swoją winę i głęboko będzie jej żałował. I to jest czyściec. W końcu nie pozostanie nic, co nie jest miłością. Tyle mogę powiedzieć. Trudno logicznie dać sobie z tym radę, ale ufam, że Pan Bóg sobie poradzi. Jest tajemnica zła, ale też tajemnica dobra. Nasza wiara mówi zaś, że to ono jest silniejsze, że to ono ma ostatnie słowo.

Oprowadzając po obozie różne grupy, często opowiadam o czynie ojca Maksymiliana – to było światło w piekle i zwycięstwo miłości w świecie nienawiści. Dla współwięźniów to było coś niewiarygodnego: wśród nas jest jeszcze ktoś, kto nie nienawidzi; ktoś, kto kocha i to do końca. I to jest światło.

Ks. Konrad Szweda opowiadał nam kiedyś, że on i inni więźniowie, którzy przechodzili koło bloku 11 mieli świadomość, że tam na dole, w bunkrze głodowym siedzi wraz z innymi wielki człowiek. Kolbe przypomina nam na czym polega wielkość człowieka, nasza godność. Jest coś ważniejszego od przeżycia: zdolność miłości – i to ona nadaje sens życiu. Z drugiej strony, jacy ci SS-mani byli mali i puści przed Bogiem…

KAI: Co nie znaczy, że zostali potępieni?

– Bóg kocha do końca, także ich wszystkich. Ale mają zapłacić, może odnajdując w czyśćcu resztki miłości w ich życiu?

KAI: Czy ksiądz sam chciał odpowiedzieć tu sobie na jakieś ważne pytania? Czy to były pytania katolickiego duchownego? Niemca? Chrześcijanina?

– Główne wyzwanie, to rozumieć naszą odpowiedzialność dzisiaj. Oczywiście to dotyczy wszystkich, ale z perspektywy niemieckiej mamy świadomość, że błądziliśmy. Jest to więc inny punkt wyjścia niż w przypadku Polaków i Żydów, bo to jest perspektywa sprawców. Nie możemy powiedzieć, że nas temat winy nie obchodzi, bo jesteśmy innym pokoleniem, a to wydarzyło się kiedyś. Nie jesteśmy winni, natomiast nie wystarczy być „normalnym” Niemcem; trzeba bardzo uważać, w którym kierunku to idzie.

KAI: Również dzisiaj?

Również dzisiaj, ponieważ jeżeli utracimy wrażliwość sumienia, to dlaczego miałoby to się nie powtórzyć? Musimy być czujni. A na czym polega ta czujność? Jestem przekonany, że trzeba pamiętać a nie zapominać; trzeba gromadzić wiedzę o Auschwitz, zapraszać tu byłych więźniów.

Przede wszystkim trzeba pamiętać o odpowiedzialności za przyszłość. Na przykład: Niemcy są wiodącym eksporterem na światowych rynkach. Ludzie w Niemczech są szczęśliwi, że mają pracę, ale jak zarabiają nasze firmy w różnych biednych krajach w Afryce, Ameryce Łacińskiej czy Azji? Owszem, są miejsca pracy i to jest pozytywne, ale może są i negatywy w postaci niesprawiedliwej eksploatacji ludzi czy zasobów naturalnych?

Tu, w Auschwitz, pracowali ludzie z IG Farben. Zarabiali, zarabiali… We wszystkim co robimy, musi towarzyszyć nam świadomość odpowiedzialności moralnej.

Papież teraz uczy nas, zaczynając od Lampedusy [włoska wyspa – cel nielegalnych imigrantów z Afryki Północnej – KAI] apelując w Radzie Europy: nie pozwólmy, by Morze Śródziemne było wielkim cmentarzem, bo ci ludzie są naszymi braćmi i siostrami. Kwestia, jak rozwiązać problem, jest niejako wtórna: najpierw mamy czuć odpowiedzialność za brata i siostrę po tamtej stronie. O tym mówi też Auschwitz. To miejsce apeluje o odpowiedzialność i taką naukę powinni wyciągać wszyscy, którzy to miejsce odwiedzają.

KAI: W miejscu upodlenia człowieka przypominać o godności, szacunku, miłości i budować poczucie odpowiedzialności jeden za drugiego – tak widzi Ksiądz rolę Centrum Dialogu i Modlitwy?

– Tak, ale Auschwitz był tak konkretny, że odpowiedź musi być też konkretna. Chodzi o to, by nie tyle mówić o spotkaniu, ale stworzyć miejsce do spotkania, aby ci, którzy odwiedzają były obóz doświadczyli tego, że dzieją się tu dobre rzeczy albo przynajmniej o tym usłyszeli. Marzę o tym, żeby tych spotkań było o wiele więcej, ale trzeba też zobaczyć, ile już się dzieje i jak trudne były początki – mam na myśli także spory o Karmel.

Oświęcim stał się miejscem pracy na rzecz pokoju, właściwie dla całego świata. Mamy tu Centrum Dialogu i Modlitwy, Międzynarodowe Centrum Młodzieży, Międzynarodowy Instytut Edukacji o Auschwitz i Holokauście i inne. Z tego miejsca promieniuje także pozytywne przesłanie, związane z godnością człowieka i obowiązkiem wzajemnego szacunku.

KAI: Bo świat się zmienił, ale podstawowe wyzwania pozostają.

– Tak. Ludzie z całego świata przychodzą tu ze swoim bagażem i tu się mijają. A chodzi o to, by nie tylko się mijać, ale i spotkać.

KAI: I rozładować bagaż, pokazując wzajemnie co się tu przyniosło.

– Tak, przy czym Auschwitz to jest jednak rana i w tym miejscu trudno rozmawiać. Musi być jakaś przestrzeń, atmosfera, która zachęci do takiej wzajemnej wymiany myśli, pomiędzy Polakami, Niemcami, Rosjanami, Izraelczykami, Palestyńczykami, Ukraińcami, Japończykami… Dlatego odbywają się tu spotkania i seminaria z udziałem różnych grup czy spotkania szkół w ramach wymiany polsko-niemieckiej.

Aby leczyć rany, trzeba dokładnie się im przyjrzeć, bo jeżeli po spojrzeniu na nie od razu uciekamy, to nic z tego nie wyniknie. Trzeba pojąć, na czym polegają te rany. Na tym, że jedni drugich tak traktowali, np. że Niemcy Polaków tak traktowali, chrześcijańska Europa tak Żydów traktowała. Pojawia się pytanie, jak możemy sobie ufać? Niemcy pytają: jeżeli cały świat patrzy na nas jako na potencjalnych nazistów, to czy te relacje mogą dziś leczyć?

Gdy dotykamy rany, trudno jest mówić spokojnie. Czasem lepiej nie mówić, ale być razem i, przede wszystkim, słuchać siebie nawzajem. Dialog znaczy rozmawiać z innym, a nie – o innych. Nie chodzi o to, żebym ci mówił, czego masz się uczyć od mojej mądrości, od mojego cierpienia, ale pytam cię, co to miejsce dla ciebie znaczy; o czym myślisz gdy chodzisz po tej ziemi. A kiedy ty mnie pytasz, próbuję ci odpowiadać z mojej perspektywy.

KAI: Do Auschwitz oraz oświęcimskiego Centrum przyjeżdżają ludzie różnych religii ale też niewierzący. Znajdujecie wspólny język?

– Nie ukrywam swojej katolickiej tożsamości. To też pomaga i jest potrzebne do prowadzenia dialogu.

KAI: Trzeba określić: kim jestem.

– Tak. Dialog jest o wiele łatwiejszy, jeżeli wyraźnie mówię kim jestem, w co wierzę. Ale jestem otwarty i potrafię słuchać, nie narzucam się. Słuchać, to znaczy – i to jest podstawa dialogu – wziąć do serca to, co drugi mi mówi; to znaczy wejść w dialog z moją tożsamością. W ten sposób rozwijamy się, wzrastamy. To doświadczenie staje się częścią mojej tożsamości. W ciągu lat bardzo dużo się tu nauczyłem poprzez rozmaite spotkania. Ale tożsamości nie utraciłem (śmiech).

KAI: Pobyt w Oświęcimiu to dla Księdza misja na całe życie?

– Nie wiem. Działam krok po kroku. Najpierw dostałem pozwolenie na 2 lata, potem na kolejne dwa, potem na trzy, itd. I tak jest do dziś. Dopóki moja obecność pomaga, a nie szkodzi sprawie dialogu, to tu pozostanę.

KAI: Na całe życie?

– Być może tak się stanie, ale nie wiem, co będzie jutro.

 

***

Ks. dr Manfred Deselaers (ur. 1955) jest wiceprezesem Krakowskiej Fundacji Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu oraz odpowiada za dział programowy. W 1989 r. rozpoczął w Polsce służbę na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie obronił pracę doktorską „Bóg a zło w świetle biografii i wypowiedzi Rudolfa Hössa komendanta Auschwitz”.
Jest m.in. wykładowcą teologii fundamentalnej na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej.

Uhonorowany m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, Krzyżem Zasługi I Klasy Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec oraz tytułem Człowieka Pojednania przyznawanym przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów.

* Rozmowa pochodzi ze stycznia 2015 roku.

Wersja do druku

Przeczytaj także

26 stycznia 2018 17:03

W katedrze polowej pożegnano prof. Barbarę Otwinowską

Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.