Drukuj Powrót do artykułu

Ks. prał. Ptasznik: Jana Pawła II nieustanny dialog z Bogiem

23 kwietnia 2014 | 10:12 | st (KAI) / br Ⓒ Ⓟ

„Wszystko, co Jan Paweł II w swym życiu robił i mówił, wynikało przede wszystkim z jego nieustannego, mistycznego dialogu z Bogiem… I to było najgłębszą tajemnicą wielkości tego człowieka” – powiedział w wywiadzie dla KAI ks. prał. Paweł Ptasznik, który od 1996 roku pracuje w Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej.

W tym charakterze towarzyszył Ojcu Świętemu w codziennej pracy, a także w podróżach apostolskich.

KAI: Księże Prałacie, przez dziesięć lat miał Ksiądz Prałat przywilej pracy u boku Jana Pawła II. Kim Ojciec Święty był dla Księdza Prałata?

Ks. Paweł Ptasznik: Moją pracę w Sekretariacie Stanu rozpocząłem w 1996 roku. Przyznam, że nie wiem, dlaczego właśnie ja zostałem wybrany do tego zadania. Codziennie dziękuję za tę łaskę. Mogłem obserwować jak Ojciec Święty pracuje. Moje zadanie polegało na tym, aby każdego dnia udać się z przenośnym komputerem i zapisywać to, co zechciał podyktować. W 1994 roku, kiedy złamał obojczyk, Ojciec Święty nie chciał przerywać pracy i zaproponowano mu tę formę, która się jemu następnie spodobała i przyjął jako metodę swej pracy. Zazwyczaj przygotowywał swoje teksty z dużym wyprzedzeniem, najczęściej trzymiesięcznym. Tak więc krótko po Bożym Narodzeniu zaczynał pracę nad tekstami homilii i przemówień Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy. Mogłem też z Nim być także w chwilach mniej związanych z pracą, jak niedzielne posiłki, czy przy okazji różnych świąt. Jedną z piękniejszych dziedzin mojej pracy było towarzyszenie mu w pielgrzymkach do różnych Kościołów, do różnych krajów. Jan Paweł II był dla mnie jak ojciec – nie z tytułu, ale ze sposobu bycia, z odniesienia. Zawsze w spotkaniach z nim odczuwałem pełen szacunku respekt, ale też nigdy nie byłem onieśmielony. Sprawiała to jego prostota, wrażliwość i ciepła życzliwość. Rozpoczynałem współpracę z Ojcem Świętym, mając nieco ponad trzydzieści lat. Wtedy byłoby dla mnie największym zaszczytem, gdybym mógł służyć mu tylko jako zwyczajny skryba, zapisujący skrzętnie słowo po słowie. Tymczasem od pierwszego dnia dał mi odczuć, że oczekiwał twórczej współpracy. Szybko przekonałem się, że jego „co o tym sądzisz?” nie było zdawkowym pytaniem, szukaniem potwierdzenia, ale zaproszeniem do wspólnej refleksji i dyskusji. Czy mógłbym oczekiwać czegoś więcej?

KAI: Jaki był Ojciec Święty w kontakcie z ludźmi?

– Kiedyś poprosił, abym przygotował mu propozycję jego osobistej odpowiedzi na list. Zrobiłem to, starając się wczuć w myślenie i uczucia Papieża. Skrzętnie zachowuję kopię tego projektu, na którym napisał odręcznie: „Myśl właściwa i argumentacja dobra. Jednak ze względu na wiek i pozycję adresata należałoby nieco złagodzić. JPII”. Tak właśnie: on wiedział, jak bronić prawdy, a równocześnie nie ranić człowieka, który ma prawo do własnych idei, nawet jeśli wydają się błędne.

Ojciec Święty i jego otoczenie stwarzali bardzo rodzinną atmosferę. Sprawiało to, że w Sekretariacie Stanu pracowaliśmy z wielką chęcią i satysfakcją. Na przykład w Wigilię 1999 roku, gdy rozpoczynał się Rok Święty Wielkiego Jubileuszu Ojciec Święty wezwał mnie rano i powiedział, że przygotowana wcześniej homilia jest dobra, ładna, tyle, że można ją wygłosić w każdą inną Pasterkę. A my mamy otworzyć Rok Święty. Trzeba napisać nowy tekst. Siadł i napisał. Koło południa tekst polski był gotowy. Kiedy przetłumaczyliśmy na włoski był już obiad. Bez słowa wszyscy z sekcji językowych wrócili po południu i siedzieliśmy nad tą homilią do wieczora. Ale to nie była praca dla pracy, lecz praca dla Tego Człowieka i dla Kościoła. Jego decyzja była dla wszystkich święta – tak wielkim cieszył się autorytetem swoich współpracowników.

KAI: Czy mógł Ksiądz Prałat odczuć, że ma do czynienia z osobą nadzwyczajną, która zostanie kanonizowana?

– Jan Paweł II nie roztaczał wokół siebie jakiejś niezwykłej atmosfery, nie uprawiał jakiegoś spektakularnego mistycyzmu. Chodził po ziemi. Był bardzo konkretny. Natomiast uderzał mnie zawsze jego duch modlitwy. Cały był w takich chwilach skoncentrowany na Bogu, a jednocześnie nie był nieobecny. To mnie zastanawiało, bo gdy się mówi o modlitwie, to zawsze myślimy o człowieku z zamkniętymi oczami, całkowicie zatopionym w Panu Bogu. Natomiast On widział otoczenie, potrafił spojrzeć na zegarek. Rzecz jasna nie zwracał uwagi na to, że patrzą na Niego kamery. Ale nie był nieobecny. Czasem modlił się na głos, polskimi pieśniami, śpiewał w kaplicy „Gorzkie Żale”, albo „Godzinki”. Myśmy mu w tym nie przeszkadzali. Jeżeli w maju były nabożeństwa majowe, to szliśmy na taras, nad apartamentem papieskim i razem z Ojcem Świętym śpiewaliśmy litanię do Matki Bożej. A jednak to zjednoczenie z Bogiem było w jego wypadku wyjątkowe. Czasami mówił, że stosuje swego rodzaju geografię modlitwy. Miał w swoim biurze duży atlas świata i każdego dnia go wertował i modlił się za jakąś część Kościoła. On żył Kościołem, pamiętał o każdej diecezji, o każdym biskupie, nawet na krańcach świata.

Ojciec Święty obejmował swoją modlitwą sprawy przedstawiane mu w listach przez wiernych z całego świata. Przygotowywaliśmy mu intencje, wypisywane na zewnątrz takich koszulek, a w środku był list i zawsze mógł zajrzeć, zapoznać się bliżej z konkretną sytuacją i rzeczywiście modlił się w intencji tych osób. Różne były skutki tych modlitw. Pamiętam taką sytuację, która mi uzmysłowiła, że nasze pisanie, prowadzenie korespondencji ma sens. Mianowicie pewne małżeństwo prosiło Jana Pawła II o modlitwę w intencji dziecka umierającego na raka. Przekazaliśmy intencję Ojcu Świętemu, a następnie napisaliśmy taki rutynowy list, że Ojciec Święty się modli i błogosławi. Ponad miesiąc później nadszedł list od ojca tego dziecka, który donosił, że list od papieża dotarł do nich w momencie, gdy właśnie dziecko to zmarło. Dla nich był to jedyny motyw, żeby nie buntować się przeciw Panu Bogu, całemu światu i ludziom. To taki zewnętrzny obraz świętości, ale widziałem skuteczność modlitwy Jana Pawła II.

Mieliśmy też bardzo wiele świadectw od małżeństw, które nie mogły mieć dzieci i prosiły o modlitwę, by mogły mieć potomstwo. Sam też przyprowadzałem na audiencje małżeństwa, których dotykał ten problem. Często po dziewięciu miesiącach okazywało się, że małżonka była „przy nadziei”. Ta skuteczność była wówczas i jest po dziś, kiedy wiele osób prosi, żeby ich list znalazł się przy grobie Ojca Świętego, czy żeby odprawić Mszę św. w pobliżu jego ciała w danej intencji. W wielu listach wierni dziękują za otrzymane łaski. To wstawiennictwo jest skuteczne.

KAI: Wiele razy dzięki mediom mogliśmy widzieć, że odbiegając od utartych schematów Jan Paweł II wychodził na spotkanie ludziom, odpowiadał na ich serdeczne gesty, pozdrowienia…

– To prawda. Ujmowała mnie jego wrażliwość na człowieka. W spotkaniu z nim miało się wrażenie, że w danym momencie, kiedy się do kogoś zwraca, to ta osoba jest dla niego najważniejsza, jest całym światem. Miał niesamowitą pamięć i potrafił sobie o sprawach poszczególnych osób przypomnieć po wielu miesiącach, a nawet latach i zapytać o zdrowie danej osoby, o konkretną przedstawioną mu sytuację, o sprawy ważne tylko dla danej osoby. Dotyczyło to także spotkań z przedstawicielami świata polityki, czy innych „wielkich tego świata”. Pozytywnie patrzył na wszystkich i w każdym starał się znaleźć dobro. Otwarty był na dialog, ufając, że nawet w tych, którzy byli odbierani przez świat jako osobowości kontrowersyjne może dojść do duchowej przemiany.

Niezwykłe było też to jego umiłowanie Kościoła. Było to szczególnie widoczne w okresie choroby. Często w pewien sposób płacił swoim cierpieniem fizycznym, za dobro, które dzieje się w Kościele. Tak postrzegaliśmy jego cierpienie – mówiliśmy wtedy, że widocznie coś dobrego dzieje się w Kościele. On też tak to przeżywał.

KAI: Często świętość kojarzy się nam z przekraczaniem ludzkich ograniczeń, szeroką perspektywą, w której te niezwykłe osoby postrzegają sprawy świata…

– Ujrzałem to wyraziście, kiedy przygotowywaliśmy teksty na nabożeństwo wyznania win i prośby o przebaczenie, jakie miało miejsce w bazylice św. Piotra, 12 marca 2000. Pozwoliłem sobie wówczas na uwagę, że my tak często przepraszamy, a może trzeba byłoby powiedzieć więcej o dobru, jakie Kościół wniósł w życie Europy i świata, począwszy od kultury po szereg osiągnięć cywilizacji. Ojciec Święty powiedział mi wtedy – wiesz, dobro samo się obroni, a za zło trzeba przepraszać.

KAI: Nierzadko to dobro dostrzegały media i często słyszymy, że był on najbardziej medialnym papieżem. W czym tkwiła tajemnica tego sukcesu?

– To prawda, ale sądzę, że na ten fenomen trzeba spojrzeć w dwóch wymiarach. Pierwszy to obiektywny fakt, że dopiero podczas trwania pontyfikatu Jana Pawła II nastąpił błyskawiczny rozwój technologii teleinformatycznych, dzięki którym świat stał się „globalną wioską”. Za pośrednictwem elektronicznych środków masowego przekazu, a przede wszystkim internetu, telewizji, radia, telefonu, ludzie znajdujący się w każdym niemal miejscu na ziemi mogą uczestniczyć w wydarzeniach, które dzieją się w drugim jej krańcu. Dlatego też, o ile poprzednicy Jana Pawła II mogli korzystać z prasy, a potem z radia, podczas gdy telewizja stawiała dopiero pierwsze kroki, o tyle on sam miał możność wykorzystywać najnowsze osiągnięcia techniki.

Ważniejszy jest dla nas jednak drugi wymiar: medialność samego Papieża. Jan Paweł II był „Mistrzem dialogu”, jak nazywali go sami dziennikarze. Już pół godziny po wyborze na Papieża zaskoczył media i wszystkich zebranych na Placu Św. Piotra improwizowanym przemówieniem z balkonu Bazyliki, w którym zjednał sobie serca Włochów prośbą, by poprawili go, gdy się pomyli mówiąc w ich i swoim już teraz języku. Podczas kolejnych spotkań z wiernymi kilkakrotnie przerywał czytanie napisanego tekstu, by w improwizowany sposób odpowiadać na ich skandowanie. Hierarchowie watykańscy, a także dziennikarze zajmujący się od lat tematyką religijną zrozumieli, że nowy Papież będzie inaczej niż jego poprzednicy, bardziej spontanicznie, zachowywał się wobec wiernych i wobec mediów. Przy czym serdeczność i poczucie humoru Jana Pawła II w bezpośrednich kontaktach ze wszystkimi ludźmi, niezależnie od zajmowanych przez nich stanowisk, budziły duże zdumienie, gdyż wykraczały poza obowiązujące dotąd w Watykanie konwenanse.

KAI: Ta zdolność przełamania konwenansów objawiła się już w pierwszej pielgrzymce zagranicznej do Dominikany, Meksyku i na Wyspy Bahama na przełomie stycznia i lutego 1979 roku…

– Dziennikarze, którzy towarzyszyli wówczas Papieżowi z dużym zaskoczeniem wspominali zaimprowizowaną w samolocie konferencję prasową. Jan Paweł II przyszedł przywitać się i życzyć im owocnej pracy, jak robił to w podobnych sytuacjach jego poprzednik Paweł VI. Gdy jednak jeden z nich odważył się zapytać: „Czy Ojciec Święty ma zamiar udać się do Stanów Zjednoczonych?”, Papież odpowiedział po angielsku. Potem w kilku innych językach odpowiadał jeszcze na wiele innych pytań zadawanych przez ośmielonych już dziennikarzy. Protokół watykański po prostu nie przewidywał takiej sytuacji, ale Jan Paweł II wprowadził już od tej pierwszej podróży zwyczaj zaimprowizowanych konferencji prasowych na pokładzie “volo papale”, czyli papieskiego samolotu. A gdy jako pierwszy w historii zwierzchnik Kościoła katolickiego pojechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaskakiwał wszystkich umiejętnością nawiązywania dialogu i spontanicznością podczas spotkań zarówno z politykami, jak i młodzieżą w Madison Square Garden czy biednymi z Bronksu, numer tygodnika „Time” wyszedł ze zdjęciem Papieża na okładce i tytułem „John Paul Superstar”.

KAI: Czy Jan Paweł II miał jakąś „metodę” przyciągania uwagi lub zyskiwania sympatii i szacunku?

– Nie, on był po prostu sobą. Niczego nie ukrywał, ani niczego nie udawał, zarówno wtedy, gdy był młody i silny, jak i wtedy, gdy był chory, zniedołężniały i cierpiący. Wyraźnie i stanowczo mówił też zawsze o tym, w co wierzy. Nie dopisywał nigdy w swoich tekstach niczego, by się komukolwiek przypodobać, ani nie łagodził swoich wystąpień z obawy przed jakąkolwiek krytyką, również ze strony mediów. Zafascynowany osobowością Jana Pawła II włoski watykanista Gian Franco Svidercoschi wspomina, że już na początku pontyfikatu pojechał specjalnie do Polski, by spróbować zrozumieć, kim jest ten polski Papież. I odkrył to, co rzeczywiście było zawsze siłą osobowości Karola Wojtyły – jego autentyczność. Gdy został Papieżem, nie zmienił swego sposobu bycia i zachowywał się z równą naturalnością i prostotą, jak zachowywał się wobec ludzi jako biskup w Krakowie czy wcześniej jako wikary prowadzący duszpasterstwo akademickie. Tak więc we wszystkim, co mówił i robił jako Papież, był wiarygodny, bo był autentyczny. Gdy występował w obronie pokoju, był wiarygodny, bo sam przeżył osobiste tragedie podczas II Wojny Światowej. Gdy bronił praw i godności człowieka, był wiarygodny, bo sam zaznał biedy i przemocy żyjąc w czasach XX-wiecznych totalitaryzmów. Gdy jako pierwszy Papież w historii przekraczał próg synagogi i gdy mówił o dialogu z judaizmem, był wiarygodny, bo w młodości mieszkał wśród Żydów i z wieloma się przyjaźnił. Gdy na spotkaniach z młodzieżą mówił nie tylko o Chrystusie i Kościele, ale też o pracy i miłości, był wiarygodny i nawiązywał z tymi młodymi ludźmi świetny kontakt, bo rozmawiał z nimi w taki sposób, jak wtedy, gdy jako ksiądz i biskup z grupą studentów chodził po górach czy pływał na kajakach. Wreszcie, jego medialny wizerunek był wiarygodny, a Papież nawiązywał dobry kontakt z widzami i słuchaczami właśnie dlatego, że zachowywał się naturalnie i był w rzeczywistości mistrzem w prowadzeniu dialogu, również poprzez niewerbalne gesty. Już sama jego postawa wobec ludzi – wyprostowana sylwetka, rozłożone lub wyciągnięte do góry ręce – wyrażała otwartość i zachęcała do zaufania.

KAI: Z Ojcem Świętym spotykali się czołowi politycy czy też gwiazdy mediów. Czy również im udzielała się ta otwartość Jana Pawła II?

– Ojciec Święty ciepłym gestem, serdecznym słowem, uśmiechem czy spojrzeniem, potrafił błyskawicznie przełamać dystans onieśmielenia tak, że rozmówca miał wrażenie, jakby rozmawiał z kimś bliskim, kogo zna już od dawna. Papież zawsze patrzył prosto w oczy i jakby przenikał wzrokiem, zachęcając do mówienia. Jego bezpośredniość wywierała ogromne wrażenie na gwiazdach mediów: sportowcach, artystach, politykach, którzy przyzwyczajeni do tego, że uwaga otoczenia zwykle skupia się na nich, w jego obecności tracili pewność siebie i czuli się wzruszeni. Warto przypomnieć, jak na spotkaniach z Papieżem zachowywali się np. dyktatorzy i politycy, którzy mieli na swoim sumieniu rozmaite zbrodnie. Choć doradzano Papieżowi, że nie powinien w ogóle spotykać się z Arafatem, Pinochetem, Jaruzelskim, Castro, on podawał im rękę. Nie usprawiedliwiał czynionego przez nich zła, mówił o nim głośno i stanowczo. Ale spotkaniem i rozmową jakby odwoływał się do głębi ich człowieczeństwa, a oni w jego obecności zachowywali się z zakłopotaniem trochę tak, jakby stali przed trybunałem sumienia.

KAI: Co było źródłem tej umiejętności nawiązania bezpośredniego kontaktu z każdym człowiekiem?

– Brało się to z ogromnego szacunku dla każdej ludzkiej istoty i wrażliwości na jej potrzeby. Dla Jana Pawła II dogmaty chrześcijańskiej wiary określające godność człowieka były naturalną postawą i dawał temu świadectwo niezależnie od tego, czy pochylał się nad śmiertelnie chorymi w hospicjum, czy rozmawiał z najpotężniejszymi politykami tego świata, czy żartował z bliskimi współpracownikami i przyjaciółmi, czy wreszcie spokojnie odpierał zarzuty tych, którzy krytykowali głoszoną przez niego naukę. Z otwartością, serdecznością i uwagą przyjmował każdego człowieka takim, jaki jest, ze wszystkimi ułomnościami i słabościami. Potrafił dostosować sposób mówienia do swego rozmówcy i przede wszystkim potrafił go wysłuchać, a istotą dobrego dialogu jest przecież wymiana myśli. Niektórzy rozmówcy, zwłaszcza politycy, próbowali niekiedy wprawić Papieża w zakłopotanie, zadając trudne pytania i używając argumentów pozornie nie do odparcia. W takich sytuacjach pomagała mu doskonała pamięć, wielka osobista kultura i umiejętność błyskawicznego formułowania myśli. Papież nigdy nie wdawał się w polemikę. Jego odpowiedzi były tak zwięzłe i trafne, że to atakujący rozmówca wycofywał się często z zakłopotaniem, gdyż brakło mu już kolejnych argumentów. Papież przy tym nigdy nie czuł się osobiście urażony jakąkolwiek krytyką i nie okazywał poirytowania ani zniecierpliwienia.

KAI: Czy Ojciec Święty przygotowywał się szczególnie do takich spotkań, czy też były to reakcje spontaniczne?

– Jan Paweł II zawsze z wielką powagą traktował swoje publiczne wystąpienia. Swoich współpracowników wręcz zachęcał do krytycznych analiz podczas pracy nad przygotowywanymi tekstami przemówień i dokumentów, i z uwagą te sugestie przyjmował mówiąc: „Musimy to jeszcze przemyśleć”. Sam wielokrotnie tego doświadczyłem podczas prawie 10-letniej pracy dla niego. Dyktując mi teksty często pytał: „Co o tym sądzisz?” i oczekiwał szczerej, merytorycznej odpowiedzi. Czasem prosił, aby poczynione uwagi dać mu na piśmie.

KAI: Odnoszę wrażenie, że Jan Paweł II równie dobrze czuł się w towarzystwie najwybitniejszych ludzi nauki i kultury jak i wśród ludzi prostych, lubił poznawać rzeczywistość u źródeł…

– Trzeba pamiętać, że Ojciec Święty bardzo chętnie spotykał się też z uczonymi różnych dziedzin i ludźmi kultury, by dyskutować o relacjach między wiarą a nauką, religią a wyzwaniami współczesnego świata. Na śniadania i obiady do Pałacu Apostolskiego często zapraszał pracowników Watykanu czy gości z Polski i z innych krajów, od których chciał bezpośrednio usłyszeć o najważniejszych wydarzeniach na świecie i zwyczajnych sprawach ich codziennego życia. Po prostu był ciekawy rzeczywistości i spragniony spotkań ze zwykłymi ludźmi, które nie byłyby ustalane przez oficjalne protokoły. Ale także podczas wizyt w różnych krajach często zdarzało się, że Jan Paweł II zatrzymywał nagle samochód i mówił: „Chcę zobaczyć, co jest w tej lepiance i porozmawiać z tymi ludźmi”. W Angoli np. po spotkaniu z miejscowym biskupem wszedł między lepianki i zaczął serdecznie rozmawiać z ubogimi ludźmi. Przyglądały się temu przestraszone dzieci, a on … zaczął do nich puszczać oczko, uśmiechać się i robić zabawne miny. Zachęcone w ten sposób do zabawy maluchy zaczęły wspinać się mu na plecy i wchodzić na kolana, a na koniec wszyscy razem wypili butelkę soku owocowego. Takie spotkania były Papieżowi potrzebne również po to, by z własnego doświadczenia poznać prawdę o życiu ludzi w danym kraju i potem upominać się skutecznie o ich prawa w rozmowach z politykami.

KAI: Czy na medialność Jana Pawła II nie wpłynęły właśnie w znacznej mierze jego wizyty niemal we wszystkich krajach świata?

– Te liczne podróże apostolskie były dla niego przede wszystkim formą głoszenia Ewangelii i bezpośredniego komunikowania się z ludźmi. Ale dzięki pośrednictwu mediów były również sposobem na to, by zwrócić uwagę świata na problemy krajów, które odwiedzał. Jan Paweł II uznał, że wyzwania współczesności wymagają, by biskup Rzymu był nie tylko następcą Św. Piotra, ale i naśladowca Św. Pawła, więc postanowił z Dobrą Nowiną objeżdżać wszystkie zamieszkałe kontynenty ziemi, by również swoją obecnością świadczyć o Chrystusie. A jego śladem podążały media przekazując widzom na całym świecie przesłanie, z jakim Papież przemierzał kolejne kraje oraz reakcje ludzi, których spotykał. Relacje z ich przebiegu miały wielkie znaczenie dla ożywienia i umocnienia poczucia wspólnoty wśród katolików rozsianych po całym świecie, a także dialogu z innymi religiami i niewierzącymi, żyjącymi w coraz bardziej sekularyzujących się i zamykających na wszelkie religijne wartości społeczeństwach.

KAI: Ale te odwiedziny budziły także uśpione sumienia, ukazywały wyzwania społeczne, istniejące w świecie niesprawiedliwości…

– Szczególnie ważne były wizyty w krajach, gdzie chrześcijanie znajdowali się w trudnej sytuacji, byli prześladowani, poniżani, upokarzani. Poczucie bliskości Papieża i ufność, że przybywa, by nie tylko nauczać, ale i wysłuchać, pomagało w odnowieniu wiary, dodawało otuchy, nadziei i odwagi. Na przykład, jak wspomina kardynał Roberto Tucci SJ, organizator większości pielgrzymek papieskich w Popayan w Kolumbii (1986 r.), przemawiał do Ojca Świętego biedny Indianin. Po odczytaniu napisanego tekstu zaczął skarżyć się z rozżaleniem, że władze nie zajmują się problemami ludzi ubogich. Mówił dość długo. W pewnym momencie, jeden z obecnych księży przerwał mu, obawiając się o skutki takiego wystąpienia. Ojciec Święty, gdy zakończył swoje przemówienie, polecił wezwać go z powrotem: „Pozwólcie mu skończyć, niech powie wszystko, co ma do powiedzenia”. Okazało się, że na końcu swojej mowy wspomniał o dwóch zamordowanych niedawno kapłanach. Zgromadzenie podziękowało mu za to oklaskami. Zdjęcia z tego spotkania obiegły cały świat, podobnie jak ze spotkania Papieża z mieszkańcami slumsów w Rio de Janeiro, którym oddał swój pierścień, przejęty panującą tam biedą. Obecność Papieża w takich miejscach była odbierana jako znak solidarności z tymi, którzy sami nie mieli sił upomnieć się o swoje prawa. Gdy media pokazywały Papieża np. wśród ludzi śmiertelnie chorych czy głodnych afrykańskich dzieci, to mąciło spokój sumienia widzów przyzwyczajonych do lansowanego w środkach przekazu świata dobrobytu, młodych i zdrowych ludzi sukcesu, łatwego i szczęśliwego życia. Miało to swoistą moc ewangelizacyjną, szczególnie w zlaicyzowanych i bogatych społeczeństwach Europy Zachodniej.

KAI: Wśród różnych działań Ojca Świętego nie wolno nam zapominać o jego wysiłkach na rzecz dialogu z chrześcijanami innych wyznań a także ludźmi innych religii…

– Jan Paweł II miał takie powiedzenie, że ekumenizm najpierw musi być afektywny aby stał się efektywnym. Starał się eliminować bariery pomiędzy ludźmi, burzyć dzielące ich mury, skracać dystanse kulturowe i duchowe, żeby potrafili ze sobą rozmawiać, a dopiero później można mieć nadzieję na zbliżenie teologiczne. Przede wszystkim było to działanie na rzecz dialogu z prawosławiem. Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że Kościół powinien oddychać dwoma płucami: Wschodnim i Zachodnim. Poświęcił tej problematyce encyklikę „Ut unum sint”, służyły temu spotkania z hierarchami kościołów chrześcijańskich w Watykanie i podczas pielgrzymek. Co prawda ze względu na niechętna postawę patriarchatu moskiewskiego nie udało się nigdy Ojcu Świętemu pojechać z pielgrzymką do Rosji, ale symbolicznie odbył tę podroż dzięki telewizji. W marcu 2002 roku telemost połączył Watykan, gdzie Papież wraz ze studentami Rzymu prowadził modlitwę różańcową, oraz katedrę w Moskwie, gdzie modliła się młodzież przygotowująca się do Światowego Dnia Młodzieży.

Ale trudności dotyczyły nie tylko Rosji. Na przykład nie łatwe było odbycie podróży do Grecji w ramach jubileuszowej pielgrzymki śladami św. Pawła w 2001 roku. Początkowo nie zgadzała się na nią Cerkiew grecka, później było zaproszenie rządu, a biskupi się zgodzili, choć nie mogło być mowy o żadnej wspólnej modlitwie, do tego stopnia, że kiedy byliśmy na Areopagu chór miał zaśpiewać „Alleluja” Haendla i nie pozwolono, żeby nie było „pozoru modlitwy”. Natomiast po dwóch kolejnych spotkaniach z arcybiskupem Aten i całej Grecji, Christodoulosem, kiedy doszło do trzeciego w saloniku nuncjatury apostolskiej Jan Paweł II poprosił biskupów prawosławnych, by odmówili „Ojcze nasz” po grecku. Następnie odmówiliśmy „Chwała Ojcu” po łacinie i okazało się, że wspólna modlitwa jest możliwa. Jan Paweł II miał wielką zdolność zjednywania sobie ludzi.

Dużym błogosławieństwem było zbliżenie różnych religii. Bezsprzecznie wielkim osiągnięciem Jana Pawła II było to, że wojna w Iraku, nie była postrzegana jako konflikt religijny, lecz polityczny. Czynił co w jego mocy, by powstrzymać konflikt. Sam się zresztą zdziwił, że Saddam Hussain nie zgodził się na jego pielgrzymkę do chaldejskiego Ur, skąd Abraham wyszedł do Ziemi Świętej, co przecież mogło by jedynie służyć irackiemu dyktatorowi. Wspólne modlitwy o pokój, w których uczestniczyli w Asyżu przywódcy największych religii, były wielkimi wydarzeniami tego pontyfikatu i historii Kościoła.

Jan Paweł II kilkakrotnie też podejmował się mediacji i wzywał do zaniechania przemocy w zbrojnych konfliktach, takich jak w przypadku konfliktu o Kanał Beagle, wojny w Zatoce Perskiej, Libanie i Bośni, a także przeciwstawiał się stosowaniu sankcji ekonomicznych jako środka nacisku godzącego głównie w niewinną ludność cywilną. Rozważania przed niedzielną modlitwą Anioł Pański, transmitowane co tydzień przez telewizje i radia do kilkudziesięciu krajów, Jan Paweł II wykorzystywał starannie do tego, by mówić o najbardziej palących problemach współczesnego świata, przypominać o uniwersalnych prawdach ewangelicznych, tłumaczyć najważniejsze punkty nauczania Kościoła Katolickiego. Wprowadził zresztą ten zwyczaj wspólnej modlitwy z ludźmi zgromadzonymi na Placu Świętego Piotra również po to, by korzystając z medialnych przekazów skutecznie komunikować się z wiernymi na całym świecie i przedstawiać stanowisko Watykanu w sprawach, które w danym momencie były z punktu widzenia Kościoła najważniejsze. Robił to świadomie, o czym świadczą tak często powtarzane słowa: „Pozdrawiam zgromadzonych na Placu św. Piotra i tych, którzy jednoczą się z nami przez radio i telewizję”.

KAI: Skąd Ojciec Święty czerpał wiedzę o tym, co dzieje się w świecie?

– Jan Paweł II oglądał dzienniki telewizyjne, czytał „L’Osservatore Romano”, a także „Rassegna Stampa” – biuletyn przygotowywany przez pracowników Sekretariatu Stanu, w którym codziennie znajdował najważniejsze artykuły z prasy światowej. Obecny rzecznik Watykanu, a jednocześnie dyrektor radia watykańskiego, ks. Federico Lombardi SJ wspomina, że Papież po każdej pielgrzymce spotykał się ze współpracownikami, by przeanalizować relacje medialne i zastanowić się nad tym, co z przesłania zostało zrozumiane i jak zostało przez wiernych przyjęte. Jan Paweł II zdawał sobie sprawę, że mówienie o pokoju, sprawiedliwości, szacunku dla praw człowieka w kraju, który żyje pod brzemieniem dyktatury czy jest pogrążony w biedzie, odbije się szerszym echem i wywoła znacznie skuteczniejsze wrażenie niż te same słowa wygłaszane z Watykanu. Do wszystkich podróży zagranicznych dokładnie się więc przygotowywał, spotykał z nuncjuszami i misjonarzami, by poznać problemy danego kraju, ale też jego kulturę, tradycje i obyczaje.

KAI: Dlaczego Jan Paweł II posługiwał się nie tylko słowem, lecz także gestami, czy symbolami?

– Ojciec Święty wiedział, że czasem przemawiają one mocniej niż słowa. Wprowadzony przez niego zwyczaj całowania ziemi po wyjściu z samolotu w szczególny sposób podkreślał szacunek dla narodu i kultury kraju, który odwiedzał. Kardynał Tucci wspomina, że w Timorze Wschodnim, dawnej kolonii portugalskiej siłą zajętej przez Indonezję, władze wojskowe nie chciały zezwolić Papieżowi na ucałowanie ziemi, ponieważ oznaczałoby to uznanie niepodległości Timoru Wschodniego. Zabroniono nawet miejscowemu biskupowi przywiezienia krzyża na lotnisko, aby Papież mógł go ucałować wychodząc z samolotu. Ale gdy Ojciec Święty przybył na miejsce, w którym miała być odprawiona Msza Św., poprosił, aby krzyż został ustawiony u stóp ołtarza, a po wyjściu z zakrystii ukląkł przed tym krzyżem i go ucałował. Dla mieszkańców Timoru był to gest szczególnie ważny, na który czekali z nadzieją, a dla władz okupacyjnych gest bardzo deprymujący.

W innych odwiedzanych krajach Jan Paweł II nie wahał się w spontanicznym geście założyć indiańskiego poncho czy meksykańskiego sombrero, naszyjnika z kwiatów podarowanego przez Papuasów czy pióropusza podarowanego przez Indian. Poważnie witał się w Nowej Zelandii z wodzem Maorysów poprzez potarcie nosa, w Australii wziął na ręce misia koala, a w Kamerunie wypił łyk wody z czary podanej mu w geście powitania, choć woda mogła być pełna różnych ameb. Te wszystkie gesty, utrwalone przez fotoreporterów, Ojciec Święty wykonywał z dobroci serca i szacunku, jakimi darzył wszystkie narody, które odwiedzał. To nie były gesty na pokaz. Trzeba zwrócić też uwagę na to, że Papież w krajach, do których pielgrzymował, starał się choć kilka sentencji z homilii powiedzieć w miejscowym języku, by dotrzeć ze swym przesłaniem do każdego słuchacza i nawiązać z nim bezpośredni kontakt.

W Polsce, gdy w 1981 roku władze wojskowe wprowadziły stan wojenny, ludzie byli wdzięczni Papieżowi za to, że w wigilię zapalił w oknie świecę na znak solidarności z cierpiącym narodem. Nie sposób zapomnieć Jana Pawła II obejmującego stopy Ukrzyżowanego Chrystusa w Dniu Przebaczenia w Roku Wielkiego Jubileuszu, ani jego rozmowy w więzieniu z zamachowcem Ali Agcą. Te gesty pozostały jednymi z najbardziej wzruszających i znaczących obrazów pontyfikatu, jako konkretny i być może najbardziej przekonywający przykład chrześcijańskiego przebaczenia. Choć wówczas były wątpliwości, czy kamery powinny śledzić z bliska tak osobiste dla Papieża chwile, to dziś są one wydarzeniami historycznymi, które zachowane na taśmie telewizyjnej są nie mniej cenne niż dokumenty zawarte w Archiwach Watykańskich.

KAI: Jak Ojciec Święty radził sobie w sytuacjach trudnych, w krajach rządzonych przez dyktatorów?

– Jan Paweł II zawsze chciał być tam, gdzie prawa człowieka były dramatycznie naruszane. I w najtrudniejszych sytuacjach nie tracił odwagi, by stanowczo okazywać swoje wsparcie ludziom prześladowanym, nie licząc się zupełnie z rangą i siłą tych, którym się przeciwstawiał. W 1983 roku, podczas wspomnianej już podróży do Ameryki Środkowej, Papież kilkakrotnie spotkał się z aroganckimi demonstracjami siły ze strony panujących tam władz. W Nikaragui ogarniętej tzw. teologią wyzwolenia lewicowy rząd sandinistów zorganizował grupy agitatorów, którzy skandowali podczas Mszy Św. w Managui okrzyki, wzywając Papieża do potępienia partyzantki antyrządowej. Podczas homilii Ojciec Święty próbował uciszyć ich wołając „silencio!”. Potem podniósł pastorał zakończony krzyżem i zawołał „Chrystus zwycięży”, kierując te słowa przede wszystkim do tych nikaraguańskich katolików, których przepędzono z dala od ołtarza, a z nadzieją czekali na jego słowa wsparcia. Dzięki transmisji telewizyjnej skandaliczne zachowanie sandinistów widziała cała Ameryka Środkowa. Zagłuszane słowa Papieża o tym, że „kościół ludowy” nie może zwracać się przeciw prawowitym pasterzom Kościoła, zabrzmiały tym donioślej, bo wydarzenia podczas tej Mszy w Managui były egzemplifikacją zagrożenia, przed którym Jan Paweł II przestrzegał. Z kolei w stolicy Salwadoru, San Salvadorze, Papież postanowił pomodlić się przy grobie zamordowanego trzy lata wcześniej podczas Mszy św. arcybiskupa Oskara Arnulfo Romero, który wzywał do zaprzestania dalszego rozlewu krwi w toczącej się wojnie domowej. Temu punktowi pielgrzymki sprzeciwiały się władze, odradzali go tez biskupi. Dziennikarze towarzyszący Papieżowi wspominają, że nie mogli usłyszeć jego słów, bo zagłuszał je warkot silników rządowych helikopterów krążących tuż nad pustą katedrą. Słów tych nie mogli tym bardziej usłyszeć wierni, bo kordon wojskowy trzymał ich w odległości 800 metrów od orszaku papieskiego. Ale sama obecność Papieża w tym miejscu przemawiała do Salwadorczyków – i poprzez media do opinii światowej – nie mniej wyraziście niż słowa.

KAI: Jakie były relacje Jana Pawła II z dziennikarzami?

– Być może ze względu na to, że wiele lat życia spędził w kraju pozbawionym wolności słowa, Ojciec Święty miał pozytywną wizję mediów „wolnego świata”. W pewnym sensie widział w dziennikarzach swoich sprzymierzeńców, którzy mogli pomóc mu w misji ewangelizacji i niesienia nadziei ludziom żyjącym w ucisku, biedzie i cierpieniu. Wielokrotnie przy różnych okazjach podkreślał, ze ceni i szanuje pracę dziennikarzy, a z niektórymi watykanistami utrzymywał nawet serdeczne, prywatne kontakty. Chrzcił ich dzieci, zapraszał wraz z rodzinami na posiłki oraz na Msze św. do prywatnej kaplicy, by tam modlić się wspólnie w ważnych dla nich osobistych intencjach. Jako pierwszy Papież w historii odwiedził redakcję gazety – rzymskiego „Messagero”, studia Radia Watykańskiego, a nawet zadzwonił do programu telewizyjnego „Porta a porta” podczas emisji na antenie. Chciał po prostu podziękować prowadzącemu, popularnemu dziennikarzowi Bruno Vespie, za audycję na swój temat. W takich przypadkach dziennikarze byli bardzo zaskoczeni i wzruszeni, ale przede wszystkim wdzięczni Papieżowi za poświęconą im uwagę. Większość ludzi mediów z ogromnym szacunkiem odnosiła się do Jana Pawła II nie tylko z powodu pełnionej przez niego funkcji, ale właśnie tej otwartości na kontakty i zrozumienie specyfiki ich pracy.

KAI: Szczególnym wydarzeniem były oznaczone cierpieniem ostatnie miesiące i dni pontyfikatu…

– Wtedy nawet ci niezbyt religijni dziennikarze, przyzwyczajeni w swej pracy do obrazów cierpienia i śmierci, mieli łzy w oczach widząc, jak Papież zmaga się z chorobą. I przekazy ich były w większości rzetelne, pełne szacunku i skupienia, jakby wraz z czytelnikami, widzami i słuchaczami uczestniczyli w wyjątkowych, papieskich rekolekcjach. Jan Paweł II nie unikał mediów do końca. Schorowany i cierpiący, nie wstydził się swych ułomności, choć wiedział, ze kamery wyłapią każdy grymas bólu i oznakę niemocy. Jego powolne, pełne cierpienia, lecz godne i wolne od lęku odchodzenie, było z punktu widzenia mediów czymś bezprecedensowym. Niektóre gazety krytykowały, że oto najbardziej znany człowiek na świecie zdecydował się umierać na forum publicznym, zamiast w zaciszu Watykanu. Ale w tych właśnie chwilach, gdy wydawał się najbardziej bezbronny i medialnie wykorzystany, tak naprawdę sam po raz ostatni wykorzystywał media do przekazania światu swego przesłania. Większość dziennikarzy doskonale to rozumiała. Kiedy telewizje pokazywały obraz zniedołężniałej i słabnącej postaci Papieża, on swą niemocą dodawał bez słów otuchy wszystkim, jak on, schorowanym i cierpiącym: „Nie lękajcie się śmierci, jak i ja się nie lękam, bo w niebie jest dobry Bóg”.

KAI: Ksiądz Prałat towarzyszył Ojcu Świętemu w pielgrzymkach apostolskich, także tej ostatniej międzynarodowej do Lourdes, 14-15 sierpnia 2004 roku. Ukazała ona światu wyraźnie kruchość Jana Pawła II. Czy Ksiądz Prałat odbierał ją podobnie?

– Ojciec Święty udał się do Lourdes jako chory pośród chorych. Zamieszkał zresztą w domu dla chorych pielgrzymów, Accueil Notre-Dame. Wymowny przebieg miała modlitwa różańcowa przed Grotą Massabielską, podczas której rozważano tajemnice światła. Papież jechał powoli w samochodzie panoramicznym, który zatrzymywał się przy poszczególnych stacjach różańcowych. Ojca Świętego otaczali chorzy na wózkach inwalidzkich, wolontariusze, lekarze, pielęgniarze, kapłani, zakonnice, zakonnicy, biskupi i wierni. Teksty rozważań przygotował Jean Vanier, założyciel skupiających osoby niepełnosprawne i ich przyjaciół wspólnot „Arka” i „Wiara i Światło”. Na koniec wzruszył się do łez, mówiąc o Janie Pawle II: „To człowiek Boży, świadek dla naszych czasów, dla naszego człowieczeństwa. Ubogie są moje słowa, ale modlę się do Pana za naszego Papieża i dziękuję Mu za to, że nam dał tego Papieża”. Jeszcze większe było jego wzruszenie, gdy w geście wdzięczności za wspaniałą pomoc w przeżywaniu różańcowej modlitwy, Ojciec Święty przekazywał mu koronkę, której paciorki przesuwał tego wieczoru w swojej dłoni.
Przypomniały mi się wówczas słowa błogosławionego kardynała Alfreda Ildefonsa Schustera: „Ludzie zdają się żyć w nieświadomości rzeczy nadprzyrodzonych… Ale jeżeli święty, żywy lub martwy, przechodzi, wszyscy zbiegają się na jego drodze”. Do Jana Pawła II ludzie przybywali właśnie dlatego, że był święty.

KAI: Czy Ojciec Święty jakoś przygotowywał świat na swoje odejście?

– Moim zdaniem znamienne były słowa wygłoszone przez Jana Pawła II podczas ostatniej audiencji środowej, 26 stycznia 2005 roku. Komentował on wówczas psalm 116 : „Powróć, duszo moja, do swego spokoju, bo Pan dobro ci wyświadczył”. Cytując Orygenesa dodał „Duszo, jeśli powrócisz do raju, stanie się tak nie dlatego, że jesteś tego godna, ale za sprawą Bożego miłosierdzia. Jeśli opuściłaś raj, to z twojej winy; natomiast powrót do niego jest dziełem miłosierdzia Pańskiego. Również i my mówimy naszej duszy: «Powróć do swego spokoju». Naszym spokojem jest Chrystus, nasz Bóg”. Później zaczęł się ostatni etap „Kalwarii Jana Pawła II”. 1 lutego wieczorem z powodu trudości w oddychaniu Ojciec Święty musiał zostać przewieziony do kliniki Gemelli. Tam został poddany terapii mającej na celu stabilizację stanu zdrowia. W szpitalu Papież codziennie ze swoimi sekretarzami osobistymi abpem Stanisławem Dziwiszem i ks. prał. Mieczysławem Mokrzyckim sprawował Eucharystię, w której uczestniczyli lekarze i pielęgniarki. Do szpitala przychodziło wiele osobistości świeckich i duchownych, a wokół budynku gromadzili się pielgrzymi z różnych krajów. Nie brakowało również Polaków. 8 lutego pod oknami kliniki grali i śpiewali górale z Zakopanego, którzy przyjechali wraz z kustoszem sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach, ks. Mirosławem Drozdkiem SAC. Wierzyli, że Papież usłyszy ich donośne głosy i się ucieszy. Przywiodła ich miłość do Ojca Świętego, który kiedyś powiedział: „Na was zawsze można liczyć”.

Podczas Mszy św. w Środę Popielcową, 9 lutego Jan Paweł II poświęcił popiół, którym następnie abp Stanisław Dziwisz posypał jego głowę. Wieczorem tego dnia Ojciec Święty spotkał się ze studentami Uniwersytetu Katolickiego Sacro Cuore. Był to czas wspólnej modlitwy, ale także bardzo znamiennego spotkania z młodzieżą Rzymu. Jan Paweł II miał się lepiej. 10 lutego, w przeddzień Światowego Dnia Chorego, wrócił do Watykanu.

KAI: W odchodzenie Jana Pawła II wpisuje się śmierć dwóch innych wybitnych osób: siostry Łucji z Fatimy i ks. Luigi Giussaniego, założyciela międzynarodowego ruchu katolickiego Komunia i Wyzwolenie…

– 14 lutego, na wiadomość o śmierci siotry Łucji Ojciec Święty skierował swoje przesłanie, przypominając spotkania z nią oraz więzi duchowej przyjaźni, które z upływem czasu wciąż się pogłębiały. „Odczuwałem zawsze wsparcie jej codziennej modlitwy, zwłaszcza w trudnych chwilach doświadczeń i cierpienia” – napisał Jan Paweł II. Natomiast 22 lutego, wspominając ks. Giussaniego wskazywał, że był on „nauczycielem spraw ludzkich i obrońcą religijności wpisanej w serce człowieka”. Jestem przekonany, że te dwa odejścia Ojciec Święty bardzo głęboko przeżywał.

KAI: Widzialnym znakiem swoistego ogołocenia na tej „drodze krzyżowej” było odjęcie głosu, po zabiegu tracheotomii, 24 lutego 2005…

– Mimo to, w niedzielę 16 marca Ojciec Święty pojawił się w oknie kliniki Gemelii i udzielił swego błogosławieństwa. Natomiast 19 marca podpisał list do kapłanów na Wielki Czwartek. Czytamy w nim między innymi: „Moja myśl biegnie ku Wam, Kapłanom, podczas gdy przebywam na leczeniu i rehabilitacji w szpitalu, chory pośród chorych, jednocząc w Eucharystii moje cierpienie z cierpieniem Chrystusa”. A dalej wzruszające słowa : „«Mortem tuam annuntiamus, Domine, et tuam resurrectionem confitemur, donec venias». Za każdym razem, gdy sprawujemy Eucharystię, wspomnienie Chrystusa w Jego misterium paschalnym budzi pragnienie pełnego i ostatecznego spotkania z Nim. Żyjemy w oczekiwaniu na Jego przyjście!”. Potem była niedziala palmowa, 20 marca, kiedy Jan Paweł II z palmą w ręce jeszcze bardziej upodaniał się do Chrystusa zmierzającego na Golgotę…

KAI: Nadszedło wyjątkowe Triduum Sacrum, kiedy Jan Paweł II mógł się łączyć z wiernymi jedynie duchowo..

– Obraz, który najbardziej z tych dni utkwił mi w pamięci, to ostatnia droga krzyżowa, w Wielki Piątek 2005 roku, celebrowana przez Papieża w prywatnej kaplicy. Przed ołtarzem stał włączony telewizor, który pokazywał transmisję z drogi krzyżowej prowadzonej tradycyjnie w Colosseum. Z kolei wierni tam zgromadzeni ze wzruszeniem modlili się widząc Papieża za pośrednictwem telebimów, gdy przytulony do trzymanego w rękach krzyża, z oczami zwróconymi już ku śmierci, zatopiony jest w rozmowie z Bogiem… Wszystko, co w swym życiu robił i mówił, wynikało. przede wszystkim z jego nieustannego, mistycznego dialogu z Bogiem… I to było najgłębszą tajemnicą wielkości tego człowieka.

Przypomniało mi się też znamienne wydarzenie, jakie miało miejsce podczas jubileuszowej pielgrzymki Papieża do Ziemi Świętej. Okoliczności nie pozwoliły na nawiedzenie po Mszy św. miejsca ukrzyżowania Pana Jezusa. Jakże ważne było dla Ojca Świętego to miejsce! Podczas obiadu powiedział więc do swego sekretarza: „Nie mogę wyjechać z Ziemi Świętej nie nawiedziwszy Golgoty”. Można sobie wyobrazić, co się wtedy działo. Dla służb bezpieczeństwa był to wstrząs, ale liczyła się przede wszystkim wola Ojca Świętego. Trzeba było przemierzyć wąskie uliczki Jerozolimy, aby Papież dotarł do Golgoty. Kiedy tam przybył upadł krzyżem w miejscu, gdzie wzniesiono krzyż, na którym zawisło Zbawienie świata. Gest ten jakby wyrażał pragnienie całkowitego zjednoczenia się z Ofiarą Chrystusa. W ten ostatni na ziemi Wielki Piątek Jana Pawła II wydawało mnie się dopełniał on tego gestu z Golgoty.

KAI: Czy odchodzenie Jana Pawła II było dla Księdza Prałata czymś mimo wszystko niespodziewanym?

– Przyznam, że byłem trochę na to wydarzenie przygotowany, przez wcześniejsze bolesne doświadczenie. Po drugim powrocie z Gemelli, ksiądz apb Dziwisz wezwał mnie do siebie, wręczył mi plik manuskryptów i powiedział: „Trzeba zacząć to tłumaczyć na włoski”. Był to testament Ojca Świętego. Podczas gdy cały świat modlił się o Jego uzdrowienie, by nadal kierował Kościołem, ja byłem zmuszony do uświadomienia sobie, że zbliża się dzień, kiedy odczytany zostanie testament. Wiedziałem, że nadchodzą te ostatnie chwile. Szczególnie wzruszony byłem słowami, które może najdokładniej opisywały te dni: „Pragnę raz jeszcze całkowicie zdać się na Wolę Pana. On Sam zdecyduje, kiedy i jak mam zakończyć moje ziemskie życie i pasterzowanie. W życiu i śmierci Totus Tuus przez Niepokalaną. Przyjmując już teraz tę śmierć, ufam, że Chrystus da mi łaskę owego ostatniego Przejścia czyli Paschy. Ufam też, że uczyni ją pożyteczną dla tej największej sprawy, której staram się służyć: dla zbawienia ludzi, dla ocalenia rodziny ludzkiej, a w niej wszystkich narodów i ludów (wśród nich serce w szczególny sposób się zwraca do mojej ziemskiej Ojczyzny), dla osób, które szczególnie mi powierzył – dla sprawy Kościoła, dla chwały Boga Samego” – tak pisał w 1980 roku. Widząc rzesze ludzi przybyłych na plac św. Piotra zdawałem sobie sprawę, że być może w ten sposób wypełnia się testament Jana Pawła II. Jego śmierć, tak jak i Jego życie naprawdę były użyteczne dla tej najważniejszej sprawy, której niestrudzenie służył.

KAI: Kiedy Ksiądz Prałat pożegnał się z Janem Pawłem II?

– Nie byłem przy samej śmierci Ojca Świętego. Ks. abp Dziwisz prosił, bym pozostał w kontakcie z ambasadą przy Stolicy Apostolskiej, z prezydentem, który dopytywał się o stan zdrowia, z dziennikarzami, zwłaszcza polskimi. Natomiast moje ostatnie spotkanie było około południa 2 kwietnia. Poprosił mnie o przyjście ks. abp Stanisław. Akurat w tym samym momencie przyszedł kard. Ratzinger, więc pomodliliśmy się razem, a następnie ks. abp Dziwisz poprosił Ojca Świętego, żeby nas pobłogosławił. Uklęknąłem, Ojciec Święty położył rękę na głowie i uczynił znak krzyża. To błogosławieństwo pozostanie we mnie na zawsze w pamięci i w moim sercu.To było ostatnie spotkanie. Byłem też około 20-tej, ale już Ojciec Święty spał, nie miał świadomości, tego, co się wokół niego dzieje.

KAI: Kim jest dzisiaj dla Księdza Prałata, w przeddzień kanonizacji Ojciec Święty?

– Jan Paweł II jest dla mnie niedoścignionym wzorem. Często wyrzucam sobie, że tak mało nauczyłem się w szkole tej miary mistrza. Wiara, która jawiła się jako nieustanne zjednoczenie z Chrystusem w modlitwie; miłość, z którą jednakowo traktował tych, których my uważaliśmy za dobrych albo nie za bardzo; bezpośredniość i szacunek z jakimi obejmował dzieci, tulił ich matki, błogosławił młodych. A zwłaszcza ta modlitwa… był w niej cały on – wierzący, kochający, prosty, oddany… Tyle można by się od niego nauczyć. Pocieszam się, że nic straconego. On przecież wciąż żyje. Żyje w domu Ojca i w ludzkich sercach, a szczególnie w sercach tych, którym dane było być blisko. Bogu dziękuję, że pozwolił mi być pośród nich.

Rozmawiał o. Stanisław Tasiemski OP

***

Paweł Ptasznik (ur. 15 czerwca 1962 w Węgrzcach Wielkich). Kierownik Sekcji Polskiej i Słowiańskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, bliski współpracownik Jana Pawła II, Benedykta XVI i Papieża Franciszka. Od 2007 rektor kościoła Św. Stanisława Biskupa Męczennika w Rzymie i duszpasterz polskiej emigracji w Wiecznym Mieście.

Studiował w związanym z Papieską Akademią Teologiczną w Krakowie Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Krakowskiej. Święceń kapłańskich udzielił mu 17 maja 1987 w katedrze wawelskiej kardynał Franciszek Macharski.

W latach 1990–1994 studiował na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W 1994 uzyskał doktorat z teologii dogmatycznej na podstawie dysertacji „Lo Spirito Santo nei sacramenti dell’iniziazione cristiana sulla base dei riti latini post-conciliari”.

W latach 1994–1995 pełnił funkcję ojca duchownego w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Krakowskiej.

W 1996 został pracownikiem sekcji polskiej Sekretariatu Stanu, od 2001 jest odpowiedzialny za jej prace.

Redaktor m.in. serii „Dzieła zebrane Jana Pawła II” oraz watykański konsultant filmów „Jan Paweł II” oraz „Karol. Człowiek, który został papieżem”. Współscenarzysta filmu „Świadectwo”.

W listopadzie 2009 został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.