Drukuj Powrót do artykułu

„Déjà vu” – czyli projekt ustawy o świeckim państwie

14 stycznia 2019 | 02:55 | ks. Piotr Stanisz, bp kep | Lublin Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. youtube

Nie jest to inicjatywa nowa, ani oryginalna, lektura związanych z nią dokumentów wywołuje raczej wrażenie „déjà vu” – pisze w swej eksperckiej analizie projektu ustawy o świeckim państwie ks. prof. Piotr Stanisz, kierownik Katedry Prawa Wyznaniowego KUL.

Przed tygodniem przedstawiciele Inicjatywy Polskiej zaprezentowali założenia projektu ustawy o świeckim państwie i wezwali do podpisywania skierowanej do Sejmu petycji w tej sprawie. Ponieważ właśnie wkroczyliśmy w rok permanentnej kampanii wyborczej, warto dokładniej przyjrzeć się przynajmniej niektórym z wysuwanych postulatów i wspierającej je argumentacji. W ciągu najbliższych miesięcy w debacie publicznej będziemy mieli zapewne z nimi częściej do czynienia. Już teraz jednak warto zwrócić uwagę, że ani to inicjatywa nowa, ani oryginalna. Lektura związanych z nią dokumentów wywołuje raczej „déjà vu”.

Kłopoty z milionami

Jednym z celów, które miałaby zrealizować ustawa o świeckim państwie, jest „zaprzestanie finansowania składek na ubezpieczenia społeczne i ubezpieczenie zdrowotne duchownych oraz likwidacja Funduszu Kościelnego”. Na stronie internetowej dedykowanej omawianej inicjatywie jej Autorzy pytają Obywateli, czy wiedzą, „że z budżetu państwa przeznacza się ok. 400 mln złotych na finansowanie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych”. W uzasadnieniu projektu ustawy również twierdzi się, że likwidacja Funduszu Kościelnego przyniesie „oszczędności w wysokości ok. 400 mln złotych rocznie”. Natomiast jeśli wierzyć jednemu z portali informacyjnych (tokfm.pl), w ustnym wystąpieniu pana Adama Ostaszewskiego (jak podano, autora projektu), kwota ta urosła nawet do 500 mln zł. Przez likwidację Funduszu Kościelnego nie da się jednak zaoszczędzić pieniędzy, których się na niego nie wydaje. Coroczna budżetowa dotacja na Fundusz Kościelny jest wyraźnie mniejsza od podawanych kwot. Zgodnie z ustawą budżetową na rok 2018, na Fundusz Kościelny przyznano ok. 159 mln złotych. Natomiast w projekcie ustawy budżetowej na rok 2019 pod pozycją „Fundusz Kościelny” (część 43, dział 758, rozdział 75822) zapisano nieco ponad 140 mln (z czego wynika, że zamierzeniem rządu jest zmniejszenie wydatków Funduszu na takie cele, jak konserwacja i remonty obiektów sakralnych o wartości zabytkowej czy wspomaganie kościelnej działalności charytatywno-opiekuńczej). Łatwo oczywiście zbyć moje uwagi stwierdzeniem, że to i tak za dużo. Zgódźmy się jednak co do tego, że podając kwotę wydatkowaną corocznie z Funduszu Kościelnego na dofinansowanie składek ubezpieczeniowych osób duchownych Autorzy projektu – delikatnie rzecz ujmując – minęli się z prawdą.

Racje istnienia Funduszu Kościelnego

Przypomnijmy, że przepisy dotyczące (częściowego) finansowania z Funduszu Kościelnego składek ubezpieczeniowych płaconych za osoby duchowne nie są zawieszone w próżni. Posiadają ścisły związek z treścią ustawy z 20 marca 1950 r., na mocy której tenże Fundusz utworzono. Nacjonalizując nieruchomości ziemskie należące do związków wyznaniowych (a w szczególności do Kościoła katolickiego) zdecydowano wówczas, że dochody z przejmowanych przez państwo nieruchomości, uzupełnione o dotacje państwowe, mają tworzyć Fundusz Kościelny (art. 8), którego cele również wówczas określono (art. 9). W art. 10 ust. 3 postanowiono ponadto, że Statut Funduszu Kościelnego ma zabezpieczyć „przeznaczenie na cele danego związku wyznaniowego dochodów, płynących z nieruchomości, przejętych od tego związku”. Wszystkie te przepisy nadal obowiązują (choć katalog celów Funduszu został zmodyfikowany w związku z przemianami demokratycznymi). Wynika z nich jasno, że w uczciwej dyskusji o zasadności istnienia Funduszu Kościelnego nie można abstrahować od kwestii upaństwowienia w 1950 r. nieruchomości należących do kościołów i innych związków wyznaniowych.

Jest oczywiście prawdą, że po 1989 r. znacząca część nieruchomości kościelnych upaństwowionych w okresie Polski Ludowej została zwrócona pokrzywdzonym wówczas podmiotom. Dotyczy to zarówno Kościoła katolickiego, jak i innych związków wyznaniowych. Nie jest natomiast prawdą, że zwrócono wszystkie nieruchomości przejęte przez państwo na mocy ustawy z 20 marca 1950 r. Znaczy to, że racje istnienia Funduszu Kościelnego nie ustały. Jak wynika z ustaleń ks. prof. Dariusza Walencika („Nieruchomości Kościoła katolickiego w Polsce w latach 1918-2012. Regulacje prawne – nacjonalizacja – rewindykacja”, Katowice 2013) racjami tymi – w odniesieniu do samego tylko Kościoła katolickiego – pozostają nieruchomości o areale dobrych kilkudziesięciu tysięcy hektarów. O zmianie obowiązujących rozwiązań można oczywiście dyskutować. Osobiście nigdy nie darzyłem tego Funduszu szczególną sympatią i uważam, że środki należące się z tego tytułu Kościołowi można byłoby wydawać mądrzej niż na systemowe dofinansowywanie składek ubezpieczeniowych. Słusznie przy tym Autorzy projektu dostrzegają istnienie art. 22 Konkordatu, w którym wyrażono przekonanie o potrzebie dokonania zmian w przepisach dotyczących spraw finansowych „instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa”. Szkoda jedynie, że nie zauważyli, iż przewidziano tam również obowiązek wypracowania nowych rozwiązań w ramach komisji ustanowionej przez układające się strony.

O rzekomym finansowaniu jednej religii

Komentując promowaną inicjatywę – jak podaje powoływany już portal – pani Barbara Nowacka stwierdziła: „Jeżeli państwo ma funkcjonować poprawnie, to nie ma powodu, by finansowało jedną religię”. Trudno by było to twierdzenie odczytywać inaczej niż jako sugestię, że w Polsce mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją. Prawda jest jednak inna. Jeśli chodzi o Fundusz Kościelny, posłużę się słowami wziętymi ze strony Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, które dobrze wyjaśniają praktykę stosowaną od 1989 r.: „Fundusz ten, stosownie do zasady równouprawnienia kościołów i innych związków wyznaniowych wyrażonej w art. 25 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r., działa na rzecz kościołów i innych związków wyznaniowych, posiadających uregulowany status prawny w Rzeczypospolitej Polskiej”. Wyjaśnijmy, że takich podmiotów jest obecnie ponad 180 (dokładnie: 15 o indywidualnie uregulowanej sytuacji prawnej oraz 166 wpisanych do właściwego rejestru). Znaczy to, że jeśli tylko w danym związku wyznaniowym są duchowni, to ich składki ubezpieczeniowe są dofinansowywane z Funduszu Kościelnego na takich samych zasadach, jak w przypadku duchownych katolickich. W uzasadnieniu projektu ustawy o świeckim państwie twierdzi się jednak w tym kontekście: „nie ma żadnych przesłanek społecznych, aby w państwie neutralnym światopoglądowo, państwo miało nadawać uprzywilejowany status funkcjonariuszom jednej organizacji wyznaniowej”.

Podobnie jest z wynagrodzeniami nauczycieli religii. Zgodnie z naszą Konstytucją, przedmiotem nauczania w szkole może być religia każdego kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej (art. 53 ust. 4) i możliwość ta jest przez wiele z nich faktycznie wykorzystywana. Nie ma żadnych przepisów różnicujących zasady wynagradzania nauczycieli religii katolickiej i nauczycieli innych religii. Zwróćmy przy tym uwagę, że w sytuacji mniejszej liczby uczniów gotowych do korzystania z nauki określonej religii, ministerialne rozporządzenie z 14 kwietnia 1992 r. zobowiązuje organ prowadzący szkołę do organizacji zajęć w grupie międzyszkolnej lub pozaszkolnym punkcie katechetycznym. W konsekwencji wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie „Grzelak v. Poland” usunięto przy tym obowiązujący wcześniej warunek dotyczący liczebności grupy pobierającej nauczanie w tej formie. Nauczyciele prowadzący zajęcia w takiej grupie (punkcie) są zatrudniani przez właściwych dyrektorów szkół i wynagradzani na normalnych zasadach.

Czyja jest szkoła?

Wynagradzanie nauczycieli religii ze środków publicznych oczywiście się Inicjatywie Polskiej nie podoba. Wejście w życie promowanych przez nią przepisów miałoby doprowadzić do likwidacji tego rozwiązania. Podawana w tym przypadku argumentacja może być streszczona następująco: nie ma powodów, aby „władze publiczne” finansowały lekcje religii, bo ich prowadzenie jest sprawą Kościoła (związków wyznaniowych). Stawiając sprawę w ten sposób zupełnie pomija się jednak prawa rodziców. Tymczasem w tej (i nie tylko tej) sferze władze publiczne – przy całym dla nich szacunku – występują w roli sług społeczeństwa, zarządzając zresztą również jego pieniędzmi. Zgodnie ze standardami określonymi nie tylko w naszej Konstytucji, ale i w umowach, którymi chlubi się społeczność międzynarodowa, to właśnie do rodziców należy podejmowanie decyzji o kierunku wychowania religijnego i moralnego ich dzieci. Obecność finansowanego ze środków publicznych nauczania religii w szkole – oczywiście przy koniecznym poszanowaniu wolności i praw wszystkich zainteresowanych – jest jednym ze sposobów realizacji uprawnień przysługujących rodzicom. Podkreślmy, że rozwiązanie to jest wykorzystywane w różnych państwach Europy, które w innych kontekstach często wskazywane są jako wzorce do naśladowania.

W polskim Prawie oświatowym wyraźnie akcentuje się zarówno służebną rolę szkoły wobec rodziny i uczniów, jak i szerokie pojmowanie „wychowania”. Wyraźnie stanowi się tam m.in., że system oświaty ma zapewniać w szczególności „wspomaganie przez szkołę wychowawczej roli rodziny” oraz „prawo dzieci i młodzieży do wychowania”, które rozumiane jest jako „wspieranie dziecka w rozwoju ku pełnej dojrzałości” nie tylko w sferze fizycznej czy intelektualnej, ale również w sferze duchowej (art. 1).

Jest oczywiście prawdą, że rodzice niewierzący też mają swoje prawa, które powinny być otoczone należytą ochroną. Samo ich istnienie nie stanowi jednak legitymizacji dla kwestionowania praw rodziców, którzy w Boga wierzą. Tak to już jest w społeczeństwach demokratycznych, że różne prawa pozostają ze sobą w pewnym napięciu. Świadomości własnych praw powinna więc towarzyszyć świadomość posiadania praw również przez innych, a poziom tej ostatniej może być uznany za jeden z mierników społecznej dojrzałości. Jako społeczeństwo z pewnością mamy na tym polu jeszcze wiele do zrobienia (i to akurat jest uwaga ogólniejszej natury). Być może jednak zupełnie niepotrzebnie wchodzę na ten poziom argumentacji. Jak wynika z treści omawianego projektu, w oczach jego Autorów podstawowy problem polega zdaje się na tym, że państwo finansuje „naukę wiary bez naukowych podstaw”.

Parę słów o świeckości Rzeczypospolitej Polskiej

Lektura projektu ustawy o świeckim państwie prowadzi wreszcie również do wniosku, że promującym go – wbrew głoszonym deklaracjom – poważnie doskwiera treść wyznaniowych przepisów Konstytucji RP. W związku z tym za wszelką cenę próbują zakląć rzeczywistość. Z jednej strony, definiując swoją inicjatywę, odwołują się do art. 25 Konstytucji (od którego ma pochodzić nazwa „Inicjatywa 25”). Z drugiej jednak strony z jego pięciu ustępów dostrzegają tylko ten, zgodnie z którym „władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym” (ust. 2). W petycji piszą, że „należy ustanowić prawo, które wypełni zapisy Konstytucji”, ale odwołują się do tych „zapisów” w sposób nader wybiórczy i na wszelkie sposoby unikają używania pojęć stosowanych przez ustrojodawcę. Zdają się raczej sugerować, że posłużył się on takimi określeniami, jak „rozdział Kościoła od państwa”, „neutralność światopoglądowa państwa” czy „państwo świeckie”. Rzecz jednak w tym, że żadne z nich nie zostało użyte w obowiązującej Konstytucji i nie jest to dziełem przypadku. Treść wstępu omawianego projektu ustawy świadczy zresztą o tym, że jego Autorzy są świadomi tego stanu rzeczy. Według ich pomysłu, Sejm miałby tam bowiem „stwierdzić”, że „Polska jest państwem świeckim, w którym istnieje ścisły rozdział kościołów i związków wyznaniowych od państwa”. Po prawdzie, zupełnie niepotrzebnie odwołują się do dziwacznej konstrukcji „stwierdzania” świeckości państwa we wstępie do (projektu) ustawy. Od 1989 r. na poziomie ustawowym niezmiennie możemy odnaleźć przepisy, zgodnie z którymi „Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań”, a do „gwarancji wolności sumienia i wyznania w stosunkach z kościołami i innymi związkami wyznaniowymi” należy m.in. „oddzielenie kościołów i innych związków wyznaniowych od państwa” (zob. art. 9 i 10 ustawy z dnia 17 maja 1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania). Nie uzasadnia to jednak wcale bezwarunkowych twierdzeń, że z Konstytucji RP wynika abstrakcyjnie pojmowana świeckość państwa. Jeśli nie potrafimy się obyć bez używania tego pojęcia, to – chcąc być w zgodzie z naszą ustawą zasadniczą – musimy stwierdzić, że wynika z niej bardzo konkretny model świeckości. Jej kształt jest zdeterminowany nie tylko przez regułę bezstronności światopoglądowej władz publicznych (w której mieści się zresztą również obowiązek zapewnienia swobody wyrażania przekonań religijnych w życiu publicznym), ale również w szczególności przez zasady mówiące o autonomii kościołów i innych związków wyznaniowych oraz wzajemnej niezależności tych podmiotów i państwa, ich współdziałaniu, obowiązku konsensualnego regulowania ich wzajemnych stosunków, równouprawnieniu kościołów i innych związków wyznaniowych czy wolności sumienia i religii. Jest to więc świeckość zbliżona do modeli stosowanych na przykład we Włoszech i w Niemczech oraz odmienna od świeckości pojmowanej à la française, nie mówiąc już o jej wariancie sowieckim. Zupełnie inna sprawa, że całkowicie podzielam pogląd wyrażony w wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 2 grudnia 2009 r. (U 10/07), zgodnie z którym „określenie, w odniesieniu do państw demokratycznych, jakiegoś rozwiązania prawnego, bądź rozwiązań prawnych, za pomocą pojęcia «państwa świeckiego» – nie jest współcześnie niezbędne, a niekiedy może nawet być mylące”. Nie ma bowiem jednej, powszechnie przyjmowanej koncepcji świeckości państwa.

Zamiast zakończenia

Zastanawiam się, czy tylko ja odczuwam „déjà vu”. W każdym razie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że słyszałem już kiedyś treści dziwnie podobne. Ktoś przekonywał mianowicie, że religia to wytwór niedojrzałej świadomości i „opium dla ludu”, a na miano „światopoglądu naukowego” zasługuje jedynie ateizm, a w związku z tym – prowadząc „lud” do „prawdziwego szczęścia” – należy przyczyniać się do „obumierania” religii, wywoływać niechęć i wrogość wobec kościołów, rozdzielić je od państwa i szkoły, pozbawiać bazy materialnej i zamknąć w zakrystii. Czy tylko subiektywnie mi się wydaje, że idee te już jakiś czas temu ostatecznie się skompromitowały?

***

Ks. dr hab. Piotr Stanisz, prof. KUL –  jest doktorem habilitowanym nauk prawnych, profesorem KUL, kierownikiem Katedry Prawa Wyznaniowego KUL. Był dziekanem Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL.

Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.