Drukuj Powrót do artykułu

Ks. Robert Woźniak: papież Franciszek jest również teologiem

15 marca 2019 | 15:30 | Dawid Gospodarek | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. YouTube

Nie ulega wątpliwości, że papież Franciszek jest również teologiem. (…) Mogę śmiało powiedzieć, że u niego jest wizja teologiczna, a co więcej, jest ona w istotnych kwestiach bardzo klasyczna. Jeśli chodzi o prawdy wiary, jest niewzruszenie klasyczna – mówi w rozmowie z KAI ks. dr hab. Robert Woźniak z UPJPII, dogmatyk, tłumacz papieża Franciszka podczas ŚDM w Krakowie.

Dawid Gospodarek (KAI): O ile o poprzednikach Franciszka się mówi wprost, że to teologowie, wybitni myśliciele, to o papieżu z Argentyny rzadziej się słyszy takie opinie – raczej że duszpasterz, wrażliwy, człowiek dialogu. Dopiero niedawno pojawiła się książka o intelektualnych horyzontach papieża, jakby rzeczywiście trzeba było je udowadniać… Jak to jest z papieżem Franciszkiem? Czy rzeczywiście aż tak bardzo kontrastuje z poprzednikami?

Ks. Robert Woźniak: Nie ulega wątpliwości, że papież Franciszek jest również teologiem. Nie jest teologiem z profesji, nie napisał nigdy żadnej książki. Można powiedzieć, że nie zmierzył się systematycznie, monograficznie z jakimś wielkim tematem teologii. Chociaż istnieją przypuszczenia, że jego doktorat o Guardinim został jednak napisany po odbyciu części studiów w Niemczech, tylko nigdy go nie opublikowano. Z pewnością jest dla niego jakimś priorytetem w życiu Kościoła praktyka, ale przecież wielka teologia ma dokładnie ten sam priorytet – ona nigdy nie była nauką tylko dla siebie, a zawsze dla służby Bożej i dla pożytku duszpasterskiego. Dlatego mówi się o papieżu tak jak pan to przedstawił, ze względu na to, że on sam kreuje wokół siebie taką atmosferę, jakby trochę przeciwstawiając praktykę i teorię. Ale na ile znam go osobiście, także po przeczytaniu biografii intelektualnej profesora Borghesiego i po przeczytaniu szeregu różnych dokumentów Franciszka, mogę śmiało powiedzieć, że u niego jest wizja teologiczna, a co więcej, jest ona w istotnych kwestiach bardzo klasyczna. Jeśli chodzi o prawdy wiary, jest niewzruszenie klasyczna.

KAI: Trochę inaczej z praktyką…

– Tak, inaczej jest z interpretacją np. ewangelizacji i stosowania pewnych zasad moralnych. On nigdy nie podważa tych zasad i to nie jest jego intencją, Franciszek sam pisze o tym wprost. Natomiast jeśli chodzi o zastosowanie w praktyce, papież pokazuje inną wrażliwość. Jego lektury to pisma wszystkich wielkich teologów XX w., a więc tych samych, których czytał Ratzinger. To bardzo ciekawe, że np. Ratzinger jest w dużej mierze naśladowcą de Lubaca i Guardiniego, czyli dwóch najważniejszych myślicieli dla Bergoglia. Obaj papieże różnią się natomiast w rozumieniu zastosowania praktycznego prawd wiary, a to wynika chyba właśnie z innego kontekstu życia – znana nam cywilizacja europejska u jednego oraz w Ameryce Południowej cywilizacja, która wynika już ze spotkania tamtejszej wrażliwości z wielką ewangelizacją, którą prowadzili tam Europejczycy, jednak chrześcijaństwo tam zachowało swój osobny sposób widzenia, a być może wypracowało w tym spotkaniu chrześcijańskiej kultury europocentrycznej i wrażliwości różnych ludów Ameryki Południowej jakąś swoją specyficzną drogę. I to jest papież Franciszek.

KAI: Ta specyfika to np. teologia wyzwolenia?

– Najłatwiej byłoby właśnie tak powiedzieć, że jest we Franciszku dużo wątków teologii wyzwolenia, ale osobiście nie jestem do tego przekonany. On sam bardziej mówi o teologii ludu, czyli takiej teologii, która odrzuca chociażby rewolucję społeczną na zasadzie struktur politycznych – on w to nie wierzy, natomiast wierzy w skuteczność ewangelizacji na peryferiach, on to tak nazwa. Chodzi o ludzi, którzy wierzą w prosty sposób i dzielą się swoją wiarą. Ta cecha jego teologii z pewnością jest związana z jego własnym kontekstem. Zresztą każdy, kto zna trochę środowisko południowoamerykańskie, wie, że to są ludzie bardzo emocjonalni i tę emocjonalność widać w papieżu Franciszku. On definiuje lud poprzez swoje własne doświadczenie ludu, a często, jeśli ocenia zachodnią kulturę kościelną i widzi, że ludzie odchodzą, mówi: wolę tych swoich, są bardzo blisko Kościoła, bardzo emocjonalni, może nie bardzo znający prawdy wiary, ale jakoś podskórnie nimi żyją…

KAI: A jak Ksiądz zarysowałby praktyczne różnice między realizowaniem teologii u Franciszka i Benedykta?

– Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Każdy, kto patrzy na te dwa pontyfikaty, widzi ich ciągłość, ale widzi także różnice. Intuicyjnie rozumiemy, co jest ciągłością i co jest różnicą, natomiast opisanie tego wcale nie jest takie łatwe. Mógłbym powiedzieć np., że pontyfikat Franciszka jest bardziej czuły. Nie tyle nawet na potrzeby ludzi, co na ich biedę – bo bałbym się takiego osądzania papieża Franciszka, że on działa pod publikę, że dla niego najważniejsze jest wyczucie potrzeb ludzkich na zasadzie vox populi, vox Dei. On jest bardziej wyczulony na to, gdzie ludzie cierpią. Jednak gdybym miał porównać, to oczywiście nie jest tak, że teologia Benedykta jest nieczuła. Jego teologia na pewno większą wagę będzie przykładała do obiektywnej prawdy, tymczasem Franciszek kładzie nacisk ka praktyczne zastosowanie i głos ludzi, zwłaszcza tych na peryferiach. Jedno i drugie jest praktyczne. Papież Franciszek będzie bardziej wyczulony na tę warstwę niedoli, bólu, odrzucenia, marginalizacji, niezrozumienia; ona będzie go wzywała do tego, by tak interpretować te prawdy wiary, które są obiektywne, żeby można było je w praktyce, z perspektywy tego bólu, zrealizować może w nowy sposób gdzieś na tych peryferiach, wśród ludzi „na dole”.

Myślę, że właśnie to dostrzeżenie cierpienia i pewnych sytuacji nieregularnych, jest czymś, co ich różni. Nie dlatego, że Benedykt tych problemów nie widział, jednak wierzył w to, w co wierzy każdy Europejczyk – że rozwiązanie leży po linii podkreślania uniwersalnych praw. Natomiast papież Franciszek widzi, że one muszą być konkretnie zastosowane, również do konkretnego przypadku… Oczywiście łatwo by mu było zarzucić to, że w ten sposób absolutyzuje nie uniwersalną prawdę, tylko właśnie te małe przypadki, że one są dla niego ważniejsze niż doktryna. Ale tak nie jest – jego wrażliwość wynika z jego doświadczenia teologicznego spotkania z człowiekiem. Takim teologiem, który na Zachodzie myśli podobnie, jest Johann Metz. Wiadomo, że oni z Ratzingerem nie mieli razem zawsze łatwej drogi, bo Ratzinger podkreślał to co obiektywne, a Metz i Franciszek bardziej to, co subiektywne. Są dwie drogi myślenia, dwie perspektywy. Nie wiem, czy jest jeden system, który potrafi to połączyć, bardziej historia i życie to łączy. Po Benedykcie Bóg daje nam Franciszka, zobaczymy kogo nam da po Franciszku.

KAI: Franciszkowi często zarzuca się, że stawia teologów w zakłopotaniu. Np. wywołanie tych dyskusji dookoła Amoris laetitia – jedni teologowie interpretują tak, drudzy przeciwnie, papież niby sugeruje gdzie mu bliżej, ale konkretnie się nie wypowiada. Jedni tomiści mówią, że to dokument bardzo klasyczny, inni wykazują, że manipuluje się w nim Tomaszem i wytykają błędy, za które nie zaliczyliby pracy studentowi…

– Kontestacja ze strony teologów tekstów magisterialnych to bardzo stara rzecz. Jakbyśmy zbadali, jaka była recepcja soboru w Nicei, zobaczylibyśmy, że tych, którzy byli nim zachwyceni była zdecydowana mniejszość. I teologowie byli bardzo krytyczni. Tak jest z każdym tekstem magisterium. W przypadku Franciszka od samego początku mamy do czynienia z jego deklaracją, którą powinniśmy szanować i o niej pamiętać, że on nie chce zmieniać doktryny.

Do tomistycznych kontrowersji trudno mi się odnieść, nie jestem znawcą św. Tomasza. Jednak tę adhortację prezentował kard. Schönborn, który może nie jest tomistą, ale ze względu na swój zakonu z pewnością kultywuje św. Tomasza. Interpretacji akwinaty jest ogromna ilość. Spór o to, jak interpretować Tomasza, to jeden z największych sporów w teologii XX w. Myślę, że to dla samego papieża jest rzecz marginalna – on ma pewną intuicję, ktoś kto opracowywał tę adhortację pewnie próbował ubrać tę intuicję Franciszka w ducha tradycji. Oczywiście można by dobrać lepsze teksty. Natomiast istotne jest to, że papież w prezentacji tego dokumentu nie używa tego swojego najwyższego autorytetu, pozostawia nas wolnymi. To rzecz najbardziej kontrowersyjna, oczywiście ktoś może powiedzieć, że to jest bardzo niebezpieczne, bo się otwiera furtkę do zmian. Trudno mi się kłócić na temat interpretacji. Skoro papież mówi, że nie wprowadza zmian, to sam na ewentualnych zmianach się nie skupiam. Franciszek posługuje się językiem, który nie dookreśla do ostatniej kropki pewnych rzeczy, dzieli się intuicjami.

KAI: A papieżowi wypada bazować na intuicjach?

– To jest właśnie nowość w tym pontyfikacie. My, teolodzy, możemy być tym zakłopotani. I jesteśmy. Ale myślę, że papież Franciszek wzywa nas, żebyśmy pogłębili nasze rozumienie tego, jaka jest relacja między rzeczywistością obiektywną i subiektywną. Tak naprawdę to jest problem filozoficzny, nie ma konkretnego rozwiązania do dzisiaj. Jesteśmy w drodze i jako teolodzy musimy sobie uzmysłowić, że wszystkie prawdy wiary i zasady życia moralnego są zasadami, wynikającymi z niezmieniającego się Objawienia. Ale ciężko nam zrozumieć, w jaki sposób subiektywność ludzka jest włączona w to Objawienie oraz co z tego wynika. Najłatwiej nam jest odpowiedzieć, jak w starych katechizmach, zobowiązaniem, które wzywa autorytetem Boskim i kościelnym, żeby się do tego autorytetu dopasować. Ale na ile rozumiem rozwój doktryny Kościoła, to takie rozumienie Objawienia, może nie tyle że zostało odrzucone, ale uległo dosyć mocnej ewolucji. Dzisiaj refleksja o Objawieniu dużo bardziej włącza tę subiektywność ludzką, czyli te sytuacje, o których mówiliśmy, rozważając perspektywę Franciszka: te ludzkie bóle, te doświadczenia nieregularne. Myślę, że nie powinniśmy skupiać się na kontestacji, a bardziej powinniśmy się zastanawiać, co nam sugeruje papież Franciszek. I odpowiadając wreszcie na pytanie – chyba nie jest jego zadaniem, żeby do końca dopracować swoje intuicje. Nie wiem, czy on chce tę pracę zrobić, czy chce specjalnie pewne rzeczy zostawić otwarte. Natomiast jako teolog katolicki jestem zobowiązany słuchać go, słuchać z sympatią i dopracowywać i doprecyzowywać te intuicje, które on zostawia. Krytycznie, oczywiście. Dopracowywać, wsłuchując się w głos autentycznego nauczania Kościoła, Tradycji.

KAI: A czy teologa nie wprawia w zakłopotanie mówienie o Bogu, który chce pluralizmu religijnego – jak w deklaracji podpisanej z wielkim imamem Al-Azharu; mówienie, że muzułmanie i chrześcijanie wierzą w jednego Boga, że mogą się razem modlić?

– Śledzę od dawna meandry teologii religii, tutaj trwa dyskusja i powiem szczerze, że uważam, iż urząd nauczycielski powinien być bardziej powściągliwy. Ale znowu – przyjmuję te intuicje Franciszka. Papież nie chciał określić jako dogmat, że Pan Bóg chce wszystkich religii de iure. Taka treść wynika z tego zdania. Ale to zdanie też jest powiedziane w pewnym kontekście, a kontekstem jest wojna nie tylko cywilizacji, ale też wojna cywilizacji, którą ktoś chce ubrać w szaty wojny religijnej. Franciszek, ale, nie tylko on – Jan Paweł II, Benedykt XVI pod tym względem mają jedną linię – chce demistyfikować konflikt współczesny albo zarzewie współczesnego konfliktu jako konfliktu religijnego. Być może to sformułowanie o pluralizmie religijnym to jest przejaskrawienie wynikające z tej intencji. W każdym razie wszyscy ci ostatni papieże, Paweł VI podobnie, robili wiele np. na rzecz wspólnej modlitwy. W Asyżu wyznawcy różnych religii się wspólnie nie modlili de facto, każdy się modlił w swoim namiocie, równolegle, ale to i tak dla niektórych już było za dużo. Np. dla samego Ratzingera. Natomiast wydaje mi się, że takie zdania trzeba rozumieć w kontekście, nie jako absolutne, dogmatyzujące rzeczywistość, tylko bardziej jako pewne sformułowania, które mają pomóc nam przezwyciężyć mit, który chce wyrzucić religię ze społeczeństwa argumentując, że religie powodują konflikt.

Jeśliby to zdanie miało znaczyć, że Pan Bóg chce wielości religii, tzn. nie chce, żeby wszyscy stali się chrześcijanami, to potrzeba powiedzieć, że to jest zdanie z perspektywy Objawienia niewłaściwe. Bo musielibyśmy wtedy zrezygnować chociażby z wyznania bóstwa Chrystusa. Ale jeśli je zinterpretujemy ekonomicznie, czyli że Bóg ze względu na to, że zna kontekst i słabość człowieka w dochodzeniu do prawdy, dopuszcza – czyli jest to przedmiotem Jego woli – wielość religii, wtedy mamy bardziej de facto z tą wielością do czynienia, niż de iure. Jeśli by to zdanie miało znaczyć, że Pan Bóg nie chce, żeby wszyscy byli chrześcijanami, tylko żeby sobie wyznawali inne religie, to by było absolutnie trudne do pogodzenia z depozytem wiary chrześcijańskiej. Wielość religii Pan Bóg akceptuje na drodze pedagogicznego wychowania do odkrycia tej ostatecznej. Nigdy nie wolno nam zrezygnować z roszczenia do absolutnej prawdy, która nie jest w nas, co jest w Chrystusie, w którego my wierzymy. To brzmi strasznie integrystycznie, strasznie terrorystycznie, strasznie apodyktycznie, ale uważam, że jak człowiek temu przekonaniu przyjrzy się uważnie od środka, dogłębnie, to odkryje, że ta prawda jest np. fundamentem przykazania miłości bliźniego, nawet wroga. Bo jak się zrozumie co to znaczy, że Chrystus jest absolutny, to odkrywamy, że absolutność Chrystusa jest stróżem absolutności powszechnej miłości do każdego, szacunku do każdego, szacunku do wyznawców innych religii. To Kościół odkrył, tym się chce dzielić w soborowym dekrecie o wolności religijnej, a nie jakimś indyferentyzmem. Przecież on nie mówi, że wielość religii jest dobra, a wszystkie są równe, tylko że właśnie dlatego, że tak absolutny jest Chrystus, my odkrywamy, że wolność człowieka jest czymś istotnie ważnym.

KAI: Ksiądz miał okazję poznać papieża Franciszka, gdy został wybrany jego tłumaczem podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

– To jest ciekawe, bo papież postawił dla tłumacza dwa warunki: że to ma być ktoś, kto ma doktorat z teologii i zna dialekt z Buenos Aires. Drugiego warunku nie spełniałem. Ale doktorat z teologii mam, a te warunki papieża dały mi dużo do myślenia: papież chce mieć tłumacza teologa, tak jakby chciał, żeby w sam tłumaczeniu była możliwość doprecyzowania jego myślenia.

KAI: Bardzo pokorne podejście.

– To jest bardzo pokorny człowiek, chociaż bardzo stanowczy. Kard. Luis Ladaria Ferrer SJ (prefekt Kongregacji Nauki Wiary – red.) mówił mi ostatnio, że bardzo dobrze pracuje mu się z papieżem, ze względu na to, że jeżeli tylko przedstawi mu się bardzo konkretne argumenty, on jest w stanie je zaakceptować i daje się przekonać nawet do rozwiązań, które na początku może nie były mu bliskie. Mimo, że papież jest takim typowo jezuickim duchem. U jezuitów duch przełożeństwa jest dosyć apodyktycznym duchem, mają to wpisane jakoś w DNA.

KAI: Kardynał Müller ostatnio opublikował „Manifest wiary”, co niektórzy interpretują jako taką jego odpowiedź na zamęt w Kościele. Zamęt, do którego miałby się przyczynić Franciszek, który nie utwierdza w wierze, tylko pozwala różnymi dwuznacznościami czy wspomnianymi intuicjami na wątpliwości i zagubienie. Jak Ksiądz patrzy np. na takie gesty kard. Müllera, czy słynne dubia do Amoris laetitia, które wcześniej przekazali papieżowi kard. Burke z trzema innymi kardynałami?

– Taki oskarżający ton to właśnie te dubia. Potem jeszcze był list sześćdziesięciu intelektualistów katolickich, w jeszcze ostrzejszym tonie. Co do dubiów kard. Burke, to gdybym miał doradzać papieżowi Franciszkowi, poprosiłbym, żeby na nie odpowiedział. Można było poprowadzić tę rozmowę; tutaj był jakiś konflikt, nie znamy zaplecza tego sporu, ale z pewnością dobrze by było, gdyby na te wątpliwości papież odpowiedział. Tymczasem kard. Müller nigdy nie miał takiego tonu.

Myślę, że oskarżenie, iż zamęt zaczął się od papieża Franciszka, to nie tylko uproszczenie, ale po prostu nieprawda. Zamęt trwa od wielu lat. Ja sam nie odważyłbym się powiedzieć od kiedy. W okresie posoborowym na pewno bym nie umieścił początku tego zamętu. Jeśli tacy myśliciele jak np. już wspomniany Guardini, który w dwudziestych latach pisał o tym, że Kościół będzie malał, że ludzie będą od niego odchodzili i że będzie ubożał instytucjonalnie, to znaczy, że oni już te zjawiska widzieli. Myślę, że pierwszym momentem bardzo poważnego sporu była polemika z modernizmem. Może trochę przegrana przez Kościół. Ciężko oceniać, ale czasami się wydaje, że ówczesna odpowiedź Kościoła na modernizm była trochę nieadekwatna, np. co do języka i generalizowania problemów. Można było lepiej zareagować na modernizm. Potem mieliśmy powstanie komunizmu, który jest jawnie antychrześcijański, nawet antykościelny, a to już był czas, gdy ludzie zaczynali gdzieś oddolnie tworzyć sobie własne, niezależne wizje rzeczywistości Kościoła, Boga, człowieka i moralności. Na pewno cały XX w. jest naznaczony kryzysem, zamętem – nawet jeśli nie było masowego wyjścia z Kościoła, to coś tąpnęło, np. przez to, że Kościół nie umiał adekwatnie odpowiedzieć na pytania i wątpliwości. To tąpnięcie najbardziej ujawniło się po ostatnim soborze. Czytając same dokumenty soborowe, mamy do czynienia z tekstami jednoznacznymi i bardzo tradycyjnymi.

Mając ten kontekst, to, co pisze Müller odczytuję nie jako jakąś sugestię uderzającą w papieża Franciszka, a odpowiedź właśnie na te potężne tąpnięcia. Oczywiście możemy się zastanawiać, co jest bardziej niebezpieczne – czy niedookreślony język papieża, czy już bardzo określony język, ale niekatolicki, w zwykłych parafiach, gdzie ludzie są uczeni zupełnie źle. A od co najmniej 30 lat mamy schizmę nadreńską. Proszę zobaczyć, co jest w Kościele niemieckim. My możemy się złościć i gniewać na tych biskupów, którzy czasami są postawieni w tragicznej sytuacji, czasami wybierając niewłaściwe rozwiązania, ale mają naprawdę skomplikowaną sytuację. Myślę, że ten manifest Müllera nie jest przeciwko papieżowi Franciszkowi – kardynał po prostu przypomina, jak powinien być rozumiany ten zespół twardych, niezmiennych przekonań katolickich. On jest bardzo dobrym teologiem, tu naprawdę podaje absolutne minimum, o którym wie, że podlega interpretacji. Jak pan otworzy jego podręcznik do dogmatyki katolickiej, jest tam 900 stron interpretacji. Co ciekawe, on sam mi to potwierdził – interpretacji, która jest bardzo postępowa, jeśli chodzi o podejście do prawd wiary. Znam Müllera i wiem, że na pewno nie wystąpiłby otwarcie przeciwko papieżowi, którego szanuje. Natomiast ma bardzo duży ogląd Kościoła, przede wszystkim niemieckiego. Ma też dosyć duże rozeznanie w Kościele obu Ameryk, wie, jaki istnienie zamęt przede wszystkim w zwykłym codziennym przekazywaniu wiary. Myślę, że tym manifestem chce ukazać naszą tożsamość, a nie polemizować z papieżem, który przecież oczywiście żadnej z prawd tego manifestu nie przeczy.

Müller zestawił w pigułce wiarę Kościoła. Musiała się bardzo ograniczać, bo on kocha interpretować. Kard. Kasper się trochę na niego zżymał, chyba ze względu na to, że Kasper jest bardzo przyzwyczajony do teologii, która nie jest scholastycznym wyciąganiem fragmentów zdań. Natomiast rozumiem kard. Müllera – on uczestniczy w powszechnej misji pasterskiej Chrystusa, ma do tego prawo, zrobił to bardzo kulturalnie, bardzo rzeczowo. Dobrze, że mamy coś takiego.

KAI: Mi się to skojarzyło z Credo ułożonym przez Pawła VI w 1968 r. Montini na okołosoborowy zamęt i spory, ale też kontestację katolickich doktryn, też zareagował opublikowaniem wyznania wiary. Był oczywiście za swoją dialogiczność krytykowany przez tradycjonalistów, ale to credo pokazało im po prostu, że mają katolickiego papieża. Tymczasem Franciszek jest jednak trochę z boku całego tego sporu, nie reaguje na wątpliwości, nawet formułowane przez kardynałów…

– Pozwólmy mu być tylko fragmentem. Nie wiem, czy on chce być całością. Mówiąc, że doktrynalnie nic nie chce zmieniać, Franciszek wyraźnie się określa. Natomiast jak gdyby świadomie próbuje coś zaproponować, ale te propozycje i intuicje tylko fragment. Np. właśnie zmiana rozumienia praktyki. I znowu dla nas, teologów, pozostaje to do opracowania. To jest pytanie, które nigdy nie było stawiane w centrum, jako istotne, a dziś, ze względu na umysłowość postmodernistyczną, to jest pytanie ważne – jak się ma teoria do praktyki? Jednak opracowanie tego zagadnienia to zadanie bardziej dla nas, teologów, niż dla papieża.

Być może Franciszek bardziej chce być fragmentaryczny niż jakiekolwiek inny, pozwólmy mu na to, że nie podaje całościowych, systematycznych rozwiązań. To może być dla nas trudna sytuacja, może się czasem wydawać, że praktyka rozmija się z teorią. Być może dlatego ten pontyfikat wymaga dużo większego namysłu teologicznego niż te poprzednie. Ale dla mnie to jest w pewien sposób pozytywne – przestańmy interpretować papieża przez to, co mówią o nim główne media, tylko spróbujmy się wsłuchać w to, co on sam ma nam do powiedzenia, w kontekście swojego własnego życia.

KAI: Niech Ksiądz doradzi zagubionemu katolikowi, jak ma patrzeć na papieża Franciszka, żeby to budowało jego wiarę.

– Bardzo zachęcam do przeczytania, oczywiście również niepełnej, ale istotnej biografii intelektualnej papieża. Nie wyjaśnia wszystkiego, ale dużo pomaga zrozumieć. Pokazuje Franciszka jako człowieka, który przyjmuje, jeszcze raz to powtórzę, obiektywne prawdy wiary, jednak chyba uważa, że ma sam coś do zaproponowania w praktyce. I to nie tyle w jakiejś odnowie praktyki, tylko w powrocie do takiej prostej praktyki Ewangelii. To jest np. przełomowe, że on mówi – idźmy na marginesy i spotykajmy się z tymi, z którymi się wcześniej nie spotykaliśmy. Bo rzeczywiście często bywało tak, że troska duszpasterska była przede wszystkim skierowana do tych, którzy są w Kościele, wyznając jego wiarę i starając się żyć jak Kościół zachęca. A ci, którzy byli na marginesie, często byli traktowani bardzo z góry. Z tym jest związana druga rzecz, która jest teologicznie bardzo ciekawa: papież Franciszek, jak na jezuitę przystało, wzywa do rozeznawania, a jeszcze bardziej do towarzyszenia. I towarzyszenie jest dla mnie kluczowym słowem, także jego teologii. Jeśli Sobór Watykański II mówi, że jako Kościół jesteśmy w drodze, to rozeznawanie i towarzyszenie jest oczywiste. Towarzyszy się komuś, kto jest w drodze, ja sam staję się towarzyszem. A papież mówi: niech to towarzyszenie dotyczy nie tylko tych owiec, które nigdy nie opuściły stada, ale także tych zagubionych… Jak się czyta Ewangelię, widzimy oczywiście, że Jezus miał tę uprzywilejowaną grupę, której zawsze tłumaczył, czasem musiał dwa razy tłumaczyć; miał apostołów, uczniów. Ale duża część Jego działania to była skierowana do tych, którzy byli na obrzeżach, byli wykluczeni, poza wspólnotą – np. setnik albo ten celnik, który jest synonimem i ikoną zdrady, prostytutka, kobieta pochwycona na nierządzie, trędowaci… To jest w centrum Ewangelii i tutaj papież jest bardzo jednoznaczny. To jest głęboko ewangeliczna praxis, za którą stoi konkretna teologia. Ba, za którą stoi jedyna właściwa teologia: Jezus mówi, że przyszedł, żeby mieli życie i mieli je w obfitości. Mówi, że jest w stanie zostawić dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, żeby znaleźć tę jedną zagubioną. To są zdania, które my tak często czytamy, a chyba mało tego podejścia było w Kościele. To jest teologia, to jest słowo o Bogu: że On nie przyszedł tylko do swoich, a jak przyszedł do swoich, to swoi go nie przyjęli. Jest to paradoks. A znał wielu na marginesie. Małych dla tego świata, niedocenionych, powikłanych, nieregularnych. W tym podpunkcie zawsze będę bronił papieża Franciszka. To jest bardzo, bardzo bliskie Jezusowi. Towarzysz tym, którzy się zgubili. Nie po to, bo to niektórzy tak interpretują, żeby na koniec wyszło, że oni mają rację w swoim zagubieniu. To jest perwersyjna i nieuczciwa lektura papieża Franciszka. Towarzysz im, żeby odnaleźli drogę. Ty wiesz, kto jest Droga, Prawdą i Życiem.

KAI: Papież Franciszek mówi to wprost.

– Już tyle rzeczy o nim słyszałem… Np. że Amoris laetitia promuje mentalność rozwodniczą. Nie znalazłem ani jednego zdania, które by coś takiego sugerowało. Ile razy słyszałem, że papież wzmacnia mentalność aborcji, kiedy wielokrotnie mówi, że to jest wielkie zło, nie do zaakceptowania w żadnym wypadku. Mamy różne interpretacje, jesteśmy bardzo podzieleni, partyjni. Pan Bóg zadaje nam często pytania albo daje wskazówki przez oślicę Baalama. Większość z nas, księży, to nic więcej, tylko oślice Baalama. Augustyn powie, że jest tylko jeden nauczyciel w Kościele, to jest Chrystus, a my wszyscy, na ile potrafimy Go naśladować, uczestniczymy w Jego charyzmacie nauczania. Nikt z nas nie jest całością, jesteśmy tylko małymi fragmentami.

KAI: A gdyby miał Ksiądz powiedzieć, ze swoich obserwacji bieżącego pontyfikatu i tego, co się dzieje w Kościele, co dziś mówi Duch do Kościoła przez Franciszka?

– Powiedziałbym, że słyszę: „stańcie się Kościołem, który towarzyszy. Wszystkim towarzyszy”. Nie po to, żeby usprawiedliwiać ich zastany styl życia, tylko żeby od środka, poprzez towarzyszenie, poprzez bycie razem, umożliwić ludziom drogę powrotu do Chrystusa czy poznania Go. Akceptując ich aktualny stan, nie dlatego, że jest obiektywnie dobry, ale po prostu wiedząc, że ta droga często jest trudna, długa, że ludzie nie wszystko potrafią zrozumieć, że są pogubieni, pokrzywdzeni. Nie rezygnując z tej najwyższej prawdy, bo byśmy byli zdrajcami, ale jednak nie pozostając tylko na nauczaniu z ambony, a po prostu towarzysząc ludziom. Myślę, że to chce Duch powiedzieć Kościołowi przez Franciszka. Jeśli nawet tylko tyle, to jest chyba dosyć mocne. Ale w tym też widzę naśladowanie Jana Pawła II. Bo jeśli miałbym myśleć o kimś, kto mocno otworzył Kościół na duszpasterstwo i wyczucie różnych ludzkich dramatów, to był Jan Paweł II. Uważam, że oni naprawdę walczą o to samo. Natomiast dużo bardziej dynamiczny w tym jest Franciszek, dzięki temu kontekstowi Ameryki Południowej, którego nie miał papież Wojtyła. On był bardzo czuły, to co Franciszek pisał o rewolucji czułości w adhortacji o ewangelizacji, ja odnajduję w Wojtyle – tę czułość, te spojrzenia, które były tak niesamowite. Zresztą Franciszek też ma niesamowity dar spojrzenia czy uścisku dłoni. Mówię to, będąc obserwatorem tysięcy spotkań papieża podczas Światowych Dni Młodzieży. Ja przede wszystkim jestem mu wdzięczny za ten akcent na towarzyszenie, w tych sytuacjach nieregularnych, grzesznych, nie po myśli Kościoła. I jeśli tylko tyle miałoby przetrwać z tego pontyfikatu, to jestem bardzo Panu Bogu wdzięczny, osobiście, jako ksiądz, jako wierzący człowiek.

***
Ks. Robert Woźniak – prezbiter archidiecezji krakowskiej, teolog, dr hab. adiunkt w Katedrze Antropologii Teologicznej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Doktorat z teologii dogmatycznej obronił na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie. Studiował także w Rzymie. Jest laureatem Nagrody im. ks. Józefa Tischnera w roku 2008 za książkę „Przyszłość, teologia, społeczeństwo”. Opublikował także m.in. „Różnica i tajemnica. Objawienie jako teologiczne źródło ludzkiej sobości” i „Sekret Credo”. Redaktor naczelny rocznika „Theological Research” wydawanego przez Wydawnictwo Naukowe UPJPII, współredaktor wydawanej przez wydawnictwo WAM serii “Myśl teologiczna”. Członek korespondent Pontificia Accademia di Teologia działającej przy Papieskiej Radzie ds Kultury. Wiceprzewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Teologów Dogmatyków.

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.