Drukuj Powrót do artykułu

Łacina wiecznie żywa

01.08.2018 , Dawid Gospodarek / pz, Poznań Ⓒ ℗

Sample Fot. youtube

“Gdybyśmy chcieli wydać wszystkie dzieła łacińskie powstałe od upadku cesarstwa zachodniorzymskiego aż do współczesności, mielibyśmy 5 milionów tomów, co daje dwa miliardy pięćset milionów stronic łacińskiego tekstu” – mówi w rozmowie z KAI Marcin Loch, filolog klasyczny z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, organizator Letniej Szkoły Żywej Łaciny.

Dawid Gospodarek (KAI): Wszyscy mówią, że łacina jest martwym językiem, a Państwo nazywacie swoje kursy “łacina żywa”. To wskrzeszanie to jakaś prowokacja?

Marcin Loch: – Bynajmniej! Nikt nie chce ożywiać łaciny, bo jej olbrzymim walorem jest właśnie to, że jest – kolokwialnie mówiąc – „martwa”, czyli niezmienna. Chociaż tak naprawdę z naukowego punktu widzenia łacina nie jest ani językiem żywym, ani martwym – dziś w językoznawstwie odchodzi się od tej terminologii.

Paradoksalnie, po raz pierwszy łacinę nazwano martwą w czasach, w których cały uczony świat władał nią na co dzień. Tej przenośni (bo taka kategoryzacja na „żywe” i „martwe” jest zaczerpnięta raczej z nauk przyrodniczych) użył Marc-Antoine de Muret w XVI, wieku podkreślając walory nauki i używania języków klasycznych. Argumentował, że języki żywe, czyli te, którymi posługują się różne narody (jak to określił – „niewykształcone pospólstwo”), nieustannie się zmieniają, że nasza dzisiejsza mowa nie będzie dobrze rozumiana przez nasze prawnuki, tymczasem łacina jako „niczyja, będąca we władaniu ludzi uczonych”, jest niezmienna, tak jakby martwa i to jest jej olbrzymia zaleta. Jeśli raz napisze się coś po łacinie, to pozostanie to zrozumiałe dla każdego użytkownika tego języka, niezależnie od jego narodowości czy czasów, w których żyje.

Łacina jest więc idealnym, ponadczasowym nośnikiem do trwałego zapisywania doktryn, traktatów filozoficznych czy dogmatów. Dlatego właśnie Kościół przez całe wieki bronił się przed tłumaczeniem świętych ksiąg na języki żywe – bo każdy przekład z upływem czasu się starzeje. Właściwie na użytek każdego nowego pokolenia trzeba dokonywać nowych tłumaczeń, a to rodzi wiele trudności, staje się okazją do pomyłek, powstawania herezji etc.

KAI: Widać ten problem na przykładzie tłumaczenia Mszału – to, które jest w użyciu aktualnie, ma sporo braków, nad tłumaczeniem trzeciej edycji prace trwają już 16 lat…

– Dokładnie. „Martwość” łaciny jest więc jej olbrzymią zaletą. I nie ma ona nic wspólnego z tym, czy w tym języku można dziś rozmawiać czy nie. Łacina jest językiem o tradycji ciągłej, to znaczy, że nigdy od czasów upadku Rzymu nie było takiego momentu w historii, by nie było na świecie absolutnie nikogo, kto potrafiłby mówić po łacinie. Nawet dziś, w XXI w., szacuje się, że na świecie jest około 5000 ludzi biegle władających łaciną w mowie i w piśmie. Istnieje także kilka szkół (a ich liczba powoli rośnie), w których łacina jest językiem wykładowym.

KAI: Od 18 lat organizujecie w Poznaniu Letnie Szkoły Żywej Łaciny. Dlaczego „żywej”?

– Bo na ogół nauka tego języka kojarzy się nie z łaciną jako taką, ale jedną tylko metodą stosowaną w jej nauczaniu od początków XIX wieku, polegającą na zakuwaniu tabelek, końcówek, regułek gramatycznych i pracy ze słownikiem. Żmudne, trudne, mało efektywne i… właśnie martwe. Na takich lekcjach nie mówi się po łacinie, ale recytuje wyuczone sentencje, odszyfrowuje teksty za pomocą słownika i gramatyki. W tej sytuacji bardzo trudno agitować za nauką łaciny, skoro u większości tych, którzy się z nią zetknęli w szkole czy na studiach, słowo „łacina” budzi takie właśnie skojarzenia. Dlatego musimy używać sformułowania „żywa łacina”, by zwrócić uwagę, że proponujemy jednak coś innego.

Na kursach „żywej łaciny” pracujemy metodami podobnymi do tych, jakimi naucza się języków nowożytnych – tu każda minuta jest przepełniona łacińską mową, nikt nie korzysta ze słowników, nie zagląda do tabelek ani nie tłumaczy niczego na język ojczysty. Przekonanie o tym, że łacina jest martwa, bo nikt w niej nie mówi, jest zupełnie niewłaściwe i wynika z błędnego rozumienia przenośni użytej przez Mureta.

KAI: Po co dziś w Polsce ludzie zajmujący się łaciną?

– Łacina była językiem urzędowym naszego państwa od czasów pierwszych Piastów aż do upadku I RP w 1795 roku. Co z tego wynika? Większość dokumentów wydawanych przez kancelarię królewską, zachowanych akt sądowych, kronik, umów, protokołów z posiedzeń rad miejskich, sejmów, metryk parafialnych etc., a więc źródeł do badania historii naszego kraju, jest po łacinie (że nie wspomnę o poezji Kochanowskiego, Janickiego czy Sarbiewskiego). Większość z nich nie została ani wydana, ani opracowana, a tym bardziej przetłumaczona. Łacina jest więc częścią naszego kulturowego dziedzictwa.

W preambule do konstytucji zobowiązujemy się do tego, by przekazać następnym pokoleniom wszystko to, co najwspanialsze i najcenniejsze z naszego ponad 1000-letniego dorobku. Sęk w tym, że lwia część tego dorobku jest spisana w języku łacińskim, a łaciny prawie nie ma w polskich szkołach.

KAI: Na ostatnim soborze też mówiono o wadze łaciny, powtarzali papieże, a w Kościele jest podobnie…

– Nie ma łaciny w polskich kościołach, na lekcjach religii, podczas przygotowania do I komunii czy bierzmowania, pomimo jasnych zaleceń II Soboru Watykańskiego i innych dokumentów – należy do nich chociażby konstytucja apostolska Veterum sapientia promulgowana przez Jana XXIII w 1962 roku.

Sobór zezwolił wprawdzie na dopuszczenie do użytku w liturgii w większym zakresie języków narodowych, jednak jednocześnie jasno określił, że należy dbać o to, by wierni umieli czynnie uczestniczyć w obrzędach sprawowanych w języku łacińskim (KL p. 36 i 54). Tymczasem Kościele w Polsce łacina została właściwie wyrugowana do tego stopnia, że trudno u nas znaleźć nawet jakiekolwiek łacińskie posoborowe księgi liturgiczne, a po posoborowy łaciński brewiarz trzeba udać się do któregoś z rzymskich sklepów.

KAI: A jaka jest sytuacja łaciny w innych państwach?

– Kultura starożytnych Rzymian i teksty spisane przez wieki w ich języku są fundamentem naszej kultury, każdy kraj europejski ma jakiś swój łaciński dorobek. Dlatego łacina jest obecna w szkolnictwie wielu krajów europejskich w o wiele większym zakresie niż u nas obecnie. By nie szukać daleko przykładów: około 30% uczniów średnich szkół ogólnokształcących w Niemczech uczy się łaciny, u nas jest to zaledwie 2,9%, jest też różnica jakościowa – w Niemczech kurs łaciny trwa 230-600 godzin lekcyjnych w całym cyklu nauczania, u nas przeciętnie jest to 30-60 godzin (najczęściej nie jest to kurs łaciny klasycznej, ale łacińskiej terminologii medycznej lub prawniczych sentencji), a zupełnym maksimum jest 240 godzin oferowane w zaledwie 25 polskich szkołach.

Wniosek z tego płynie taki, że niemiecki czy włoski maturzysta, historyk, archeolog, teolog czy ksiądz, ma w tym zakresie wyższe kompetencje zawodowe niż absolwenci analogicznych szkół czy kierunków studiów w Polsce. W tej sytuacji znajomość łaciny w Polsce ogranicza się do wąskiego grona specjalistów od tego właśnie języka – filologów klasycznych. Brakuje nam specjalistów innych dziedzin dobrze znających łacinę.

KAI: Czy każdy musi znać łacinę?

– Oczywiście nie chodzi tu o to, by każdy Polak znał łacinę, bo to jakaś nieosiągalna utopia. Chodzi o to, by zmienić trochę myślenie, by społeczeństwo – a więc rodzice, wychowawcy, dyrektorzy szkół, dziekani wydziałów, politycy i duchowni – mieli świadomość, że łacina to spory kawałek naszej historii i kultury, że jej znajomość jest czymś pożądanym i potrzebnym. Poza tym, dlaczego pod tym względem mamy pozostawać w tyle Europy?

KAI: Po co uczyć się łaciny, skoro w księgarni nie znajdę książek w tym języku?

– Dziś, w XXI wieku mamy o wiele większy dostęp do tekstów łacińskich, niż kiedykolwiek do tej pory. Wszystko dzięki digitalizacji zasobów bibliotecznych. Nie wychodząc z domu możemy przeglądać zbiory Biblioteki Watykańskiej, Biblioteki Kongresu i wielu innych prestiżowych bibliotek, dostępne online zupełnie za darmo. Wystarczy tylko dobrze znać łacinę, by móc dokonać jakiegoś przełomowego odkrycia. Dlaczego Polacy mają być tu znowu w tyle?

Także i polskie biblioteki skanują swoje zbiory – na portalu polona.pl możemy czytać i podziwiać piękne brewiarze, kancjonały, dokumenty polskich królów czy nawet rękopis kroniki Długosza. Wszystko za darmo, w otwartym dostępie. Grzech nie korzystać i oddawać pole do popisu naszym sąsiadom.

KAI: Od kilkunastu lat tłumaczony jest nowy Mszał, nie przetłumaczono wszystkich dzieł Tomasza z Akwinu, Ojców Kościoła. Rzeczywiście, w świecie katolickim łacina może się przydać. Niby jest w seminariach i wydziałach teologicznych, ale absolwenci jej nie znają. Dlaczego?

– I to jest właśnie to, o czym wspominałem wcześniej – tłumaczenie wszystkiego dla każdego nowego pokolenia jest wręcz niemożliwe. Tłumaczenie ważnych ksiąg liturgicznych, dzieł filozoficznych i wielu innych tekstów specjalistycznych, jest bardzo trudne, wymaga bowiem wielu uzgodnień, ustalenia odpowiednich terminów, których częstokroć brakuje w językach nowożytnych. Problemem jest też niska znajomość łaciny wśród specjalistów poszczególnych dziedzin – wśród teologów, lekarzy, prawników, historyków…

Dziś tłumaczenia tekstów specjalistycznych w Polsce zleca się właśnie filologom klasycznym (czyli specom od łaciny Cezara, Cycerona i Horacego), którzy muszą poszerzać swoje kompetencje o kolejne dziedziny. Trudno stać się teologiem, lekarzem czy prawnikiem, jedynie w kontakcie ze słownikiem albo po przeczytaniu kilku książek. To zabiera dużo czasu. O wiele lepiej byłoby, gdyby teksty historyczne tłumaczył historyk, teologiczne teolog, filozoficzne filozof i tak dalej – przekłady powstawałyby szybciej i nie wymagałyby tylu konsultacji. Oczywiście są tutaj chlubne wyjątki, jednak w codziennej praktyce zawodowej spotykam się z wieloma prośbami o przetłumaczenie jakichś tekstów historycznych, dotyczących np. historii wojskowości, ustroju politycznego, procesów sądowych itd. na użytek specjalistów w tych dziedzinach. Jeśli popełnię błąd, ktoś może na jego podstawie wysnuć błędne wnioski…

KAI: A jak jest z tłumaczeniem treści religijnych?

– W wypadku tekstów religijnych nowe przekłady często się nie przyjmują, ponieważ różnią się od silnej dotychczasowej tradycji. Przykładem jest tu choćby tekst Modlitwy Pańskiej znacznie odbiegający w najnowszych wydaniach Nowego Testamentu od formuły, której wyuczyliśmy się od naszych babć i matek. Nic nie zmieni „odpuszczania naszym winowajcom” i „wodzenia na pokuszenie”. Nie przestaniemy też „wierzgać przeciw ościeniowi”, pomimo że dziś mało kto wie, co to jest oścień… Ale takie konsekwencje niesie ze sobą rezygnacja z łaciny i wszechstronne używanie języków narodowych w liturgii.

KAI: Czyli trzeba uważać z przekładami.

– Przekłady są też często pułapką, ponieważ ich istnienie staje się dla wielu osób usprawiedliwieniem, że nie warto uczyć się łaciny, skoro można sięgnąć po przekład i można przekładowi zaufać, wszak nie dokonał go byle kto – po co więc sięgać do oryginału? To bardzo zgubny sposób myślenia.

Często spotykam się też z opinią, że wszystko zostało już przetłumaczone. Nic bardziej mylnego. Wyobraźmy sobie, że chcemy wydać w jednej serii identycznych 500-stronicowych książek wszystkie dzieła łacińskie, jakie istnieją. Gdybyśmy chcieli wydać wszystkie zachowane łacińskie dzieła pogańskie starożytności (np. Cezara, Cycerona, Horacego, Wergiliusza i innych), zmieściłyby się one w 100 takich tomach. Gdybyśmy chcieli dodać do tego wszystkie starożytne łacińskie dzieła chrześcijańskie, otrzymamy kolejne 400 tomów. Natomiast gdybyśmy chcieli wydać wszystkie dzieła łacińskie powstałe od upadku cesarstwa zachodniorzymskiego aż do współczesności, mielibyśmy 5 milionów tomów, co daje dwa miliardy pięćset milionów stronic łacińskiego tekstu! Prawdopodobnie nigdy nie doczekamy się przekładu tych wszystkich dzieł na język polski czy angielski, rozsądniej jest więc nauczyć się łaciny i zasiąść do lektury, niż starzeć się w oczekiwaniu na przekłady.

KAI: Czyli łacinnicy mają dość pracy pewnie aż do końca świata…

– Tylko pytanie, czy ktoś zechce ich do tej roboty zatrudnić?

KAI: Wróćmy do poprzedniej kwestii – dlaczego absolwenci teologii nie znają łaciny, mimo że mają ją w programie?

– Wydaje mi się, że z dwóch powodów – po pierwsze najwyraźniej uważają, że nie jest im potrzebna – wszak dziś przeciętny obywatel ma naprawdę niewiele okazji, by zetknąć się z łaciną (chyba, że spacerując po mieście czy wchodząc do kościoła, rozgląda się po murach wyszukując łacińskich inskrypcji lub przeczesuje pod tym kątem internet). Po drugie z powodu przestarzałych metod używanych w jej nauczaniu. Tabelki, gramatyka i końcówki, a wszystko po to, by z najwyższym mozołem przetłumaczyć (niekoniecznie poprawnie) jedno zdanie. Gdy ktoś z takim doświadczeniem i skojarzeniami staje się dziekanem wydziału, ministrem, dyrektorem szkoły, czy jakąkolwiek osobą decydującą o kursie łaciny, to dąży albo do zlikwidowania tego przedmiotu, albo do ograniczenia go do absolutnego minimum, nie pozwalającego na opanowanie tego języka.

Przy 30 czy 60 godzinach żadna metoda się nie sprawdzi, po prostu nie da się nauczyć absolutnie żadnego języka w 30 czy 60 godzin, zwłaszcza na poziomie pozwalającym czytać i rozumieć (a już zwłaszcza tłumaczyć) teksty literackie. A niestety tyle trwa przeciętnie kurs łaciny w liceum czy na studiach. W przypadku seminariów duchownych czy w ogóle teologii to dotyczy nie tylko łaciny, ale i starożytnej greki oraz biblijnej hebrajszczyzny.

KAI: Co proponujecie? Jaka jest wasza metoda?

– Język, jak sama nazwa wskazuje, jest przeznaczony dla języka, nie dla oczu i ręki. O wiele łatwiej jest ściąć drzewo posługując się siekierą – narzędziem specjalnie do tego stworzonym – niż łyżeczką do herbaty. Oczywiście są i tacy, którzy są w stanie to zrobić. Ale po co? Szkoda czasu i trudu. Podobnie jest z językiem: o wiele szybciej nauczymy się go słuchając i mówiąc (czyli używając języka i uszu), niż czytając gramatyki, rysując tabelki i wertując słownik (czyli używając oczu i ręki). A jak to robimy? Wystarczy sięgnąć do googla, albo wziąć udział w naszym kursie (Schola Aestiva Latinitatis Vivae Posnaniensis), by się przekonać. Oczywiście nie jestem w stanie nikogo nauczyć łaciny w dwa tygodnie (bo tyle trwa kurs), ale jestem w stanie nauczyć podstaw i pokazać drogę, pokazać jak się uczyć, by się nauczyć lub też doskonalić umiejętności posiadane przez uczestników.

Zajęcia (z łaciny i greki) odbywają się na kilku poziomach zaawansowania – mamy grupę przeznaczoną dla tych, którzy nigdy nie uczyli się łaciny czy greki, grupy dla tych, którzy kontynuują naukę. W tych grupach pracujemy na podręczniku Lingua Latina per se illustrata H.H. Ørberga, uważanym za najlepszy podręcznik do łaciny, jaki kiedykolwiek powstał, na grece wykorzystujemy zaś najnowocześniejszy podręcznik Polis napisany przez Christphe Rico. Mamy także grupę dla tych, którzy znają łacinę, ale uczyli się jej „po staremu” i chcą doskonalić swoje umiejętności, zacząć mówić i czytać teksty bez słownika, a także grupy dla tych, którzy bardzo dobrze znają łacinę czy grekę – ci na zajęciach czytają teksty oryginalne i omawiają je po łacinie czy po grecku.

KAI: I będzie można rozmawiać po łacinie?

– Oczywiście. Choć w przypadku łaciny czy starożytnej greki mówienie nie jest oczywiście celem samym w sobie, ale jest krótką i prostą drogą do szybkiego opanowania tych języków w taki sposób, by móc jak najszybciej obcować z tekstami w nich napisanymi – bez nieustannego wertowania słownika i zaglądania do gramatyk. Loquamur ergo Latine!

***

Marcin Loch – filolog klasyczny, doktorant w Instytucie Filologii Klasycznej UAM w Poznaniu, z zamiłowania łacinnik, organista i zegarmistrz. Od wielu lat organizuje letnie i zimowe kursy języka łacińskiego, propaguje nowoczesne metody nauki języków klasycznych.

W dniach 6-19 sierpnia odbywa się w Poznaniu dwutygodniowa Letnia Szkoła Żywej Łaciny, na którą przyjedzie 70 uczestników z całego świata.

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.