Drukuj Powrót do artykułu

Małżeńskie minirekolekcje w czasie epidemii

31 marca 2020 | 16:36 | Irena i Jerzy Grzybowscy | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. taylor hernandez / Unpslash

– Zachęcamy wszystkie małżeństwa, by wyłączyły się na godzinę z codziennego życia i zatrzymały nad swoimi relacjami w trudnym czasie epidemii. Bo to jest czas, w którym nasze małżeńskie relacje są poddane próbie. A w ślad za tym próbie poddane są relacje z naszymi dziećmi. Jest to nieobojętne z punktu widzenia naszej wiary, naszej religijności, bo dotyczy największego przykazania, a mianowicie przykazania miłości Boga i bliźniego – piszą Irena i Jerzy Grzybowscy, założyciele Ruchu “Spotkań Małżeńskich” w przesłanym KAI tekście rozważań będących propozycją minirekolekcji dla małżeństw w trudnym okresie domowej izolacji, związanej z pandemią koronawirusa.

Ważnym priorytetem duszpasterstwa rodzin w czasie epidemii jest zadbanie o zachowanie i umacnianie więzi małżeńskiej i więzi rodzinnej. Zmieniony porządek dnia i organizacja życia rodzinnego powoduje w wielu małżeństwach konflikty i napięcia. W związku z tym przygotowaliśmy, wraz z dwoma małżeństwami i kapłanem, krótkie rekolekcje na ten temat.

Małżeńskie minirekolekcje w czasie epidemii

Nagle wszystko się rozsypało. Przeżywamy napięcie, frustrację, lęk, panikę, rozczarowanie, złość. Do starych napięć w naszych małżeństwach dochodzą nowe. Te emocje są normalne. Są reakcją naszego organizmu na wydarzenia, w których uczestniczymy. Wydarzenia zaskakujące, nieoczekiwane wywołują lęk o zdrowie („kiedy ten wirus dopadnie mnie”), o pracę („podobno będą zwolnienia…”). A w dodatku w małym mieszkaniu wszyscy siedzimy sobie na głowach. Te emocje odreagowujemy często na współmałżonku tak jakby on był wszystkiemu winien. Wybuchy agresji, pretensje i wymówki wcale nierzadko kończą się krzykiem: „wynoś się z domu”. Znamy sytuacje, gdy jedno drugiemu wyrzuciło rzeczy przez okno.

Nie zawsze i nie wszędzie… Ale zaczynamy od tych skrajnych reakcji. Pojawienie się emocji w trudnych sytuacjach jest, jak powiedzieliśmy, normalne i – jak uczy zarówno psychologia komunikacji jak i nauka Kościoła – nie podlega ocenie moralnej. Ocenie moralnej podlega dopiero to, co z tymi uczucia zrobimy, czy je podsycamy, żywimy i budujemy na nich wrogie postawy, czy pozwalamy im przeminąć, świadomie nabieramy do nich dystansu, nawet pomimo wybuchów złości. Ten drogowskaz przyda nam się w dalszej części naszych minirekolekcji.

„Wszystko się rozsypało”, ale są też nieoczkiwane plusy w tej nowej sytuacji.
Przeczytajmy jak przeżywają to Aneta i Wojtek, Basia i Roman, Ojciec Michał, dominikanin, dwa słowa dodamy także od siebie. Na końcu zaś znajdują się pytania do refleksji indywidualnej i w Waszych związkach.

Aneta:
Wiele osób mówi, że ma teraz więcej czasu, a ja go mam znacznie mniej. Do tej pory ogarniałam dom, a teraz nie ogarniam. Wszyscy siedzimy „na kupie”. My i trójka dzieci w wieku szkolnym. Myślałam, że jak zamkną szkołę to będzie fajnie w domu, bo będziemy razem. I bardzo się rozczarowałam. Muszę siedzieć z nimi przy komputerach, bo same nie ogarniają tej zdalnej nauki. Biegam od jednego laptopa do drugiego. Nauczyciele jakby się nagle obudzili i zadają tyle, że to jest nie do przerobienia. Mąż zmienił pracę w tym miesiącu, pracuje w domu, ale przeżywa lęk, że go zwolnią. Te napięcia odbijają się na naszych relacjach. Staram się rozumieć Wojtka. Zdaje nam się, że wszystko wiemy o uczuciach, o potrzebach psychicznych, o zasadach dialogu, ale jak przychodzą napięcia, to rodzą się zwątpienia, generują kłótnie i podniesiony głos.
Ale zaczynamy sobie radzić. Znaleźliśmy czas na wspólną modlitwę, czego dawniej nie było. Obejrzeliśmy całą rodziną piękny film przyrodniczy. I to jest sukces, bo dawniej nie znajdywaliśmy czasu na takie rzeczy. I to nas cieszy. Także razem z Wojtkiem, we dwoje, obejrzeliśmy film. To nas bardzo odstresowało.

Wojtek:
Aktualna sytuacja wywołuje we mnie niepokój o zdrowie i o pracę. Mam nową pracę i te 8 godzin muszę w domu siedzieć cały czas bardzo skupiony. Przychodzi zmęczenie, bo potem jeszcze lekcje z dziećmi. Praca zdalna jest dla mnie trudniejsza niż bezpośrednia. Bo bywa tak, że dzwoni szef i muszę z nim porozmawiać, a tu dzieci nagle przebiegną przez całe mieszkanie z okrzykami radości. Ale równocześnie jest we mnie uczucie pokoju, że nie jest to sytuacja tragiczna, choć jest trudna. Nie przeżywam jakiejś desperacji, przytłoczenia. W relacjach z Anetą przeżywamy czas wzajemnego wspierania się, choć jakość tego wspierania zależy od tego, ile spraw się nawarstwi, ile jest trudnych spraw do pilnego, natychmiastowego załatwienia.

Czasem mam poczucie pokoju w naszych relacjach, poczucie wzajemnego zaufania, ale czasem jak nam się za dużo nagromadzi, to puszczają nerwy i bardzo przykre uczucia frustracji, złości i napięcia, wyrażane pośrednio. W formie pretensji, wymówek: „Liczyłem na to, że mi pomożesz”, „Przecież ci pomogłam”, „Ale zrobiłaś po swojemu, nie tak jak chciałem”, Albo: „skoro jesteś, to zrób to, czy tamto, a ty się nie domyśliłeś”. I są pretensje. A tempo jest takie, że nie ma nawet czasu, żeby o tym porozmawiać. Bo wszystko musi być już i natychmiast. Dzięki temu, że jesteśmy razem, że się niejako „mamy”, to jest nam łatwiej.

Jest jedna kwestia, w której poprawiło się u nas zdecydowanie. A mianowicie modlitwa, szczególnie poranna. Bywało tak, że rano w metrze sobie czasem przypominałem i wysyłałem do Anety sms: „to teraz się pomódlmy”. A teraz modlimy się razem rano codziennie. Nawet jak już rozpoczynam pracę, to ją przerwę na 5 minut i klękamy razem. Powierzamy się Panu Bogu. I jeszcze drugi sukces: razem jemy wszystkie posiłki, co było wcześniej rzadkością.

Wśród podstawowych potrzeb psychicznych (kochania i bycia kochanym, uznania, poczucia własnej wartości, bezpieczeństwa, przynależności, autonomii i sensu) wyraźnie niezaspokojona jest nasza potrzeba bezpieczeństwa. Z tym pewnie każdy się zmaga. Dla przeciwwagi staramy się dbać o zaspokojenie potrzeby kochania i bycia kochanym. Wspólne bycie w domu sprzyja dbaniu o te potrzeby, bo wobec tamtej, niezaspokojonej, czujemy się trochę bezsilni. Każdego dnia uczymy się, jak to robić lepiej. To kwestia szczegółów, które trzeba dopracowywać w nowej sytuacji.

Roman:
Wyobrażam sobie, że dla wielu osób ten czas jest czasem niepokoju, lęku, albo złości czy frustracji. Dla mnie czas epidemii jest w pewnym sensie błogosławiony. Z racji wieku poniżej 40 ryzyko śmierci żony, dzieci czy moje uważam za minimalne. Ewentualną chorobę najprawdopodobniej przejdziemy lekko. To, że nie odczuwam strachu czy lęku o własne zdrowie, nie oznacza, że lekceważę obecną sytuację. Nasze dzieci zatrzymaliśmy w domu na dzień zanim Minister Edukacji ogłosił, że szkoły zostaną zamknięte. Unikamy jakichkolwiek kontaktów towarzyskich. Na spacerze, wybieramy miejsca w miarę odludne, a ewentualnych przechodniów omijamy szerokim łukiem. Nasza decyzja o staranności w tych kwestiach nie wynika z naszych emocji, ale decyzji i przekonania, że tak należy postępować w trosce o osoby, dla których ta choroba niesie większe zagrożenie.

Basia:
Podczas naszego wspólnego siedzenia w domu nie wszystko jest dla mnie trudne. Jest wiele rzeczy, które mi się podobają, np.:
– cieszę się, że nie muszę wstawać o siódmej, ustawiać budzika, zrywać się z łóżka rano niewyspana. Nieraz sama obudzę się o siódmej i rozkoszuję się ciszą. Powoli robię sobie herbatę, modlę się i pracuję przez chwilę. Mogę też wybrać, że śpię dalej.

– Nie muszę się martwić, że dzieci spóźnią się do szkoły albo że sąsiadka, którą podwozimy będzie niepotrzebnie czekać, zawsze bardzo mnie to stresowało.

Mąż jest cały czas w domu. Najpierw się martwiłam, że będzie generował dodatkowy bałagan, ale okazuje się, że oprócz bałaganienia także sprząta, dużo więcej bawi się z dziećmi i ma czas na spacery ze mną. Długie dojazdy do pracy wysysały z niego całą energię i czas wolny. Miło mi widzieć, że jest wypoczęty. Uświadamiam sobie, że najbardziej potrzebowałam widzieć go zadowolonego i entuzjastycznego – w takim się kiedyś zakochałam.

Pierwszy raz od miesiąca pokłóciliśmy się: nie o sprawy bezpośrednio związane z izolacją, ale o sposób sprzątania domu. Rozmowa o naszych potrzebach przypomniała nam, że nasza potrzeba porządku jest niezaspokojona. Stałe przebywanie nas wszystkich w domu stwarza znakomite warunki do bałaganienia. Ale każdy z nas, i ja i Roman, ma inną wizję sprzątania: Roman chciałby wyznaczyć dyżury, a ja – aby każdy sprzątał po sobie. Obie metody mają wady, a bałagan rośnie. Tak bywało i wtedy, kiedy dzieci chodziły do szkoły, wtedy jednak miałam gwarancję, że rano przez 3 godziny nikt nie zepsuje moich porządków. Teraz bywa i tak, że porządek nie utrzymuje się nawet przez minutę, stół w mgnieniu oka zarasta brudnymi naczyniami, kredkami, książkami i grami planszowymi naraz. Martwię się możliwością zniszczenia delikatnych rzeczy, które znalazły się w sąsiedztwie tłustego sosu. Ustaliliśmy więc zasadę, że gry planszowe lub oglądanie filmów możliwe są po posprzątaniu. W ciągu dnia staram się nie sprzątać kuchni wcale albo minimalnie, aby sobie nie dokładać pracy.

W aktualnych warunkach wszyscy mamy pracować w domu: ja, mąż, trójka dzieci. Zazwyczaj pracowałam sama, gdy dzieci były w szkole i miałam ciszę. Teraz naturalnie wyszło tak, że mam zajmować się dziećmi na pełny etat i zadbać, aby nie przeszkadzały mężowi, który pracuje w domu w swoim pokoju. A wieczorem ja chciałabym mieć ciszę i popracować. Różnie z tym wychodzi. O ile dzieci nauczyły się nie przeszkadzać tacie, do mojego pokoju w czasie mojej pracy najmłodsza włazi co chwilę. Nieraz posprzeczamy się, kto ma się nią zająć.

Roman:
Czasami moje uczucia prowadzą mnie do zachowań, których później żałuję. Czasami mam wrażenie, że przeszkadzają mi w racjonalnym postępowaniu. Ostatnio doświadczyłem tego, że uczucia stanowią cenną informację o potrzebach i ich zaspokojeniu bądź nie w następujących okolicznościach:

Wieczorami, po skończonej pracy i kolacji, gram niemal codziennie ze starszymi dziećmi w grę planszową. Odczuwałem niepokój, że moje postępowanie nie jest w porządku wobec Basi: ona pracuje, a ja się bawię. Pytałem Basię, czy jej to odpowiada i zapewniała mnie, że tak, ale ja nadal czułem niepokój, że jest zupełnie inaczej. Uspokoiłem się dopiero, gdy Basia podzieliła się ze mną swoimi uczuciami, jakie przeżywa w takiej sytuacji. Gdy wytłumaczyła mi, że jej potrzeba wspólnoty została całkowicie zaspokojona w ciągu dnia spędzonego z dziećmi i teraz chętnie pobędzie sama, pisząc artykuły, bo potrzebuje trochę autonomii i samorealizacji.

Tymczasem w czasie tej gry przez większość czasu najmłodsza, sześcioletnia córka kręci się koło nas, ale pod koniec zaczyna przeszkadzać i wtedy proszę żonę, żeby mi pomogła. A Basia przez cały ten czas pracuje na komputerze.

Basia:
Cieszyłam się, że mąż gra z dziećmi. Okazało się jednak, że najmłodsza im przeszkadza. Zajmowanie nią znowu spadło na mnie. Oburzyłam się. Wypomniałam mężowi, że sam nieraz nalegał, abym pracowała zawodowo, więc mógłby mi tego chociaż nie utrudniać. Odpowiedział, że to wygląda tak, jakby mnie przymuszał do pracy.

Roman:
Rzeczywiście nie podoba mi się, gdy żona sugeruje, że to ja na niej wymogłem, aby pracowała. Jednak wcale nie czuje się urażony. Moje uczucia w tej sprawie to niepokój i złość. Niepokój, bo jeśli w przyszłości przestanę uzyskiwać wysokie wynagrodzenie wskutek choroby lub nienadążania za technologią, to nasze wydatki natychmiast zaczną znacznie przekraczać nasz budżet. Poczułem złość, bo zdawało mi się, że Basia nie poczuwa się do współodpowiedzialności za naszą sytuację finansową. W moim odczuciu, gdyby poczuwała się do współodpowiedzialności to nie musiałbym nalegać. I tak się trochę szamoczemy.

Basia:
Tymczasem ja też chcę pracować, ale nie jestem pewna, czy teraz jest na to dobry moment.
Z jednej strony potrzebuję odrobiny odskoczni od dzieci, porozmawiania z kimś po ludzku, tworzenia. Z drugiej strony wiem, że dzieci tylko raz w życiu mają dzieciństwo, potrzebują, aby poświęcić im czas i uwagę, zwłaszcza teraz, gdy nie mogą wyjść do przyjaciół. Czy warto walczyć o jakiś etacik z najniższą pensją, dojeżdżać przez długie godziny do Warszawy, a po kilku latach zorientować się, że dzieci są źle wychowane, zupełnie nam obce, być może od czegoś uzależnione, obracają się w złym towarzystwie i już tego wszystkiego nie cofniemy? Nie mamy nawet w pobliżu rodziny, do której one mogłyby pójść po lekcjach.

Pracuję dorywczo w tygodniku „Idziemy”, teraz czuję także niepewność, czy dziennikarstwo ma sens. Ponieważ mało osób w czasie epidemii chodzi do kościoła, jeszcze mniej kupuje prasę katolicką. Redakcja będzie mieć problemy, jeśli ludzie nie kupią e-prenumeraty. Postanowiliśmy się nie martwić tym, na co nie mamy wpływu. Tymczasem łatwo było mi odwrócić uwagę najmłodszej córki od przeszkadzania wszystkim. Trzeba pobawić się z nią przez chwilę i niepostrzeżenie wyjść.

Długo zastanawiałam się, czy mój temperament ułatwia, czy utrudnia znoszenie izolacji. Nie byłam nawet pewna, czy jestem towarzyska, czy separatywna, raczej wyobrażałam sobie, że dokładnie pomiędzy tymi cechami. Tak samo lubię samotność jak i wyjścia do przyjaciół. Zaobserwowałam jednak, że w obecnej sytuacji brak przyjaciół nie jest dla mnie dotkliwy. Ciepło o nich myślę, czasem zadzwonię, ale nie płaczę z powodu braku spotkań. Świetnie umiem znajdować sobie zajęcia w domu, wymyślam dzieciom zabawy, a do swojej pracy – tematy do opisania. Jestem więc separatywna i ta cecha ułatwia życie w izolacji. Widzę nawet, że, gdy na cały etat zajmuję się dziećmi, wieczorem pragnę już tylko ciszy i samorealizacji zawodowej.

Nie mogę pozbyć się obaw, że ktoś z moich bliskich zachoruje i nie zdążę się pożegnać.
W całej tej skomplikowanej sytuacji najczęściej jednak przeżywam spokój. Modlę się, czytam Biblię, a Pan Bóg wyraźnie mi podpowiada w wylosowanym słowie. Najbardziej zszokowało mnie „nie chodź do brata w czasie klęski” – z Księgi Przysłów. Stosuję się więc do zaleceń. Staram się też bardziej okazywać miłość, zamiast okazywać strach. Częściej dzwonię do rodziców i babci. Staram się sprawiać drobne przyjemności domownikom (upiec ciasto, zrobić lody), a dla siebie – znaleźć trochę czasu na pisanie artykułów.

Oczywiście. Pomimo całej wiedzy, jaką zdobyłam na Spotkaniach Małżeńskich i warsztatach dla rodziców, nie jestem w stanie przyzwyczaić się do tych nowych umiejętności w jednej chwili. Dalej zdarza mi się pośrednio wyrażać uczucia. Jednak z pewnością coraz częściej komunikuję uczucia bezpośrednio. Czasami wygląda to następująco:

Spontanicznie krzyknęłam na córkę: „Jak śmiesz tak do mnie mówić?” ale udało mi się dodać: – Czuję się dotknięta, obrażona przez Ciebie, jest mi bardzo przykro…- jeszcze nie kończę, a ona już się chyba reflektuje, że w sumie to mnie kocha.

Uczę się przepraszania. Ważna jest wiedza, że w chwilach wielkich emocji przełączamy się na sterowanie naszego gadziego mózgu, a on potrafi tylko walczyć lub uciekać. Przestałam się zadręczać moimi wybuchami. Przepraszanie działa cuda. Czasami trzeba sobie wyjaśnić więcej w dłuższej rozmowie. Kiedyś wyjaśniałam starszej córce, że wcale nie sądzę, iż ona wszystko robi źle. Wypowiedziałam te słowa w gniewie, kiedy nie miałam dostępu do moich prawdziwych opinii i poprosiłam, aby też tak o sobie nie myślała, skoro to nie jest prawda. Uważam, że z nią i z mężem łatwiej mi teraz prowadzić dialog. Z młodszymi dziećmi jest to utrudnione. Razem z ogromną potrzebą ruchu, kontaktu, mają też chyba potrzebę płatania figli i przeforsowania swojego zdania. Trudny jest dla mnie hałas i bójki między dziećmi, a także gdy widzę ich trudne uczucia.

Przeżywam rozterki i czuję się zagubiona, kiedy dzieci dopominają się kolegów, nie chcą się uczyć, a wiem, że powinny realizować podstawę programową. Z jednej strony chciałabym, aby dobrze przystosowały się do społeczeństwa: wykonywały swoje aktualne obowiązki, chłonęły wiedzę, wykonywały moje polecenia. Z drugiej strony wcale nie jestem taka pewna, czy wkucie na pamięć dat, definicji i ogólnie rozumiana grzeczność przystosowuje do życia w społeczeństwie. Ja byłam takim dzieckiem. Grzeczność i świadectwa z paskiem nie zapewniły mi szczęścia, sławy ani bogactwa. Coraz mocniej dociera do mnie, że pragnę, aby dzieci sprecyzowały swoje zainteresowania i pogłębiały je z pasją, zamiast pragnąć piątek w dzienniku.

Irenka i Jerzy:
Nam też wszystkie plany wywróciły się do góry nogami, chociaż dzieci już dorosłe, od dawna poza domem. Zaplanowany był wyjazd, który trzeba było odwołać, mieliśmy opracować programy kilku warsztatów rekolekcyjnych. Mieliśmy przygotowywać międzynarodowy zjazd liderów Spotkań Małżeńskich i uczestniczyć w innym kongresie, i to w dodatku w Watykanie. Wszystko się rozsypało. Pojawiło się zdziwienie, jakiś niesmak i niezrozumienie: dlaczego, przecież to wszystko miało służyć miłości, miało służyć budowaniu Królestwa Bożego na ziemi, umacnianiu więzi małżeńskiej i rodzinnej, umacnianiu dialogu jako drogi do świętości. Tymczasem stanęliśmy przed nowym, zupełnie innym wyzwaniem: przestawienia całego naszego zaangażowania w Spotkania Małżeńskie na pracę zdalną, on-line. Mało tego Pan Bóg oczekuje, że będziemy to robić z miłością i z radością. Nie jako zadanie, ale jako wyraz miłości Pana Boga i bliźniego. Nazwałem te trudne uczucia i samo ich nazwanie uwolniło mnie od ich nakręcania i podsycania. Pozwoliło pozytywnie popatrzeć na realną rzeczywistość.

Ojciec Michał, dominikanin:
Odkąd trzeba pozostać w domu i nie kontaktować się z ludźmi, nasza aktywność duszpasterska, w tradycyjnym znaczeniu, spadła prawie do zera. Wyobrażałem więc sobie, że będę miał więcej czasu. Plan miałem taki: do południa zajmuję się obowiązkami związanymi z byciem ekonomem klasztoru, po południu mam czas na czytanie od dawna czekających książek, etc.

Bardzo szybko okazało się, że czasu mam znacznie mniej, niż zwykle. Do zwykłych obowiązków ekonoma doszło przestawianie klasztoru na „epidemiczny” tryb działania: wysłanie pracowników na urlopy i zorganizowanie przejęcia ich obowiązków przez braci, zrobienie zapasów (na szczęście od lat już wszystkie zakupy są przywożone do klasztoru bezpośrednio z hurtowni). A jeszcze od ostatniej niedzieli do środy głosiłem na Youtube rekolekcje dla skautów, które trzeba było przygotować i nagrać – wyszło bardzo fajnie, ale to też trochę czasu zajęło. Tak więc na pytanie „jak przeżywam trudny czas” trudno było odpowiedzieć, bo nawet nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanowić.

Towarzyszą mi trudne uczucia: niepokoju, lęku, niepewności etc. Związane są one z trzema przestrzeniami:

1) Lęk o zdrowie i życie, bardziej nie moje własne (może naiwnie zakładam, że ponieważ nie jestem w grupie ryzyka, w razie zarażenia, chorobę przejdę łagodnie), co bliskich z mojej rodziny, jak i starszych i schorowanych braci, których mamy w klasztorze.

2) Niepokój o sytuację finansową klasztoru, w związku z brakiem tacy – naszego głównego źródła utrzymania. Wdzięczny jestem ludziom, którzy wpłacają ofiary na nasze konto, ale oczywiście jest ich znacznie mniej niż taca. A ja mam na utrzymaniu 46 braci oraz prawie 20 pracowników, którym przecież muszę wypłacić pensje. Innymi słowy boję się i próbuję wyliczyć, na jak długo starczy mi pieniędzy.

3) W piątek, 13 marca, jako pierwsi podjęliśmy decyzję o nie odprawianiu Mszy św. publicznie. Kościół jest otwarty do modlitwy indywidualne. Również spowiadamy. Jestem przekonany, że nasza decyzja była słuszna, ale jest we mnie pewien niepokój, czy nie popełniamy tu jakichś błędów. Jak z jednej strony służyć ludziom, a z drugiej strony spróbować uchronić się przed zarażeniem? I nie chodzi o nas, młodych, tylko o naszych seniorów i chorych, którzy, jeśli przywleczemy wirusa do klasztoru, z dużym prawdopodobieństwem umrą. Z drugiej strony nie możemy odmówić spowiedzi czy pójścia z wiatykiem. To, że bracia z Rzeszowa na skutek naszej decyzji, dzień później też zrezygnowali z publicznych Mszy, a teraz okazało się, że pół ich klasztoru ma koronawirusa, utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy: gdyby Rzeszów nie zrezygnował z Mszy publicznych, ilu ludzi by mogli zarazić w niedzielę, 15 marca?

Ale też towarzyszą mi uczucia przyjemne:

1) Mam uczucie dumy z naszej wspólnoty klasztornej, że mieliśmy odwagę podejmować trudne decyzje idące w kierunku jednoznacznego przekazu do ludzi: zostańcie w domu. I że te decyzje podejmowaliśmy bardzo wcześnie, reagując na szybko zmieniającą się sytuację. To uczucie jest też związane z tym, że podejmowaliśmy decyzje na sposób dominikański: dużo żeśmy rozmawiali i słuchali się nawzajem, starając się wspólnie znaleźć najlepsze rozwiązania, a kiedy już je przyjęliśmy, każdy traktuje je jako swoje własne (nawet jeśli wcześniej miał inne zdanie), bez jakiegoś narzekania czy kontestowania.

2) Jestem szczęśliwy, że jesteśmy zgraną i lubiącą się wspólnotą braci. Ten szczególny czas pokazuje, że dobrze jest nam ze sobą żyć. Wydaje się, że pomimo naszych słabości, nasza rodzina klasztorna jest dobrą, zgraną rodziną.
Dostrzegam też, że całe to napięcie i trudne uczucia, gdzieś we mnie się zbierają i o wiele łatwiej, niż zwykle, irytuję się, czy bywam złośliwy. Liczę, że po tym pierwszym okresie wchodzenia w nowe tryby, uda mi się lepiej zawalczyć o odpoczynek: poczytanie czegoś przyjemnego, a przede wszystkim spacer na świeżym powietrzu (na szczęście mamy bardzo duży ogród), dzięki czemu będę lepiej sobie radził z wyrażaniem trudnych emocji.
Zauważyłem też, że po pierwszych dniach, kiedy czytałem bardzo dużo wiadomości, złych przecież i przygnębiających, nastąpił pewien przesyt, i teraz sprawdzam świeże informacje o koronawirusie bardzo pobieżnie – i tak przecież nie mam na to wpływu, a stresu mniej.

Na zakończenie sprawa najważniejsza: więcej się modlę. Więcej też się modlimy jako wspólnota. Często jestem tak zmęczony, że przychodzę na wieczorną adorację i zasypiam, ale i tak jestem przecież wtedy przy Panu Bogu. I wiem, doświadczam, że On jest przy mnie, przy nas wszystkich. To powoduje, że lęk i niepokój się zmniejsza, że wszystko nabiera prawdziwej, Bożej perspektywy.

Irenka i Jerzy:
„On jest przy mnie, przy nas wszystkich” mówi ojciec Michał. W jaki sposób? Czasem Pan Bóg daje znać o swojej obecności bezpośrednio, głosem który słychać w głębi duszy, głosem sumienia, a w sposób bardzo szczególny przez Pismo Święte. Pokazuje nam różne drogowskazy, które nie są tylko pięknymi hasłami, ani górnolotnymi myślami, ale są dla nas tu i teraz, kiedy „siedzimy na kupie” i kiedy „wszystko się rozsypało”.

Do mnie, jako pierwsze w nowej sytuacji dotarły słowa z listu św. Pawła do Kolosan: „Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele”. (Kol 3,12-15). To właśnie o tym, w jaki sposób przezwyciężać trudne uczucia, cisnące się na język oskarżenia, agresję i chęć zamordowania współmałżonka, a przynajmniej wyrzucenia go z domu. Tak, poradzenie sobie z trudnymi uczuciami nie jest łatwe, ale nie ma innej lepszej drogi! Jeszcze raz podkreślamy: nazwać je. Powiedzieć sobie: tak, to są emocje, ale to są tylko moje emocje i moje emocjonalne reakcje na to, ż co emocjonalnie wypowiedziała żona, czy mąż. Ale prawda o naszych relacjach nie leży w emocjach, tylko w „znoszeniu siebie w cierpliwości i wybaczając sobie wzajemnie”.
A kolejne słowa, jakie Pan Bóg podpowiada tym razem przez List do Tesaloniczan, to: „Nie potrzeba wam, bracia, pisać o czasach i chwilach, sami bowiem dokładnie wiecie, że dzień Pański przyjdzie tak jak złodziej w nocy. Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie umkną. Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności. Nie śpijmy przeto jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi. (1 Tes 5, 1-6.9-11). Czyż to nie „Dzień Pański przyszedł?” Troszkę nas to zaskoczyło. Ale jeśli nie jesteśmy „synami ciemności”, to… czuwajmy i bądźmy trzeźwi. A w związku z tym „Idźmy z radością na spotkanie Pana” (Ps 122). Wtedy, kiedy On nas wezwie.

Każdy z was może znaleźć w Piśmie Świętym i inne słowa, które go podniosą na duchu i będą znakiem tego, że Pan Bóg jest przy was.

Pytania:
1. Jakie uczucia wywołuje we mnie aktualna sytuacja w naszym domu?
2. Jakie uczucia wywołują we mnie nasze relacje w aktualnej sytuacji?
3. O jakich zaspokojonych i niezaspokojonych potrzebach sygnalizują mi te uczucia?
4. Jakie przeżywam/przeżywamy trudności w naszym dialogu?
5. Co mogę zrobić, żeby poprawić nasze funkcjonowanie w aktualnych warunkach?
6. Jak przeżywam/przeżywamy zawierzenie Panu Bogu w tej sytuacji?

Najpierw sami odpowiedzcie sobie na te pytania. A potem porozmawiajcie ze sobą, albo po prostu przytulcie się do siebie i pocałujcie. W tej refleksji, warto pamiętać o naczelnych zasadach, które promujemy w Spotkaniach Małżeńskich: aby pełniej spotkać się ze sobą, trzeba bardziej słuchać, niż mówić, rozumieć niż oceniać, dzielić się sobą niż dyskutować, a nade wszystko przebaczać.

Życzymy Wam dobrego czasu w dialogu z samym sobą, ze sobą nawzajem i z Panem Bogiem.

Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.