Drukuj Powrót do artykułu

Nie siedział w kapciach – o działalności charytatywnej ks. prałata Jankowskiego

16 lipca 2010 | 16:08 | Alina Petrowa-Wasilewicz Ⓒ Ⓟ

Legendarny duszpasterz Stoczni Gdańskiej, znany później także z kontrowersyjnych wypowiedzi i projektów biznesowych ks. prałat Henryk Jankowski, który zmarł 12 lipca, jest mało znany opinii publicznej jako działacz charytatywny. Fundator bursztynowego ołtarza w kościele św. Brygidy, który wcześniej go odbudował, bursztynowej sukienki częstochowskiej Madonny, pomagał tysiącom anonimowych osób, proszących o pomoc w leczeniu, opłaceniu kosztownej operacji czy leków.

To jemu młodzi ludzie zawdzięczają operacje plastyczne po pożarze na koncercie w Hali Stoczni Gdańskiej w 1994 r., on ufundował dziesiątki szpitalnych i więziennych kaplic na Pomorzu, pomagał proboszczom w wiejskich parafiach w przeprowadzeniu remontów. – Dla mnie jest wzorem wielkiej ofiarności – mówi KAI ks. Krzysztof Sagan, proboszcz parafii Leźno, który od szóstego roku życia był ministrantem w parafii św. Brygidy, a później pracował w niej jako wikary. – Najbardziej w nim podziwiam to, że choć przez jego ręce przepłynęły ogromne sumy pieniędzy na rozmaite działania pomocowe, czy na budowę różnych obiektów, to o siebie nie zadbał, a dbał o innych – dodaje.

Nie siedział w kapciach

– Nie był intelektualistą, który siedzi przy biurku. Zawsze był człowiekiem aktywnym, to nie był człowiek, który chodzi po domu w kapciach i przystawia pieczątki – mówi ks. Krzysztof Czaja, który przez 12 lat był wikarym w kościele pw. św. Brygidy. – Wsiadał w samochód, jechał i załatwiał sprawy od ręki z konkretnymi osobami i instytucjami.

Lista dzieł charytatywnych, których dokonał ks. Jankowski jest imponująca. Jednym z pierwszych było odbudowanie bardzo zniszczonego w czasie wojny kościoła św. Brygidy, który popadał w ruinę po jej zakończeniu i którego był proboszczem ponad trzy dekady. To on zdecydował, że w kościele będzie bursztynowy ołtarz – projekt gdańskiego artysty Mariusza Drapikowskiego, wykonany ze srebra i stali, pokryty ważącymi 2,5 tony bursztynowymi płytkami.

Ukochaną ideą, którą z powodzeniem zrealizował było sprowadzenie Zakonu Brygidek do Polski po latach nieobecności. To on pomógł w remoncie ich siedziby, a także w budowie Centrum Ekumenicznego. Wspomagał dziesiątki remontów kościołów i kaplic w całym regionie – zarówno kościoła św. Mateusza w Stargardzie Gdańskim, w którym został ochrzczony, świątyni w Swarożynie, jak również Seminarium Duchownego w Pelplinie oraz katedry. To dzięki jego przedsiębiorczości wokół gotyckiej świątyni zostały wzniesione rusztowania.

– Ufundował na Pomorzu wiele kaplic szpitalnych lub znalazł do tego sponsorów – mówi ks. Sagan. – Bardzo dbał o kaplice szpitalne i więzienne. Gdy był w szpitalu, zamiast leżeć, zastanawiał się, co wyremontować, jak zorganizować kaplicę, bo uważał, że chorzy powinni zawsze mieć do niej dostęp. Nie rozmawiało się o tym – Prałat przyszedł, dał, zostawił, poszedł – wspomina duchowny.

Realizacja zarówno spektakularnych projektów, jak i mało znanych inicjatyw nie byłaby możliwa, gdyby nie liczne kontakty, nawiązane po strajku w Stoczni Gdańskiej, a później stłumieniu ruchu związkowego w 1981 r., gdy plebania św. Brygidy stała się, jak o niej mówiono, ambasadą niepodległej Polski. Do gdańskiego kościoła przybywali możni tego świata, wielu z nich przekazywało nieraz pokaźne sumy na dzieła charytatywne i związkowe. „Najbardziej w nim podziwiam to, że choć przez jego ręce przepłynęły ogromne sumy pieniędzy na rozmaite działania pomocowe, czy na budowę różnych obiektów, to Prałat o siebie nie zadbał, a dbał o innych” – mówi ks. Sagan.

Inni byli najważniejsi

Rano odprawiał Mszę św., jadł śniadanie, miał sekretarza i sekretarki, rozdzielał zadania, miał kierowcę, który podjeżdżał i wsiadał w samochód i jechał załatwiać – mówi ks. Czaja.

Ks. Sagan podziwiał w swoim byłym przełożonym niezwykłą wrażliwość na konkretnego człowieka, który przychodził z prośbą o pomoc. „Prałat zawsze traktował ludzi jakby byli najważniejsi. Jeżeli nie mógł bezpośrednio pomóc, wyciągał telefon, mówił, gdzie trzeba zadzwonić i co załatwić” – podkreśla.

Ks. Czaja przypomina sobie zapłakanych rodziców, którzy przyszli błagać o pomoc w załatwieniu ich dziecku kosztownej operacji w Niemczech. Prałat załatwił tę operację. Gdy wikarzy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o rodzicach, okazało się, że nawet nie zna ich nazwiska.

Kiedyś przyszedł ktoś prosić go o pieniądze na operację, a on nie miał przy sobie pieniędzy. Powiedział, że nie ma problemu i ofiarował bardzo cenny przedmiot, którego wartość pokryłaby wielokrotnie koszty operacji – opowiada ks. Sagan.

– Byłem świadkiem, jak dostaje samochód i natychmiast przekazuje kluczyki – wspomina jego były wikary. Samochody otrzymywały placówki wychowawcze czy zakłady opieki zdrowotnej. To on dostał w prezencie i potem przekazał karetkę pogotowia jednemu z trójmiejskich szpitali.

Pomoc na wielką skalę – rozdawanie żywności, leków, odzieży – zaczęła się po wprowadzeniu stanu wojennego. Jego były wikary wspomina, jak rozwoził dary – do konkretnych osób, szpitali, do Domu Małego Dziecka w Oliwie, który funkcjonował w miarę normalnie dzięki pomocy Prałata. A były to czasy, w których kupno mydła czy proszku do prania były problemem.

Pomagał w sprawach zwyczajnych, ale szczególnie gdy działy się rzeczy tragiczne. „Po pożarze w Hali Stoczni w krótkim czasie zorganizował sporą ilość skóry do przeszczepów, którą sprowadził ze Stanów Zjednoczonych, co było w tamtym momencie niemal cudem, ale on miał przyjaciół w Ameryce i nie szczędził sił ani środków, żeby pomóc” – wspomina ks. Czaja.

Obecna minister edukacji Katarzyna Hall opowiada w jednym z wywiadów, że to dzięki jego inwencji założyła prywatną szkołę po 1989 r. Prałat poradził jej, jak to załatwić i wskazał budynek, który nadawał się na ten cel.

„Miał pozycję znanego człowieka w Polsce, Europie i na świecie, znał się z wieloma wpływowymi ludźmi ze świata polityki i biznesu. Zdarzało się, że ci ludzie sami przyjeżdżali i mówili, że chcą pomóc, przekazywali lekarstwa, odzież, słodycze i Prałat to rozdzielał aż po Starogard czy Warszawę” – mówi ks. Czaja. – I organizacyjnie był sprawny nad wyraz – stwierdza z głębokim przekonaniem ks. Sagan.

Jego byli współpracownicy komentują też sprawy trudne. „Owszem, lubił otaczać się tym, co jest piękne, co jest na wysokim poziomie artystycznym czy dobrej jakości, natomiast otaczanie się tym nie oznacza, że mam to na własność, że to jest moje” – uważa ks. Sagan.

„Krążyły o legendy o jego bogactwie, a Prałat nie tyle był bogaty, ile żył spektakularnie. Media przedstawiały to jako bogactwo – opowiada jego były współpracownik, ks. Czaja.

Zapewnia, że wprowadzenie na rynek wina Monsignore nie było pomysłem Prałata. – Ktoś rzucił pomysł, że to się uda, ale nie wiem, czy naprawdę na tym zarobił. Miał takich pseudoprzyjaciół, którzy się wokół niego kręcili i budowali na tym swoją karierę, wykorzystując jego kontakty i nazwisko. Oni swoje osiągnęli i się upłynniali, a on za to płacił.

Cokolwiek się jednak działo, był lojalny wobec swoich przełożonych. Gdy w 2004 r. został usunięty z parafii i pod plebanią zbierali się protestujący, mówił do swoich wikarych: Pamiętajcie, komu ślubowaliście posłuszeństwo. „Nawet jeżeli mieli różne zdania na pewne sprawy, potrafili się porozumieć, a Prałat potrafił przyjąć decyzję biskupa”.

Zadecydowała grudniowa tragedia

Ks. Czaja jest zdania, że o jego determinacji w niesieniu pomocy zadecydowała tragedia w grudniu 1970 r. Strasznie ją przeżył. Dziesięć lat później bez wahania poszedł do Stoczni, żeby odprawić Mszę św. dla uczestników strajku. Gdy 17 sierpnia odprawił Eucharystię, w protestujących wstąpiła otucha. Przestali się bać. Wcześniej spisał testament – nie miał pewności, czy w ogóle wróci.

Tej służbie pozostał wierny do końca. Jeden z księży z diecezji potwierdza, że nie zostawił żadnego majątku. – Trzeba ominąć jego błędy i wybrać to, co najlepsze, przechować to, co było dobre – mówi ks. Czaja. Prałat nie zadbał o siebie i to będzie dla niego nagrodą na przyszłość, na wieki, bo Pan Jezus powiedział, że jak będziemy gromadzić skarby na ziemi, może już nic nie zostać dla nas w niebie – mówi z przekonaniem ks. Sagan.

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.