Drukuj Powrót do artykułu

O. Maciej Zięba: Nie zmarnujmy potencjału Jana Pawła II

16.10.2018 , mp / mip, Warszawa Ⓒ ℗

Sample Fot. MIROSLAW PIESLAK/East News

Bardzo nam dziś w Kościele potrzeba tego dynamizmu i tego otwarcia, którego przykładem był św. Jan Paweł II – mówi KAI o. Maciej Zięba OP. „Musi ono płynąć z doświadczenia wiary, z permanentnej formacji oraz z przeżycia wspólnoty wiary” – dodaje.

KAI: Dziś 40. Rocznica wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Przez 27 lat jego nauczanie było swego rodzaju busolą dla Kościoła w Polsce. Na ile – w 13 lat po śmierci Papieża – dzisiejszy Kościół w Polsce jest „Kościołem Jana Pawła II”?

O. Maciej Zięba OP: Jan Paweł II proponował wizję Kościoła, który żyje pomiędzy ekstremami „dostosowania się” i „sztywności”. Nazywam to „samoświadomością Kościoła otwartego”. Jest to Kościół głęboko świadomy posiadanego depozytu wiary oraz swej misji, tego, że niekiedy ma być „znakiem sprzeciwu”, ale który wychodzi na zewnątrz do świata i podejmuje z nim dialog, a nie przyjmuje postawę obronną.

Kościół nigdy, nawet w najbardziej niebezpiecznych czasach prześladowań, nie formułował filozofii „oblężonej twierdzy”. Jezus mówił do apostołów, tych niedouczonych chłopaków, którzy żyli w Galilei, a dla których Jerozolima była krańcem świata: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię! No i poszli do Aten, Koryntu i Rzymu. A potem dalej i dalej!

I tego dynamizmu, tego otwarcia bardzo nam dziś w Kościele potrzeba. Musi ono płynąć z doświadczenia wiary, z permanentnej formacji oraz z doświadczenia wspólnoty wiary. Potrzebujemy wyjścia na zewnątrz: na współczesne areopagi, wszędzie tam, gdzie tworzy się kulturę, ekonomię i politykę. Potrzebna jest więc modlitwa, sakramenty i płynący z nich dynamizm, potrzebni są rozmodleni i aktywni, twórczy chrześcijanie.

KAI: Czy zdaniem Ojca proroctwo Jana Pawła II: „Nie zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi” już się wypełniło, skoro Polska na nowo odzyskała wolność?

– Pan Jezus nie mówi: „Nawróć się i uwierz w Ewangelię”, tylko mówi „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Nawrócenie nie dokonuje się raz – trzeba je odnawiać stale. Po 1989 r. ja też myślałem, że ta modlitwa Jana Pawła II już się spełniła. Miałem poczucie, że odrobiliśmy historyczne zadanie i będzie świetnie, że wreszcie możemy pojechać na zasłużone wakacje. Ale okazuje się, że wcale świetnie nie jest, a niektóre problemy zdają się być jeszcze poważniejsze.

KAI: A co dziś jest „nieświetnie”? Na jakie główne problemy trzeba dziś w Polsce odpowiedzieć?

– Odwołam się na przykład do hasła drugiej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski: „Pokój Tobie Polsko – ojczyzno moja”. Polsce jest potrzebny dziś pokój wewnętrzny: pokój w naszych rodzinach i pokój w naszym społeczeństwie. Widzimy jego ogromny deficyt. Nieufność i wrogość głęboko deformują nasze chrześcijaństwo, czynią nas niewiarygodnymi świadkami Ewangelii, ale niosą też gigantyczne – choć niepoliczalne – koszty społeczne. Nieufność i wrogość obniżają bowiem możliwości współpracy – począwszy od rodzin przez zakłady pracy, wioski i miasta w których żyjemy, aż po centralne instytucje; zabijają solidarność, niszczą innowacyjność. Mnóstwo społecznej energii idzie na bezsensowną asekurację i bezsensowną walkę.

Pojednanie polsko-polskie wydaje się jednym z najważniejszych zadań. Dla Kościoła – bo nie ma Ewangelii bez pojednania i dla Polski – bo czasy idą trudne. Dlatego Jan Paweł II przestrzegał nas przypominając samoniszczące działania naszych przodków „w saskich czasach, które wiemy, jaki miały finał”.

Żadna inna postać i żadne inne nauczanie nie jest w stanie tak szeroko nas zjednoczyć jak postać Jana Pawła II.

KAI: Czy można powiedzieć, że Polacy w dużej mierze zapomnieli nauczanie Jana Pawła II?

– Generalnie tak, choć wynika to nie tyle z braku pamięci czy ze złej woli, lecz ze zmiany generacji. Mieliliśmy wrażenie, że pewne pojęcia się utrwaliły, że pewne rzeczy zostały przerobione. Weźmy choćby problem relacji nauki i wiary, wyjaśniany przez Jana Pawła II w encyklice „Fides et ratio”. Tymczasem nowa generacja ma wciąż z tym problemy. Okazuje się, że najważniejsze prawdy trzeba wciąż powtarzać. A chodzi o prawdy najważniejsze: te życiodajne i ewangeliczne. Mentalność młodzieży zmienia się szalenie szybko. Kiedyś, gdy człowiek umierał, do tego co pozostawił podchodziło się z wielkim pietyzmem – dziedziczyło się księgi oraz sprzęty. Dziś wszystko co jest starsze, wyrzuca się jako rupiecie, a nie pielęgnuje.

Ale jednocześnie widzimy, jak – niezależnie od tych gwałtownych przemian – młodzi wciąż potrzebują autorytetów. Najlepszym dowodem są Światowe Dni Młodzieży. Choć Jan Paweł II był już stary i mówił do młodych trudne, wymagające rzeczy, oni bardzo go potrzebowali jako ojca i autorytetu. Te miliony dzieciaków widziały, że on ich naprawdę kocha i to zmieniało ich serca. Jeśli będziemy mówili językiem miłości, trafimy do młodych każdej generacji. Ogromnie dużo winno się dziać także w przestrzeni wirtualnej. Poprzez sieci można dotrzeć do młodzieży indyferentnej w sensie wiary.

KAI: Na przykład?

– Zaczyna się dziać coś złego z naszą religijnością. W dużym kryzysie jest spowiedź. Dokonuje się jej „psychologizowanie”, często dziś spowiadamy się nie z grzechów ale z problemów, dylematów, emocji czy trudności. A niemniej często pojawia się „demonizowanie”. Ludzie przestają się spowiadać ze złych czynów, a mówią o złych mocach czy o szatanie, które przymusiły ich do złego przez przedmioty, które posiadali, muzykę której słuchali, czy winy ich przodków. Zanika człowiek z jego wolną wolą, podmiot, który grzeszy i jest za ten grzech odpowiedzialny.

Odnowy wymaga także rozumienie sakramentu Eucharystii. Co prawda uczestniczy w niej co tydzień ok. 40 % Polaków, ale brakuje przeżywania Eucharystii w sposób głębszy – wspólnotowy. Eucharystia tworzy „communnio”, „koinonia” – głęboką wspólnotę. Jeśli przyjmuję komunię św. to mam być człowiekiem komunii. To nie jest tylko moja komunia z Panem Jezusem, ale też akt tworzący komunię między Jego wyznawcami. I to komunię niesłychanie głęboką. Przecież Pan Jezus nie powiedział: „Bierz i jedz”, ale „bierzcie i jedzcie” – jako wspólnota. Dlatego Dzieje Apostolskie choć często piszą o sporach, a nawet kłótniach wśród Apostołów, to zawsze są oni świadomi swojej fundamentalnej jedności w Chrystusie. A u nas w Polsce są „dobrzy” papieże i papieże „niedobrzy”, „dobrzy” i „niedobrzy” biskupi i księża, „prawdziwi katolicy” – to moja grupa i „fałszywi” – to ci inni.

Innym problemem jest coraz częstsze mieszanie nacjonalizmu z wiarą i wtedy zamiast chrześcijańskiego patriotyzmu otrzymujemy jakiś fałszywy teologicznie polski mesjanizm.

Wciąż pamiętam okres tzw. karnawału „Solidarności”, bez żadnego mesjanizmu, wydobył on z prawie całego społeczeństwa olbrzymie pokłady dobrej energii. Owszem wtedy też rywalizowaliśmy, kłóciliśmy się, niekiedy nawet żarliśmy się pomiędzy sobą, ale jednak byliśmy wspólnotą – te miliony zwykłych „zjadaczy chleba” robiło mnóstwo dobrych rzeczy. Jestem pewien, że takie pokłady dobrej energii są i dziś, ale nikt ich nie uruchamia. Kiedy patrzę na młodą generację Polaków, widzę mnóstwo świetnych ludzi. Jednak gdy zabrakło Jana Pawła II, nie mamy katalizatora, który byłby w stanie wyzwalać tą energię na zewnątrz.

KAI: Jednym z haseł Papieża, o którym mówił podczas kazania na Gdańskiej Zaspie, były Pawłowe słowa: „Jedni drugich brzemiona noście”. Chyba nie bardzo chcemy je nosić…

– To tylko dowód na potrzebę powrotu do tych idei. Serce mnie boli, kiedy widzę jak trwonimy dziedzictwo „Solidarności”. Tymczasem Jan Paweł II potrafił rozmawiać nawet z przedstawicielami obozu (post)komunistycznego i odnosił się do nich z szacunkiem.

A to dlatego, że szanował godność każdego człowieka. Na kogoś, kto kiedyś był kolaborantem, nie patrzył wyłącznie poprzez pryzmat tej kolaboracji ale traktował go jako „dziecko Boże”.

Jakże brak nam dzisiaj tego chrześcijańskiego spojrzenia na człowieka, nawet jeśli on błądził. „Solidarność”, która była ukochanym dzieckiem Papieża, była przykładem chrześcijańskiego „inkorporowania w życie społeczne” ludzi nieraz nawet od Kościoła odległych. Było to wprowadzanie społecznego nauczania Kościoła w otaczającą rzeczywistość.

KAI: Jednak ta dawna Solidarność nie wytrzymała próby wolności?

– To smutne, ale nie jest to największy problem. Większy problem z tym, co się stało z duchem „Solidarności”. „Solidarność” przecież nie była – jak się dzisiaj uważa – ruchem antykomunistycznym. Będąc w opozycji do systemu, chcieliśmy przede wszystkim zbudować coś pozytywnego, budować na poszanowaniu godności każdego człowieka. A jeśli ktoś z tamtego obozu np. sekretarz PZPR Fiszbach był nam przychylny, to myśmy się z tego cieszyli. Tak przecież działa chrześcijaństwo. „Solidarność” była ruchem chrześcijańskim, ale otwartym także na niechrześcijan.

A próba wolności? Wszystkie takie wielkie ruchy społeczne mają na etapie założycielskim ważne moralne idee i wokół nich się jednoczą się ludzie – bardzo się między sobą różniący. W XX wieku byliśmy świadkami trzech takich pięknych masowych ruchów: Mahatmy Gandhiego „Quit India!”, Ruchu Praw Człowieka Martina Luthera Kinga oraz „Solidarności”. I żaden z nich nie wytrzymał próby sukcesu. W momencie kiedy odnosiły zwycięstwo, zaczynał się proces erozji. Uruchamiała się logika coraz silniejszych podziałów. Niestety, wszyscy jesteśmy po grzechu pierworodnym.

Właśnie dlatego stale trzeba odnawiać oblicze ziemi. Tej ziemi!

KAI: Dziękuję za rozmowę

Fot. MIROSLAW PIESLAK/East News

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.