Drukuj Powrót do artykułu

Piotr Żyłka: zostawić przezroczysty ślad

22 lipca 2014 | 10:26 | rozmawiał Przemysław Radzyński / am Ⓒ Ⓟ

„Kiedy słyszę, że wykorzystuję media społecznościowe do głoszenia Dobrej Nowiny, to się bardzo cieszę, bo ja to właśnie chcę robić – chcę głosić, że jest Chrystus, który oddał za nas życia, że jest Dobra Nowina i to wszystko jest za darmo” – mówi w rozmowie z KAI Piotr Żyłka.

Redaktor i felietonista portalu Deon.pl, twórca projektu FaceBóg i papieskiego profilu Franciszek na Facebooku jest tegorocznym laureat dziennikarskiej nagrody „Ślad” im. bp. Jana Chrapka.

Publikujemy treść rozmowy:

KAI: Piotr Żyłka. Rocznik 1986. W mediach od pięciu lat.

– Jako student prowadzący hobbystycznie bloga, nie mając zielonego pojęcia o dziennikarstwie zapukałem do drzwi przy ul. Kopernika 26, gdzie tworzył się Deon.pl. Nic nie umiałem. Ta przygoda zaczęła się tylko dzięki Darkowi Kobuckiemu, ówczesnemu naczelnemu, który po godzinach pracy siedział nad moimi tekstami. Myślę, że Pan Bóg musiał to sobie zaplanować i z niczego zrobił coś.

KAI: Czy to nie za wcześnie na nagrodę „Ślad”?

– Od samego początku staram się podchodzić do tej nagrody jako do zobowiązania. To zachęta do rozwoju, do zaproszenia innych ludzi – niech się dzieją dobre rzeczy dla Kościoła. Prywatnie to dla mnie zamknięcie pewnego etapu w życiu. Szukałem swojego miejsca w Kościele i Kościół potwierdził, że jestem w dobrym miejscu.

KAI:Jakie znaczenie ma to, że dostałeś nagrodę – po raz pierwszy w jej historii przyznaną ex aequo – z ks. Janem Kaczkowskim?

– Zawodowo jest to dla mnie spełnienie marzeń. Gdy usłyszałem o nim pierwszy raz, po wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, to mnie sponiewierało. Zacząłem szukać informacji o nim. Później była książka „Szału nie ma, jest rak”, zrobiłem z nim wywiad, poznawałem go coraz lepiej i coraz bardziej byłem zachwycony tym, jak ten człowiek żyje. Mimo choroby i trudności, które go dotykają potrafi być optymistą i tym optymizmem zarażać innych. A do tego robi niesamowite rzeczy – dzieli się z ludźmi Dobrą Nowiną, prowadzi hospicjum i uczy innych przeżywać cierpienie. Już sam fakt, że będę mógł kiedyś swoim dzieciom powiedzieć, że byłem nominowany z takim człowiekiem, był powyżej moich marzeń. Nie chcę deprecjonować nagrody, ale największym jej bonusem była dla mnie możliwość poznania prywatnie ks. Jana, zjedzenie z nim obiadu, wspólne żartowanie. To była wisienka na torcie, a właściwie sam tort a nie wisienka.

KAI: Patronem nagrody „Ślad” jest bp Jan Chrapek.

– Jak zacząłem wchodzić w Kościół to parę razy obiło mi się o uszy jego nazwisko. Wiedziałem, że był pasterzem, który żył blisko ludzi, że współpracował z mediami i to potrafił. Nie znałem go za dobrze, ale zapadła mi w pamięć jedna myśl z jego wywiadu-rzeki „Świat, zbawienie i… telewizja”. Zwraca tam uwagę, że prawdziwe spotkanie człowieka z człowiekiem czy człowieka z Bogiem nie wydarzy się w mediach. Swoją pracą staram się przez media sprowadzać ludzi do Pana Boga. Dzięki bp. Chrapkowi wiem, że to jest tylko portal, a prawdziwe spotkanie musi się wydarzyć w realnym świecie. To mi zostało z bp. Chrapka. Dość mocno wpłynął na zdefiniowanie tego, jak patrzę na moją pracę.

KAI: Czy bp Chrapek znalazł się na jakiejś grafice FaceBoga?

– To było ze dwa lata temu, czyli zanim dostałem nagrodę jego imienia (śmiech). Znalazłem w sieci jakieś fajne jego myśli i od razu przygotowałem grafiki na cały tydzień. Są dowody na to, że już wcześniej się nim interesowałem i go promowałem.

KAI: A znałeś wcześniej myśl towarzyszącą nagrodzie: „Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały cię”?

– Dopóki nie dostałem zaproszenia, na którym był ten cytat, to go nie słyszałem…

KAI: Jesteś laureatem tej nagrody. To znaczy, że już zostawiłeś taki ślad?

Nie wiem. Widocznie kapituła tak uznała. Dla mnie to bardziej wyzwanie, by taki ślad prowadzący ludzi do Pana Boga dopiero po sobie zostawić.

KAI: A czy FaceBóg nie jest takim śladem?

– FaceBoga by nie było, gdyby nie Pan Bóg. Jasne, że ten projekt jest naznaczony moim stylem, moim sposobem myślenia i doświadczania Pana Boga, ale ludzie tam nie przychodzą dla Piotra Żyłki; tam przychodzą ludzie spragnieni Pana Boga. Jeśli FaceBóg jest czyimś śladem, to jest to ślad Pana Boga. Wierzę, że On mnie do tego wykorzystuje. Pan Bóg do mnie dotarł, poznałem Go, zachwyciłem się Nim, a On zechciał mnie wykorzystać do tego, żebym docierał z prawdą o Nim do innych ludzi. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że chce być przeźroczysta, by jej działanie nie przesłaniało Pana Boga. Mam podobne marzenie – nie chciałbym zasłaniać Pana Boga sobą. Chciałbym zostawić po sobie ślad, ale żeby to był przeźroczysty ślad, który nie będzie zasłaniał Pana Boga.

KAI: Mówisz o swoim doświadczeniu Pana Boga. Jak i gdzie ono się dokonywało?

– To był proces. W liceum przerwałem naukę i wyjechałem na ponad pół roku do Taizé. Tam doświadczyłem, że Jezus oddał za mnie wszystko. Później „przez przypadek” trafiłem na pielgrzymkę dominikańską i zacząłem wchodzić w ich duszpasterstwo. Ojcowie Dudzik i Szustak uczyli mnie szukać Pana Boga. Ostateczne zachwycenie się Panem Bogiem przyszło we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym. To mnie tak rozpaliło, że nie da się tego teraz zgasić. Dzięki tej wspólnocie odkrywałem też swoje powołanie. To tam przekonałem się, że nie ma innego życia, niż to dla Pana Boga.

KAI: Uzasadnienie dla Twojego wyróżnienia brzmiało: „za znakomite wyczucie nowych mediów, zwłaszcza internetowych portali społecznościowych, oraz umiejętne korzystanie z nich dla głoszenia Dobrej Nowiny”. Zgadzasz się z tym?

– Staram się to robić. Jak zaczynałem pracować dla jezuitów, to usłyszałem słowa wypowiedziane przez jednego z byłych generałów zakonu Pedro Aruppe, że „Ewangelię powinniśmy sprzedawać jak coca-colę”. Niektórzy się oburzają na to porównanie. Marketing tej marki jest prosty: „macie pragnienie, a my mamy coś, co wasze pragnienie zaspokoi” (chociaż coca-cola kiepsko zaspokaja pragnienie). Kościół ma Chrystusa i Jego Ewangelię, która zaspokaja absolutnie wszystkie pragnienia. Więcej – tylko Chrystus może zaspokoić te pragnienia. Mamy o wiele lepszy „produkt” niż coca-cola. Jeśli świat to odrzuca, to znaczy, że to my coś źle robimy. Mamy Chrystusa, czyli najlepszą drogę do wolności, do szczęścia, do życia wiecznego. Żadna korporacja tego nie ma. Kiedy słyszę, że wykorzystuję media społecznościowe do głoszenia Dobrej Nowiny, to się bardzo cieszę, bo ja to właśnie chcę robić – chcę głosić, że jest Chrystus, który oddał za nas życia, że jest Dobra Nowina i to wszystko jest za darmo.

KAI: Jaka jest Twoja diagnoza mediów katolickich w Polsce?

– Mnie interesuje głoszenie kerygmatu. To nie znaczy, że ktoś inny nie powinien zajmować się tłumaczeniem ludziom tego, o co chodzi w moralności, w grzechu, w nauce społecznej Kościoła, itd. Ale zamiast zajmować się swoją misją tracimy energię na wewnętrzne spory – Fronda krytykuje Deon za jakieś teksty, a „Tygodnik Powszechny” z kolei to, co mówi się w Radiu Maryja. Teoretyzuję, bo sam w tym czasami uczestniczę. Jeśli miałbym zmienić jedną rzecz w mediach, to byłoby właśnie to – nie psioczmy na siebie, ale róbmy swoje.

Współpraca w mediach katolickich jest coraz bardziej widoczna. Hołownia i Terlikowski, którzy jeszcze niedawno byli na dwóch biegunach teraz potrafią ze sobą rozmawiać, potrafią sobie nawzajem przyznać rację. Z młodszego pokolenia dziennikarzy mam znajomych praktycznie w każdej redakcji, z którymi dobrze mi się współpracuje. Jest nadzieja, ale potrzeba dużo więcej współpracy.

KAI: Jak widzisz rolę dziennikarzy-katolików?

– Znam kilku dziennikarzy, którzy pracują w mediach niezbyt lubianych w Kościele. Są to bardzo zaangażowani katolicy. Kilka razy pytali mnie nawet czy wypada w tych mediach pracować, czy to nie jest czasami pójście na kompromis kosztem wyznawanych wartości. Jeśli się zastanawiają, to zawsze im odradzam rezygnację z pracy w tej redakcji. Po pierwsze, widzę ile osób dzięki nim w ich środowiskach spotkało Pana Boga. Po drugie, w tych mediach pojawiają się ważne tematy, które bez nich by się tam nie pojawiły. Oni są ludźmi Kościoła, którzy są tam na misji. Te historie nie są głośne, ale na zapleczu tego medialno-celebryckiego świata dzieją się dobre rzeczy.

KAI: Jako laureat nagrody wejdziesz teraz do jej kapituły – będziesz decydował o kolejnych laureatach. Komu przyznałbyś „Ślad” już teraz?

– To jest proste – o. Adamowi Szustakowi OP. Poza tym, że jest duszpasterzem, to jest też wydarzeniem medialnym. To, co robi w sieci, mimo że sam stroni od mediów i nie udziela wywiadów, wpływa na duchowe życie wielu osób w tym kraju.

KAI: Nie udziela wywiadów, ale Tobie udzielił i to wywiadu-rzeki…

– Zajęło mi rok przekonywanie go, że warto to zrobić. Ale to nie efekt mojego wpływu na jego zmianę podejścia do mediów. To dość niekonwencjonalny projekt. Opiera się przede wszystkim na pytaniach nadesłanych przez internautów, które zbierałem przez miesiące.

KAI: To jest dla Ciebie wzór duchownego w mediach?

– Szustak bardzo dobrze potrafi wykorzystać Internet do docierania ze swoim głoszeniem do ludzi. Ale tragedią dla Kościoła stałoby się, gdyby wszyscy księża byli jak Szustak i Pawlukiewicz. Na świecie są ludzie o bardzo różnych wrażliwościach. Kościół musi odpowiadać na te wszystkie potrzeby.

KAI: FaceBóg to ponad 135 tys. użytkowników. Na czym polega jego fenomen?

– Ludzie są spragnieni czegoś więcej niż pieniądze i kariera, szukają głębiej. Po prostu szukają Pana Boga. Sukces FaceBoga pokazuje, że to, co komunikuje Kościół musi dotyczyć problemów codziennego życia. A przekaz musi być w takiej formie i takim językiem, aby poruszył ludzkie serce.

KAI:Czy Kościół w tej sferze mediów społecznościowych dobrze sobie radzi?

– Jest coraz lepiej. Z FaceBogiem ruszałem dwa lata temu. Katolickie media społecznościowe były bardzo słabe. Teraz tego jest mnóstwo – robią to instytucje, wspólnoty i świeccy, którzy po prostu czują, że chcą to robić. Niektóre rzeczy robione przez samych biskupów są naprawdę fajne. Kościół na pewno nie ignoruje mediów społecznościowych. Chociaż zawsze może być lepiej, moglibyśmy się wzajemnie od siebie uczyć.

KAI: Jak przenosić działalność Kościoła w mediach społecznościowych do realnego życia?

– To się dzieje, ludzie mi o tym piszą, że dzięki FaceBogowi czy innym projektom w sieci ludzie idą dalej – idą do kościoła.

KAI: Jakie są plany zawodowe Piotra Żyłki na najbliższe lata?

– W najbliższym czasie będę koncentrować się na tym, by to, co udało się zrobić w internecie, wykorzystać również w jezuickim wydawnictwie WAM, czyli wtłoczyć trochę świeżego powietrza i nowego zapału do najstarszego w Polsce katolickiego wydawnictwa. Chcę też dalej realizować to, co zdefiniowałem sobie, gdy tworzyłem FaceBoga – chcę, żeby tworzyło go coraz więcej środowisk. To nie ma być projekt Piotrka Żyłki – to ma być projekt Kościoła w Polsce. Podejmuję kroki, żeby to się działo. A długofalowych planów nie robię.

KAI: Nie ma takiego miejsca w życiu zawodowym, w którym chciałbyś być za dziesięć czy dwadzieścia lat?

– Za dziesięć nie. Ale za dwa lata chciałbym przywitać papieża Franciszka na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie (śmiech).

Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.