Bądź na bieżąco!

Otrzymuj najnowsze informacje wybrane specjalnie dla Ciebie.

Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej. Szczegóły na stronie www.kai.plX
Drukuj Powrót do artykułu

Pogrzeb żuru, przywoływka i bziuki – polskie zwyczaje wielkanocne

13.04.2017, Warszawa / kz, bgk, apis, kdr, rk / oprac. bd (KAI) Ⓒ ℗

Sample Fot. Piotr Tumidajski

Wiele regionów w Polsce może pochwalić się niecodziennymi i właściwymi tylko im zwyczajami dotyczącymi obchodów Wielkanocy jak chociażby kaszubskie smaganie się gałązkami jałowca, czyli „dyngowanie” czy koprzywnickie „bziuki” w diecezji sandomierskiej. Ale jest ich więcej, a niektóre przetrwały wiele dziesiątków, a nawet setki lat.

Kaszubskie dyngowanie

W Wielki Czwartek kaszubskie gospodynie rozpoczynały kulinarne przygotowania do świąt. Wypiekały więc nielukrowane baby i drożdżówki. Nie piekły zaś wielkanocnych mazurków, które w tej części kraju nie znajdowały amatorów. Również tego dnia zazwyczaj gotowano i jednokolorowo barwiono jaja, gotując je w wywarze z oziminy.

Wielki Czwartek był również dniem, w którym gospodarze rozpoczynali siew, sadzenie kwiatów i drzewek wierząc, że to zapewni im obfity zbiór. W tym dniu pasterze chodzili od domu do domu i trąbili na bazunach, ludowych instrumentach dętych. Gospodynie częstowały ich za to chlebem, a bogatsze dawały mięso. Kiedy po zmroku milkły organy i kościelne dzwony, wokół świątyń i na wiejskich drogach odzywały się drewniane terkotki, kołatki i klekotki, którymi młodzieńcy odstraszali złe moce. Hałasowano aż do Wielkiej Soboty. W przedświąteczny czwartek lub piątek Kaszubi, smagając się wzajemnie gałązkami jałowca i kłującego agrestu – zadawali sobie tzw. boże rany.

Czytaj także: Tradycje Wielkiego Tygodnia na świecie

Wielki Piątek to na Kaszubach dzień ścisłego postu, na znak miłości do Ukrzyżowanego. Najstarsi mówią, że post rozciągał się niegdyś na całe Triduum Paschalne. Dorośli ograniczali się do jednego posiłku dziennie. Unikali spożywania cukru i tłuszczu. Posiłek najczęściej składał się z chleba i czarnej kawy. Wielkosobotnie przedpołudnie, to czas na święcenie pokarmów, które później trafiały na świąteczny stół. Wielka Sobota na Kaszubach to również dzień rozpalania w piecach nowego ognia. Odpalano go od ognia poświęconego w kościołach. Niedopalone kawałki drewna z ognisk rozpalanych przed świątyniami, wierni zabierali do swoich domów, przypisując im szczególną moc. Niektórzy palili też ogień na cmentarzach, a popiół rozrzucali po polach, aby zabezpieczyć uprawy przed gradobiciem. W niektórych rejonach Kaszub na drzwiach domostw popiołem kreślono znak krzyża albo przybijano do nich kolce ciernistych krzewów. Święcona zaś tego dnia w kościołach woda miała chronić domostwo przed piorunami, a dzieci przed chorobą.

O północy w Wielką Sobotę, albo nad ranem w pierwszy dzień świąt, czyli po kaszubsku w Jastrę, mieszkańcy pomorskich wsi podążali do płynącej wody. Tam obmywali twarz i ręce. Woda, którą przynosili ze sobą do domu, jako cenne lekarstwo przechowywali cały rok. Wierzyli bowiem, że ma cudowną moc w walce z chorobami skóry i oczu.- Poranne obmycie twarzy w źródlanej wodzie ma moc leczniczą – mówi Matylda Dampc z gminy Przodkowo. – Podobno usuwa zapalenia, krosty, nie gojące się rany oraz zapewnia piękną i zdrową cerę przez cały rok. Wierzono, że skuteczność tych kąpieli można osłabić, jeśli wracając od strumyka do domu ktoś będzie rozmawiał, lub obejrzy się za siebie.

Świąteczny ranek Kaszubi witali uroczystym śniadaniem, podczas którego domownicy dzielili się święconką. Później wyruszali z sąsiedzkimi wizytami, składając sobie życzenia i obdarowując się wzajemnie jajkami. Powszechnym i znanym wśród dzieci zwyczajem wielkanocnym jest zajc, czyli zając. W pierwszy dzień świąt maluchy przygotowują koszyki lub budują z mchu w ogrodach gniazda dla zająca, aby w drugi dzień świąt odnaleźć w nich słodkie prezenty.

W niektórych rejonach Kaszub już pierwszego dnia świąt rozpoczynało się dyngowanie. Rzadko oblewano się wodą, przedkładając nad nią brzezinowe lub jałowcowe rózgi. Młodzieńcy zakradali się rankiem do chałup, a potem bez litości chłostali nogi jeszcze śpiących dziewcząt i młodych mężatek. Choć te uciekały z nieopisanym piskiem, to dziękowały chłopcom racząc ich poczęstunkiem. Im bowiem bardziej miały wychłostane nogi, tym i powodzenie większe. Pannom wróżyło to rychłe zamążpójście, starszym zaś dyngowanie jałowcem miało wypędzić reumatyzm. Dziękowały więc słodyczami i jajkami. Zwyczaj ten kultywuje dziś głównie młodzież, chodząc od domu do domu z jałowcem w ręku wołając: „Degu, degu po dwa jaja, a chto nie do, tego spraja”.

Wielkopolski pogrzeb żuru i przywoływka

Żur był podstawą wielkopostnego jadłospisu, nic więc dziwnego, że pod koniec czterdziestodniowych umartwień żegnano się z nim bez żalu, a nawet z pewną radością. W Wielkopolsce i na Kujawach powszechne było rozbijanie, palenie lub zakopywanie garnków z tą postną potrawą. Czyniono to zwykle w Wielki Czwartek robiąc przy tym niemało zamieszania i hałasu. Tłuczono garnki z żurem o progi domostw, o drzwi wejściowe albo w opłotkach, waląc w naczynie łopatą.

W niektórych częściach regionu żur wynoszono poza obręb wsi i tam zakopywano lub palono razem z różnego rodzaju odpadkami i nieczystościami. Gdzieniegdzie garnek z żurem dźwigać musiała dziewczyna, a idący za nią dopóty uderzali w naczynie kijami, dopóki się nie rozbiło. Całej operacji towarzyszyło zawodzenie, żałobne pieśni i głośne lamentacje. W niektórych wielkopolskich wsiach m.in. pod Gnieznem w Wielki Czwartek urządzano także palenie Judasza, czyli słomianej kukły ubranej w różnego typu szmaty.

Powszechnym zwyczajem, którego echa przetrwały do dziś były Boże rany. W Wielki Piątek, jeszcze przed świtaniem gospodyni brała do ręki sprężyste rózgi, albo skórzany pasek i na pamiątkę biczowania Jezusa okładała nimi wszystkich domowników od męża począwszy, a na najmłodszym dziecku skończywszy. Dla wielu kobiet była to dobra okazja do odpłacenia „chłopu” pięknym za nadobne, z czego niektóre niewiasty skwapliwie korzystały.

W Wielki Piątek rozpoczynano także kraszenie, czyli barwienie jaj. Trudniły się tym gospodynie i ich córki, prześcigając się w pomysłach i technikach zdobniczych. Wielkopolskie kraszanki nie były tak rozbudowane pod względem kolorystyki i ornamentu, jak w innych regionach Polski. Niemniej w ich przygotowanie każda gospodyni wkładała wiele serca i za punkt honoru poczytywała sobie ukraszenie mendla, czyli 15 jaj, każde w innym kolorze. W niektórych wielkopolskich wsiach praktykowano także poranne kąpiele w stawach, rowach i strumykach, co miało chronić kąpiącego się przed chorobami skórnymi.

W Wielką Sobotę święcono wielkanocne potrawy. Proboszcz jechał najpierw do dworu, a następnie udawał się do wsi, gdzie zebrane w jednym miejscu kobiety czekały na niego w milczeniu. Święcenie odbywało się zwykle w zagrodzie najbogatszego gospodarza, a na stoły wynoszono, co miano najlepszego. Po poświęceniu organista z każdego święconego wybierał po jednym jajku do przygotowanego wcześniej kosza, a gospodynie wracały do chałup powtarzając z radością: „Niedaleko Wielkanocka, tylko do niej jedna nocka”.

W Wielką Sobotę święcono także ogień i wodę. Tą ostatnią skrapiano domostwo i obejście, a później dobrze chowano, by wykorzystać ponownie w czasie kolędy po Bożym Narodzeniu. Przed wojną zdarzało się także, że gospodarz przed pierwszym siewem kropił poświęconą wodą pole, wierząc, że zabieg ten uchroni plony przed szkodnikami i zarazą.

Świętowanie zaczynano w Wielkanocną Niedzielę po Rezurekcji, którą dawniej odprawiano wczesnym rankiem. Po Mszy każdy co prędzej wskakiwał na swój wóz i popędzał konie, by jak najszybciej wrócić do domu, bo to zwiastowało wczesne ukończenie żniw. Gdy konie zastąpiono samochodami, wyścigi takie często kończyły się mniej lub bardziej poważnymi wypadkami.

Nie spieszono się za to do jadła. Wręcz przeciwnie. Zasiadano do niego z powagą i godnością, zaczynając wielkanocne śniadanie od kromki suchego chleba z solą, po której pito kawę, maczając w niej kawałki słodkiego placka. Następnie spożywano szynkę z oliwą i octem, wędlinę, jaja oraz inne świąteczne potrawy. Nie znano zwyczaju dzielenia się święconym jajkiem, zdarzało się natomiast, że na początku śniadania raczono się chrzanem.

Innym powszechnie znanym w Wielkopolsce zwyczajem była tzw. przywoływka, czyli publiczne wygłaszanie rymowanych oracji nt. dziewcząt mieszkających we wsi z dachu stodoły, słupa lub innego wysokiego obiektu. Wtedy to również obwieszczano, ile kubłów wody, która panna dostanie nazajutrz.

W Wielkanocny Poniedziałek prócz oblewania się wodą praktykowano także chodzenie po wsi z maskami zwierzęcymi niespotykane w żadnym innym regionie kraju. W orszaku z wielkim hałasem podążał dziad, baba, kominiarz i niedźwiedź. Chadzano także z kurasem, czyli sztucznym kogutem sporządzonym z drzewa lub gliny i osadzonym na kółkach.

Koprzywnickie „bziuki”

Mieszkańcy Rakowa już w Wielki Piątek wędrują do źródełka w Pągowcu, by obmyć twarz lub napić się wody ze źródełka. Ten zwyczaj kultywowany jest od wieków. Towarzyszy mu wiara, że woda ze źródełka zapewnia zdrowie i urodę przez cały rok, a także chroni przed chorobami uszu, oczu i krtani.

Do źródełka wędrują i młodzi i starzy, niektórzy z naczyniami, by zabrać wodę także dla domowników. Tradycja każe, by w drodze do cudownego źródełka nie odzywać się do spotkanych po drodze osób, a wracając z wodą nie odwracać się za siebie, gdyż wtedy moc wody byłaby nieskuteczna.

W koprzywnickim kościele pw. Matki Bożej Różańcowej strażacy ochotnicy czuwają przy Grobie Pańskim już od piątku. Tradycją jest, że Msza rezurekcyjna, rozpoczyna się w Wielką Sobotę o godz. 20.00. Atrakcją uroczystości jest „bziukanie” ognia. Strażacy wydmuchując na płonące pochodnie z ust naftę, oświetlają drogę księdzu niosącemu monstrancję. Na czele procesji wierni niosą krzyż. W procesji idą mężczyźni ze sztandarami i figurą patronki parafii, za nimi kilkudziesięcioosobowa orkiestra dęta działająca przy miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Kobiety, na chwałę Matki Boskiej Różańcowej, dźwigają ciężkie, drewniane paciorki różańca. Towarzyszą im będą salwy armatnie.

Tradycja sobotnich rezurekcji z tak zwanym „bziukaniem ognia” liczy w Koprzywnicy około stu lat. Wydmuchiwane przez strażaków ochotników słupy ognia, sięgające nawet i pięciu metrów, oświetlały drogę kapłanowi idącemu z monstrancją. Niektóre opowieści i legendy mówią, że „bziukanie” prawdopodobnie jest kontynuacją przedchrześcijańskich obrzędów, wynikających z oddawania czci płomieniom. Koprzywnicka parafia Matki Boskiej Różańcowej stoi na wzgórzu, na którym przed wiekami była pogańska świątynia, gdzie czczono ogień.

W Iwaniskach w Wielką Sobotę tuż przed północą rozlega się odgłos uderzeń w bęben, który oznacza zmartwychwstanie Chrystusa. Wielkanocny zwyczaj kultywowany w Iwaniskach jest od XIX wieku. Tradycja ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ci, którzy dostępują zaszczytu bębnienia później uczą tego swoich synów i wnuki.

W Bogorii w powiecie staszowskim od lat Zmartwychwstanie Chrystusa oznajmiają o świcie w Wielkanocną Niedzielę wystrzały przy kościele pw. Świętej Trójcy, który słynie z obrazu Matki Boskiej Pocieszenia. Historia mówi, iż w latach 1910 – 14 w Bogorii działały organizacje „Strzelca” i „Sokoła”. Dla upamiętnienia udziału bogorian w patriotycznych zrywach, kultywowany jest tutaj od 150 lat zwyczaj wielkanocnego strzelania.

Zgodnie z utartymi zasadami, strzelców winno być kilkunastu, a strzelanie odbywa się na rozkaz wydany przez komendanta trzema salwami: po wyjściu procesji z kościoła, „na podniesienie” i „na Baranek Boży”. Wystrzałom towarzyszy odgłos zabytkowych bębnów.

W Bogorii, niedaleko kościoła pw. Świętej Trójcy znajduje się źródełko z wodą, która – jak wierzą mieszkańcy – podczas Wielkiego Tygodnia ma uzdrawiające działanie. O północy nabiera się tam wodę, którą rano myje się oczy. Zwyczaj ten jest znany od wielu lat i przekazywany z pokolenia na pokolenie.

W wielkanocny poniedziałek w Rakowie jest też tradycja spacerów całymi rodzinami do lasu w pobliżu źródełka. Tam bywa organizowany piknik. Uczestnicy częstują się nawzajem w gronie znajomych zabraną z domów święconką.

Kropienie pól na Sądecczyźnie

Najważniejszym świątecznym ciastem na Sądecczyźnie są babki wielkanocne pieczone z mąki pszennej, jaj, mleka i korzennych przypraw. Do dziś niektóre gospodynie sądeckie pieką je z całym ceremoniałem: nie można wtedy trzaskać drzwiami ani powodować przeciągów, by ciasto nie opadło. Udany wypiek jest dla gospodyni powodem do dumy oraz wróżbą dostatku i pomyślności.

Nieodłącznym symbolem świąt na Sądecczyźnie są kolorowe pisanki. Jajka pokrywa się rysunkami, suszy na ciepłym wietrze i słońcu, a następnie święci razem z innymi pokarmami w Wielką Sobotę.

W koszyku w Małopolsce są chleb, sól, chrzan, babka wielkanocna, pisanki, kiełbasa, wędzonka, słonina i baranek. Pokarmy leżą w koszyku na białej serwetce, przystrojonej zielonymi gałązkami. Po powrocie z kościoła niektórzy gospodarze obchodzą domostwa i stodoły ze „święconym”, aby przyniosło błogosławieństwo i urodzaj przez cały rok.

W wielkanocny poranek po Mszach św. rodziny gromadzą się na uroczystym świątecznym śniadaniu. Ucztę poprzedza dzielenie się jajkiem i składanie życzeń. Tradycyjne sądeckie potrawy świąteczne to jaja, kiełbasa, szynki domowego wyrobu, żur gotowany na kiełbasie ze śmietaną i chrzanem, a także bigos z mięsem. W niektórych rejonach spożywa się też zupę, zwaną „święconką”. Jest to serwatka z pokrojonymi gotowymi produktami, głównie kiełbasą, szynką i wędzonką, zaprawiana śmietaną.

W Poniedziałek Wielkanocny w tarnowskich wsiach już wcześnie rano gospodarze święcą swoje pola i wtykają w zagony krzyżyki z palmy. – Ma to chronić zasiewy i ta tradycja do dziś jest żywa – podkreśla w rozmowie z KAI Danuta Cetera, kierownik Muzeum Etnograficznego w Tarnowie. Poniedziałek Wielkanocny to również dzień zabaw. Chłopcy przebrani w stroje dziadów „śmirgutnych” przez cały dzień oblewają wodą dziewczyny. Czasem nie wystarczy nawet całe wiadro: dziewczęta są wrzucane do jeziora lub rzeki. Rewanż następuje we wtorek, gdy dziewczęta polewają wodą chłopców.

Zawiązywanie dzwonów

Małgorzata Kiereś, etnograf z Wisły przypomina, że na pograniczu polsko-czesko-słowackim żywy był zwyczaj, polegający na zawiązywaniu kościelnych dzwonów. Na ulice wybiegały wtedy gromady chłopców, którzy za pomocą drewnianych grzechotek sygnalizowali, która jest godzina. Górale uważali, że od Wielkiego Czwartku nie powinno się wykonywać wielu prac domowych.

Tymczasem przez wsie małopolskiej części Podbeskidzia i na Żywiecczyźnie, w Wielki Czwartek ciągnięto niegdyś kukłę Judasza. Zwyczaj ten kultywowano w okolicach Makowa Podhalańskiego oraz Suchej Beskidzkiej. Tradycja kazała spalić kukłę zdrajcy Jezusa przy akompaniamencie hałaśliwych klekotek, poza granicami wsi. Do dziś zwyczaj ten przetrwał w Skoczowie, pod nazwą „pochód Judasza”.

Wersja do druku

Przeczytaj także

05 kwietnia 2017 15:07

Relikwie świętych małżonków Martin z Lisieux w Polsce

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.