Drukuj Powrót do artykułu

Pohulanka

16.05.2018 , marketing Ⓒ ℗

Sample

„Pohulanka”

Od Autora:

Tadeusz Konwicki  nazwał wileńską  Nowostrojkę ”bandycką dzielnicą”, do której obcemu niebezpiecznie się zapuszczać,  bo można dostać nożem.   Na czas wojny to była wręcz znakomita opinia.  Na tym drewnianym przedmieściu, które okazało się dla nas przyjazne,  my i sporo przyjaciół moich rodziców znalazło schronienie  przed łapankami i wywózkami. Stąd  można było dotrzeć nie wychodząc z lasu do Puszczy Rudnickiej,  matecznika jednej z największych armii partyzanckich w okupowanej Europie.   Wkrótce,  ojciec tam odszedł, a ja,  11-letni mężczyzna,   zacząłem chodzić – niekiedy tymi samymi leśnymi ścieżkami – od wsi do wsi jako  domokrążny handlarz, aby pomoc matce wyżywić rodzinę.

Umiłowane przez jego polskich mieszkańców Wilno  i Wileńszczyzna  były  niezwykłym kalejdoskopem kilku współżyjących ze sobą narodów, kultur, wyznań i tradycji, który wydarzenia wojenne wprawiły w zawrotne wirowanie.

Dla wielu był to taniec śmierci.

Znalazłem się w samym środku  niezwykłych wydarzeń.  Jednak gdyby nie  szereg następujących po sobie zastanawiających zbiegów okoliczności , z których pierwszy wydarzył się na kilkanaście lat przed moim urodzeniem,  ten mój „reportaż wojenny”  nigdy by nie powstał.

Osobiste archiwum wojenne teścia mojej siostry Marii ,  pułkownika Wincentego Chrząszczewskiego, ostatniego dowódcy Wileńskiego Okręgu AK i jednego z byłych dowódców legendarnego Pułku Ułanów Krechowieckich,  spadło mi „jak z nieba” już w trakcie pisania książki. Przywiózł je wnuk Marysi, Michał, który powrócił do Polski z Londynu.

M.in. dzięki takim zbiegom okoliczności  zdarzenia opisane w „Pohulance” dzieją się – jak w filmie – jednocześnie w kilku planach.

środa, 16 maja 2018 11:14

„Pohulanka” M. Ikonowicza – historyczny reportaż ze świata dzieciństwa i młodości na Kresach Przejmujący reportaż historyczny, świetnie napisane żywe wspomnienia z czasów dzieciństwa i młodości, a może też wysokiej próby szlachecka gawęda o życiu w czasach tragicznych, które unicestwiły polskie Kresy – wszystkie te określenia wydają się pasować do „Pohulanki”, najnowszej książki Mirosława Ikonowicza.

Ten polski reporter, od 65 lat korespondent i redaktor PAP, m.in. przy Watykanie, przez 25 lat relacjonował pielgrzymki Jana Pawła II i był z nim w 23 krajach. Mirosław Ikonowicz urodził się w 1931 r. w Wilnie jako syn prawnika ze znanej i szanowanej rodziny inteligenckiej. Naukę w szkole podstawowej i gimnazjum ojców jezuitów obok kościoła św. Kazimierza ukończył we wrześniu 1939 roku. Tym samym zakończyło się jego dzieciństwo. „Wojna, zwłaszcza przeżyta w dzieciństwie, nigdy już cię nie opuszcza”, ale też uczyła „życia i przetrwania” – wyznaje dziennikarz. I przez znaczącą część życia go nie opuściła. „Może dlatego ja i paru moich najbliższych przyjaciół, w tym Ryszard Kapuściński, szukaliśmy spełnienia w zawodzie, który dostarcza mocnych przeżyć. Pierwsza z moich zagranicznych przygód – korespondenta zagranicznego PAP – skończyła się po dwóch latach oficjalnym wyrzuceniem mnie ze stalinowskiej jeszcze wówczas Bułgarii. Potem były «zrewoltowana» Ameryka Łacińska, Hiszpania u schyłku frankizmu i w początkach demokracji, portugalska Rewolucja Goździków i praca korespondenta wojennego w Afryce” – wspomina Ikonowicz. Owocem tych doświadczeń były książki: „Hiszpania bez kastanietów”, „Wyspa Nadziei”, „Zawód korespondent: Wilno, Hawana, Madryt”, „Angola Express” i poświęcona jego przyjacielowi – „Hombre Kapuściński”. Po wybuchu wojny rodzina przeniosła się z centrum na podmiejską Nowostrojkę. „Tadeusz Konwicki nazwał wileńską Nowostrojkę «bandycką dzielnicą», do której obcemu niebezpiecznie było się zapuszczać, bo można było dostać nożem. Na czas wojny to była wręcz znakomita opinia. Na tym drewnianym przedmieściu, które okazało się dla nas przyjazne, my i sporo przyjaciół moich rodziców znalazło schronienie przed łapankami i wywózkami. Stąd można było dotrzeć, nie wychodząc z lasu do Puszczy Rudnickiej – matecznika jednej z największych armii partyzanckich w okupowanej Europie. Wkrótce ojciec tam odszedł, a ja, 11-letni mężczyzna, zacząłem chodzić, niekiedy tymi samymi leśnymi ścieżkami, od wsi do wsi, jako domokrążny handlarz, aby pomoc matce wyżywić rodzinę” – pisze autor książki. Mirek Ikonowicz – człowiek Kresów nie miał, jak mawiał jego ojciec, „usypiającego komfortu życia w jednej kulturze kresowego plemienia” wilniuków, podlasiaków, ludzi Podola i Polesia. Był świadkiem powolnej śmierci wieloetnicznego Wilna: Polaków, Żydów, Litwinów i Białorusinów, którzy nie zawsze darzyli się sympatią. „Umiłowane przez jego polskich mieszkańców Wilno i Wileńszczyzna były niezwykłym kalejdoskopem kilku współżyjących ze sobą narodów, kultur, wyznań i tradycji, który wydarzenia wojenne wprawiły w zawrotne wirowanie. Dla wielu był to taniec śmierci” – czytamy w książce. Ikonowicz opisuje m. in. tragiczne chwile, gdy przez miasto przechodzą wileńscy Żydzi w drodze do Ponar, gdzie rozstrzelano niemal całą żydowską społeczność miasta. Legendarną postacią rodziny Ikonowiczów był pierworodny syn babki, stryj Mikołaj, nazywany od dziecka Mikola. Ten z pozoru wątły, ale niezwykle energiczny i skuteczny kapłan na początku wojny polsko-bolszewickiej odnowił parafię w Mielniku nad Bugiem. Remontował i przebudowywał kościoły na Podlasiu, zamienione w czasach caratu na cerkwie prawosławne, wśród nich piękną świątynię w Dziadkowicach niedaleko Siemiatycz, gdzie został pierwszym proboszczem parafii katolickiej założonej po odzyskaniu niepodległości. „Przez parę lat z rzędu rodzice zostawiali mnie latem u stryja Mikoli, na starej obszernej plebanii o bardzo grubych murach, pamiętającej czasy, gdy rezydował w niej prawosławny batiuszka, a sami wyruszali w dalsze podróże” – wspomina Mirek Ikonowicz. Stryj Mikola zmarł jesienią 1937 r. w Lachowicach na południe od Baranowicz będąc księdzem dziekanem na „polskiej Białorusi”. Autor z nostalgią wspomina swoją wizytę w kościele farnym w Drohiczynie nad Bugiem w 1952 r., gdzie w przedsionku była wmurowana biała marmurowa tablica z napisem: „Księdzu Mikołajowi Ikonowiczowi, który tę świątynię po bolszewickiej nawale odbudował”. Po latach, gdy ponownie znalazł się w świątyni, tablicy już nie było. Rodzina Ikonowiczów pozostawiła swe ślady także w wielu innych świątyniach katolickich, a to dzięki drugiemu stryjowi Mirka – Władysławowi, wybitnemu pejzażyście i portreciście, którego wiele sakralnych obrazów znalazło się w kościołach diecezji pińskiej na dzisiejszej Białorusi. „Z całej grozy tego, co przeżyłem, jako nastolatek, przemierzając «za chlebem» leśne drogi i ścieżki mojej Wileńszczyzny ogarniętej wojenną pożogą, zdałem sobie w pełni sprawę dopiero jako korespondent wojenny w portugalskiej Afryce. Jednak starałem się opisywać «moją pierwszą wojnę» tak, jak ją wtedy widziałem” – pisze Mirosław Ikonowicz. Książka „Pohulanka” ukazała się nakładem wydawnictwa Blue Bird. tom (KAI) / Warszawa Katolicka Agencja Informacyjna ISSN 1426-1413; Data wydania: 16 maja 2018 Wydawca: KAI; Red. Naczelny Marcin Przeciszewski

 

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.