Drukuj Powrót do artykułu

Pół wieku z lektorami – rozmowa z ks. prałatem Wiesławem Kądzielą

12.10.2018 , Anna Wojtas (archwwa.pl), Warszawa Ⓒ ℗

Sample Fot. Archwwa.pl

Duszpasterz lektorów ks. prałat Wiesław Kądziela nieprzerwanie od 50 lat prowadzi na kursie lektorskim zajęcia z fonetyki i śpiewu liturgicznego. Przed 50. edycją kursu opowiada o jego początkach, “dziesięcinie” i współpracy z klerykami. Dzieli się też swoimi złotymi radami dla lektorów.

Anna Wojtas: W niedzielę rozpoczyna się już 50 kurs lektorski w archidiecezji warszawskiej. Ksiądz prałat ma podobno najdłuższy staż?

Ks. Wiesław Kądziela: W roku 1968 trafiłem na ten kurs jako kleryk III roku. Ks. Bogusław Bijak mnie namierzył i powierzył mi przygotowanie muzyczne chłopaków. Przewodnictwo po ks. Bijaku objąłem chyba na początku lat 90. i tak to trwa do tej pory.

AW: Jakie były początki?

– Lektorat zawsze był w Kościele. Zawsze był funkcją sprawowaną podczas liturgii. Do Soboru Watykańskiego II związany z drogą do kapłaństwa miał rangę święceń niższych – były to tzw. święcenia lektoratu.

I przyszedł Sobór Watykański II, który rozszerzył skarbiec słowa Bożego: jest więcej czytań podczas Mszy świętej. Formacja lektorska w naszej diecezji bierze swój początek z punktu 29 soborowej Konstytucji o liturgii: który mówi tak: „Ministranci, lektorzy, komentatorzy i członkowie chóru również spełniają prawdziwą funkcję liturgiczną, niech więc wykonują swój urząd z tak szczerą pobożnością i dokładnością, jak to przystoi wzniosłej posłudze i odpowiada słusznym wymaganiom ludu Bożego. Należy więc starannie wychować te osoby w duchu liturgii oraz przygotować do odpowiedniego i zgodnego z przepisami wykonywania przypadających każdemu czynności”.

Zaraz po Soborze, w 1965 roku nieżyjący już ks. Jan Szymborski zainicjował trzyletnie przygotowania starszych ministrantów. Odbywało się ono nieregularnie, w różnych miejscach Warszawy, ale zainteresowanie było duże . Po tych początkowych latach przygotowanie lektorów podjął ks. Bogusław Bijak, który był dyrektorem wydziału duszpasterstwa w kurii. Przygotowanie zostało skrócone do roku, ale odtąd spotkania odbywają się systematycznie dwa razy w miesiącu, a przypieczętowaniem jest udział w rekolekcjach.

Po raz pierwszy tak przygotowani chłopcy otrzymali święcenia lektorskie 15 maja 1969 r. w kościele Świętego Krzyża. Było ich pięćdziesięciu. Wtedy bp Bronisław Dąbrowski, który tych święceń udzielał, podczas agapy powiedział, że w Kościele jest zwyczaj składania dziesięciny. Wszyscy zastanawiali się jak ta dziesięcina ma wyglądać? – Słuchajcie – mówi, pragnąłbym, żeby pięciu z was, przynajmniej wstąpiło na drogę przygotowania do kapłaństwa. I proszę sobie wyobrazić, że pięciu akurat z tego pierwszego kursu wstąpiło do seminarium!

AW: Czym Księdzu udało się zafascynować tę liturgiczną brać?

– Kurs lektorski to zadanie bardzo wymagające i dość trudne zwłaszcza teraz, kiedy ludzie młodzi nie czytają prawie nic. Zachęcamy ich do lektur. Osobiście zachęcam do półgodzinnego głośnego czytania w domu – wszystkiego, nawet gazety, oczywiście nie zapominając o Piśmie świętym. Zawsze mówię tym chłopcom: To wam pomoże w wypowiedziach ustnych w szkole, będziecie mieli lepsze stopnie, będziecie umieli „sprzedać” swoją wiedzę a i pomoże wam w kościele przy przekazywaniu słowa Bożego, jego proklamacji.

To jest trudne zadanie bo młodzi mają wielkie trudności w poprawnej akcentacji. Niektórzy jakoś nie potrafią zaakcentować porządnie na trzeciej sylabie od końca takich słów jak Jeruzalem czy Jerozolima, czy fizyka, matematyka. W szkole nie zwraca się na to już w ogóle uwagi. Zawsze pytam na początku kursu lektorskiego: kto z was miał zwróconą uwagę na akcentację w języku polskim? Niewiele rąk się podnosi…

Zadziwiającym fenomenem jest to, że pomimo atmosfery społecznej, jaka panuje obecnie, na kurs lektorski zgłasza się bardzo wielu chętnych. W tym roku w uroczystość Chrystusa Króla promowanych do posługi będzie 160.

Oni pamiętają wiele rzeczy, przede wszystkim – entuzjazm kleryków, którzy całym sercem włączają się w przygotowanie lektorów. Zresztą wielu z pomocników kursu lektorskiego też jest po kursie lektorskim. Są zafascynowani przede wszystkim młodzieńczą energią kleryków, ich entuzjazmem ewangelicznym. I to się udziela tym chłopcom

AW: 50. edycja kursu lektorskiego będzie specjalna?

– Zastanawiamy się wszyscy nad tym, jak podkreślić ten jubileusz 50-lecia. Zamierzam zrobić spotkanie księży odpowiedzialnych, którzy przewinęli się przez przygotowanie do lektoratu tych chłopaków – planuję to na październik przyszłego roku.

AW: Każdy z ministrantów marzy o tym, żeby zostać lektorem?

– Nie, nie wszyscy. Niektórzy zdają sobie sprawę ze swoich mankamentów, że coś z wymową jest nie tak, jakaś wada wymowy tę sprawę zamyka. Czasem trzeba powiedzieć nie. Wtedy mówię: chłopcze, no trudno. Będziesz ministrantem, będziesz służył przy ołtarzu, ale tak jak się nie nadajesz do funkcji spikera w telewizji czy w radiu, tak zostaw innym czytanie słowa Bożego podczas liturgii. Ale trzeba to powiedzieć z łagodnością i miłością do funkcji, którą ten człowiek sprawuje.

AW: Pewnie dlatego ci młodzi mężczyźni cenią sobie ten kurs, a po latach mówią: to była szkoła życia?

Bardzo mi miło, że tak odbierają, chociaż ja zawsze „oskarżam” o to Pana Boga. On tutaj robi całą robotę i bardzo Mu za to dziękuję. A to, że jest tyle powołań to jest zasługa Pana Boga! A że czasem jesteśmy nieudolnymi pomocnikami – to tylko dzięki Bogu.

AW: „Dziesięcina” dla seminarium to jedno, ale też jest wielu, którzy pozakładali rodziny i wspominają, że punktualności i obowiązkowości nauczyli się na kursie lektorskim.

– Niektórzy już przysyłają na kurs swoich synów! Wiele z tych rzeczy nauczyli się podczas obozów wakacyjnych czy rekolekcji. Początkowo jeździliśmy do Łąkcicy k. Krościenka nad Dunajcem, mieszkaliśmy u górali pienińskich a codziennie na 7 rano czereda 70 chłopaków drałowała pieszo 5 km na Mszę, którą w kaplicy ruchu oazowego odprawiał ks. Franciszek Blachnicki, teraz sługa Boży.

Potem były obozy w Kościelisku, gdzie zawsze nas milicja goniła – bo to były czasy, kiedy ksiądz z młodzieżą to był „nielegalny obóz”, oczywiście mieliśmy też kłopoty.

Potem przez długie lata jeździliśmy do ośrodka rekolekcyjnego w Magdalence a teraz organizujemy rekolekcje dla lektorów w seminarium przy Krakowskim Przedmieściu. I oni bardzo sobie cenią ten tydzień odizolowania od świata.

Seminarium to miejsce szczególne, bo wśród gwaru warszawskiej ulicy tu jest spokój i cisza. Jest atmosfera tego domu, klimat klasztoru pokarmelickiego, ogród – więc oni to czują. A potem rzeczywiście wracają w swoich wspomnieniach do tego, co tu przeżyli, co było zaproponowane przez kleryków. Klerycy też się wtedy starają pokazać od jak najlepszej strony.

AW: Kiedyś lektorat to były święcenia, obecnie jest posługą. Co to znaczy?

– Termin posługa zastąpił święcenia niższe. Człowiek spełnia funkcję w liturgii i jest do niej posłany przez biskupa. Posługa dotyczy kleryków, a tutaj w odniesieniu do lektorów mówimy o promocji lektorskiej świeckich. To też jest forma posłania aczkolwiek zdarza się, że w parafiach słowo Boże czytają też ludzie, którzy nie kończyli kursu lektorskiego. Ks. Bijak nazywał ich żartobliwie „lektorami-chałupnikami”, bo nie odbyli przygotowania lektorskiego.

Sama promocja lektorska ma swój rytuał posłania. Biskup trzyma otwartą księgę, a lektorzy kładą ręce na księdze i w odpowiedzi na słowa biskupa wyrażają swoje Amen, jako wyraz swojego zaakceptowania tej posługi. I potem są dumni! Dostają znaczek lektorski, legitymację i działają.

AW: Co się składa na przygotowanie lektorskie?

– Konieczne są takie przedmioty: biblistyka – po to, żeby zapoznali się z Pismem świętym bardziej szczegółowo, ale też liturgika, fonetyka i śpiew liturgiczny. Zapraszane są też różne osoby, które mówią o życiu duchowym, o wierze – jak ona ma ukształtować życie. Widzimy, że to też przynosi owoce.

AW: Są egzaminy?

– Są! Teraz właśnie zdaje poprzedni kurs. Boją się bardzo, zwłaszcza mnie (śmiech). Na egzamin mają przygotować komentarz do czytań, mają się wykazać umiejętnością przekazania słowa Bożego.

Zawsze im powtarzam, że „najpierw sam musisz zrozumieć co czytasz (bo różnie z tym bywa), masz sam przyjąć słowo Boże i przekazać je innym. Zawsze staram się, żeby mieli kontakt wzrokowy z odbiorcą słowa Bożego. „Jak będziesz miał wlepiony wzrok w księgę liturgiczną, to choćbyś czytał najpiękniej, nic z tego nie będzie. Popatrz na ludzi czasem” – radzę im.

Egzamin jest praktyczny – czytają przy mikrofonie w kościele, potem śpiewają. Nie wszyscy mogą śpiewać. Czasem mówię: „Zostaw śpiewanie innym, zakazuję ci”. Niektórzy, nawet starsi potem mi wypominają „przecież ksiądz mi zakazał śpiewać”. I bardzo słusznie. Nie męcz siebie i nie męcz ludzi przede wszystkim.

AW: Jaką miałby Ksiądz złotą radę dla lektorów?

– Miałbym radę z listu św. Pawła: „wiara rodzi się z tego, co się słyszy”. Słuchajcie słowa Bożego i czytajcie słowo Boże. Czytajcie je przede wszystkim sobie, a potem ludziom. Jeżeli czujesz takie powołanie, żeby ludzie z twoich ust usłyszeli słowo Boże, to przyjdź i posługuj.

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.