Drukuj Powrót do artykułu

Prezentacja wywiadu-rzeki z abp. Szewczukiem

14.03.2018 , mp, tom / mip, mz, Warszawa Ⓒ ℗

Sample materiały prasowe

O swojej drodze życia, kapłańskiej służbie i wizji Kościoła i świata opowiada Krzysztofowi Tomasikowi (KAI) w wywiadzie-rzece zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, a także muzyk, medyk i przyjaciel papieża Franciszka – abp Światosław Szewczuk. Spotkanie z autorami i dyskusja na temat najnowszej publikacji “Dialog leczy rany” już w czwartek, 15 marca, o godz. 14.00. Transmisja NA ŻYWO na portalu eKAI.pl.

Spotkanie promocyjne odbędzie się w czwartek 15 marca o godz. 14.00 w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski. Tematy poruszone w książce podejmą autorzy: metropolita kijowsko-halicki abp Światosław Szewczuk i dziennikarz KAI Krzysztof Tomasik. W spotkaniu udział wezmą również udział metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz i sekretarz generalny KEP bp Artur Miziński. Promocję poprowadzi prezes KAI Marcin Przeciszewski.

Transmisja z konferencji prasowej dostępna będzie na portalu eKAI.pl oraz Facebooku Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Krzysztof Tomasik: Jaka była droga Księdza Arcybiskupa do wiary i Kościoła?

Abp Światosław Szewczuk: Do dwudziestego pierwszego roku życia wzrastałem w Związku Sowieckim, państwie ateistycznym, gdzie publicznie nie wolno było mówić o tym wszystkim, o czym człowiek myślał. Rzeczywistość domowego ogniska była zupełnie różna od tej dziejącej się na ulicy, w szkole czy w pracy. W wieku dziewięciu lat, gdy byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, zdałem sobie sprawę, że nauczycielka, mówiąc o komunistycznych ideałach, nie wierzy w to, co mówi. Pamiętam jej przestrogę, żebyśmy czasem nie powtarzali w szkole tego, o czym rozmawia się w domach, a przede wszystkim tego, co dotyczy wiary chrześcijańskiej. Zadałem sobie wtedy pytanie: dlaczego nauczycielka martwi się o sytuację w szkole, o to, żeby jej nie ukarano, a nie martwi się o nas? Jeżeli ona nie wierzy w to, co mówi, to dlaczego ja muszę wierzyć w to, co ona mówi?

[…]

 Wychowanie w wierze otrzymał Ksiądz Arcybiskup w rodzinie?

– Wiary w Boga i modlitwy nauczono mnie w rodzinie. Moim pierwszym katechetą była babcia. Nauczyła mnie modlić się i zapoznała mnie z podstawowymi prawdami wiary chrześcijańskiej. Ona głęboko wierzyła w to, co mówiła, nie tak jak moja nauczycielka. Babcia nie bała się opowiadać o swojej wierze, przekazała mi tę wiarę, a także miłość i nadzieję. Widziałem, jak moja rodzina modli się w domu, i wiem, że to było dla niej bardzo ważne. Jeszcze do końca nie  rozumiałem, o co chodzi, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że to, co mówią i robią moi bliscy, jest autentyczne, że oni naprawdę wierzą w Boga!

 W czasach komunistycznych w Związku Sowieckim jakakolwiek forma wyznawania wiary łączyła się z ryzykiem szykan i prześladowań.

– Oczywiście nie było czegoś takiego jak możliwość chodzenia do kościoła, uczestniczenia w liturgii. Nie było mowy o normalnym życiu religijnym. Praktykowanie wiary łączyło się z wielkim ryzykiem. Moja matka była nauczycielką muzyki w szkole muzycznej w Stryju, a ojciec pracował na kolei i był odpowiedzialny za łączność radiotelegraficzną. W Związku Sowieckim kolej była instytucją strategiczną o szczególnym znaczeniu militarnym, a tym samym jej pracownicy podlegali ścisłej kontroli, gdyż mieli dostęp do różnych tajnych informacji. Dlatego tak bardzo się bali posądzenia na przykład o szpiegostwo, obawiali się utraty pracy i znalezienia się w łagrze. Należało być bardzo ostrożnym. Mimo tej sytuacji odczuwałem w domu atmosferę autentyzmu, bez zakłamania i hipokryzji, które powszechnie panowały w sowieckim społeczeństwie. Także dzięki temu od młodych lat ze szczególnym zainteresowaniem przyglądałem się Kościołowi, być może również w myśl zasady, że jeśli coś jest powszechnie zabronione, to tym bardziej kusi i wzbudza ciekawość [śmiech]

[…]

 Przed kapłaństwem wybrał Ksiądz Arcybiskup muzykę?

– Tak, ukończyłem średnią szkołę muzyczną w klasie skrzypiec. Jednak za radą rodziny nie kontynuowałem studiów muzycznych, lecz podjąłem czteroletnie studia medyczne w Borysławiu. To były studia pomaturalne, według programu wojskowego, które kształciły felczerów. Po trzyipółletnich studiach zostałem powołany do Armii Czerwonej.

Co prawda, po ich ukończeniu nie musiałem iść od razu do wojska i mogłem bez egzaminów dostać się na akademię medyczną, ale moi duchowi opiekunowie z Kościoła podziemnego powiedzieli, że tak czy inaczej będę musiał iść do wojska. Obawiali się, że jeżeli władze dowiedziałyby się, iż jestem diakonem albo kapłanem, to zostałbym wyrzucony z uczelni, a to mogłoby się dla mnie źle skończyć, więzieniem albo nawet śmiercią. Bywały i takie przypadki. Przełożeni z seminarium podziemnego starali się więc w ten sposób chronić kandydata do kapłaństwa. Zalecali mu, aby odbył dwuletnią służbę wojskową i tym samym nie narażał się na ewentualne prześladowania, gdyby jednak dowiedziano się, że jest klerykiem.

Zrezygnowałem zatem z kontynuowania kariery medycznej i poszedłem do wojska. Mama była bardzo zła na mnie za tę decyzję, gdyż wtedy jeszcze toczyła się wojna w Afganistanie. Mama obawiała się, że tam trafię. Na szczęście tak się nie stało. Akurat miesiąc przed tym jak wzięto mnie do wojska, armia sowiecka wycofała się z Afganistanu. Po ukończeniu służby wojskowej w 1991 roku wróciłem do domu, ale wtedy wszystko już się zmieniło. Kościół greckokatolicki wyszedł z podziemia, działało seminarium duchowne i mogłem podjąć swoją formację kapłańską. Wszystko to było zrządzeniem Opatrzności Bożej.

Nie żal było Księdzu Arcybiskupowi porzucić muzykę?

– Nie porzuciłem muzyki. Muzyka jest ważną częścią mojej formacji i osobistej kultury. Jest dla mnie nadal sposobem przeżywania i przekazywania emocji, a ponadto dzięki niej odpoczywam. Ponieważ mam dobry słuch, czasem bardzo cierpię, kiedy słyszę w kościele, jak ktoś nieczysto śpiewa, kiedy brakuje harmonii w wykonaniu i tak dalej. Wtedy czuję się rozbity i wręcz nie mogę się modlić [śmiech]. Harmonia i piękno muzyki porządkują mój wewnętrzny świat. W muzycznej harmonii nie tylko czuję się komfortowo, ale też jest ona niezbędnym warunkiem dobrej modlitwy i budowania więzi z Bogiem. Muzyka pomaga prowadzić uporządkowane życie i budować poprawne relacje z bliźnimi.

Argentyna – pod skrzydłami kardynała Bergoglia

 To już trzecia zagraniczna misja Księdza Arcybiskupa…

Abp Ś.S.: Przeżyłem kolejny szok. Musiałem zostawić wszystko, o czym marzyłem, co dotychczas robiłem, Ukrainę, uniwersytet, seminarium, studentów, naukę. Wtedy też pojawiła się w mojej głowie myśl, że już chyba nigdy nie wrócę na Ukrainę. Zacząłem kolejny etap argentyńskiej inkulturacji, a zarazem uczenia się bycia biskupem. Zostałem biskupem pomocniczym, a potem administratorem apostolskim eparchii. Nie miałem obywatelstwa argentyńskiego, więc nie mog­łem być jej ordynariuszem. Uczyłem się też, jak być biskupem greckokatolickim w kulturze latynoamerykańskiej, zwłaszcza w społeczno-politycznej sytua­cji Argentyny. Miałem zaledwie trzydzieści osiem lat i przez rok byłem najmłodszym biskupem całego Kościoła powszechnego.

 Podlegał Ksiądz Arcybiskup kardynałowi ­Jorge Mario Bergogliowi, obecnemu papieżowi, a wtedy arcybiskupowi Buenos Aires i przewodniczącemu Konferencji Episkopatu Argentyny?

Tak, nasza eparchia podlegała arcybiskupowi Buenos Aires, a ja byłem jego sufraganem.

 Pamięta Ksiądz Arcybiskup, jak się poznaliście? Czy może znaliście się już wcześniej?

– Wcześniej się nie znaliśmy. Pamiętam, jak życzliwie mnie przyjął. Po raz pierwszy zetknąłem się z nim podczas zebrania plenarnego episkopatu i on, jako przewodniczący, przedstawił mnie wszystkim bi­skupom Argentyny. Nie zapomnę ich reakcji, gdy powiedział, że jestem z Ukrainy i mam trzydzieści osiem lat. Wszyscy patrzyli na mnie z dużym zdziwieniem, a niektórzy żartowali między sobą: „A cóż to za ministrant? Czy na pewno przystąpił już do Pierwszej Komunii Świętej?”. Tak sobie żartowali! [śmiech].

Potem naprawdę poczułem, że kardynał Bergoglio jest moim ojcem w biskupiej posłudze, tym bardziej że nie zdawałem sobie sprawy z tego, co to znaczy być biskupem, zwłaszcza w Argentynie. Otrzymałem w spadku dużo problemów, prawnych, ekonomicznych, socjalnych i tak dalej. Nie wiedziałem, jak się z nimi uporać. Ale on wziął mnie za rękę i krok po kroku, powolutku prowadził mnie jak ojciec dziecko. Nauczył mnie być biskupem. Oczywiście nie zawsze wszystko przebiegało gładko, ale jego życzliwość dodawała mi otuchy i miałem w nim prawdziwe oparcie.

 Jaką był osobowością? Jak Ksiądz Arcybiskup go wspomina?

– Był bardzo poważny. Nie uśmiechał się. Widziałem w nim człowieka cierpiącego, ale nie do końca rozumiałem, dlaczego tak cierpi. Później zorientowałem się, że był wtedy atakowany przez władze państwowe, a szczególnie przez panią prezydent Cristinę Elisabeth Fernández de Kirchner. Był nawet proces sądowy przeciwko niemu. Naprawdę cierpiał z tego powodu.

Chodziło o czas panowania junty wojskowej w Argentynie?

– Tak. Chodziło o bezpodstawne oskarżenia, gdy był prowincjałem jezuitów w Argentynie. Bardzo przeżywał te oskarżenia i cierpiał z ich powodu. Jorge Mario Bergoglio to niezwykle mądry i uduchowiony człowiek. Pamiętam, że na czas mojego pobytu w Argentynie przypadła dwusetna rocznica uzyskania przez nią niepodległości. Jednym z wydarzeń z tym związanych była Msza Święta w katedrze w Buenos Aires. Byłem wtedy w koncelebrze. Oczywiście nikt z rządu się nie pojawił. Kardynał wygłosił wtedy genialną, dziesięciominutową homilię, składającą się z pięciu punktów, po której zapadła głęboka cisza. Były to tak mocne słowa, że trafiły do nas wszystkich. Niesamowite!

Spotykaliście się nieformalnie i prywatnie?

– Oczywiście. Zapraszał mnie do siebie, kiedy miałem jakieś problemy. Ponadto dwa razy w roku spotykaliśmy się podczas zebrań plenarnych episkopatu, które trwały zazwyczaj tydzień. Lubił wtedy, siedząc przy stole podczas posiłków, prowadzić nieformalne rozmowy, żeby się o czymś dowiedzieć. Najchętniej siadaliśmy przy stole razem z biskupem Kościoła katolickiego obrządku ormiańskiego Vartánem Waldirem Boghossianem, który zawsze opowiadał jakieś żarty, a my z kardynałem Bergogliem pękaliśmy ze śmiechu.

Czy znał historię Ukraińskiego Kościoła Grec­kokatolickiego, Ukrainy?

– Bardzo interesował się naszymi dziejami. Zresztą wiele o nas wiedział już wcześniej. Znał nas, ponieważ nasz kapłan ksiądz Stefan Czmil, salezjanin, był jego nauczycielem w szkole w Buenos Aires. Kardynał osobiście opowiadał mi, jak jeszcze przed II Sobo­rem Watykańskim służył księdzu Czmilowi do Mszy Świętej w naszym obrządku. Wstawał rano, kiedy jeszcze wszyscy spali, szedł z nim do kościoła i służył do mszy w obrządku greckokatolickim. Z tamtych czasów pamięta słowa: „Sława Isusu Chrystu”, „Chrystos rażdajetsja”, „Chrystos woskres”. Tak się teraz wita z każdym, kto go odwiedza z naszego Kościoła.

Relacje polsko-ukraińskie – pojednanie czy konfrontacja

Powiedział Ksiądz Arcybiskup, że nie ma magicznych gestów i deklaracji. Ostatnią deklaracją z 2013 roku dotyczącą siedemdziesiątej rocznicy zbrodni wołyńskiej zrobiliśmy dwa kroki w przód, ale w ciągu ostatnich dwóch lat jakbyśmy się cofnęli. W Polsce tragedia wołyńska stała się przedmiotem szerokiej debaty publicznej, jednak w dużym stopniu nie w sensie historycznym, badań, ustalania nowych faktów, kontekstów zachowania pamięci, oddania czci jej ofiarom. Została upolityczniona, służyła pokazaniu, jacy źli są ci Ukraińcy, że dopuścili się tylu zbrodni, a nie chcą przeprosić i zadośćuczynić ofiarom. Przy tej okazji powstaje pytanie, czy w ogóle możemy i mamy prawo wybaczać w imieniu ofiar. Nasze Kościoły przyjęły chyba jedyną słuszną drogę wybaczenia i pojednania – na fundamencie chrześcijańskiej wiary, gdyż inaczej zatrzymamy się na poziomie nieustannego, obopólnego obarczania się winami i ranami, o czym już mówiliśmy. Co zrobić, żebyśmy na naszej drodze do pojednania się nie cofali, ale też żyli w prawdzie o winach i ranach obu naszych narodów?

– Podzielę się dwiema refleksjami na ten temat. Otóż, wydaje mi się, że nie wyszliśmy jeszcze z paradygmatu ideologii sowieckiej. Interpretacja wydarzeń i faktów na sposób sowiecki ciągle wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Na czym polega ten sowiecki paradygmat? Na tym, aby na wieki podzielić narody: polski i ukraiński, żeby Ukraińcom przedstawić Polaków jako najeźdźców, którzy zawsze chcą podbijać i gnębić Ukrainę, a Polakom przedstawić Ukraińców jako ludobójców, którzy nie mają żadnego prawa do niepodległości, a ich wszelkie zmagania o niezależne państwo, narodową tożsamość zawsze będą budowane na krwi Polaków. Jest to diabelski paradygmat sformułowany w imię imperialnej zasady „dziel i rządź”.

Po drugiej wojnie światowej i na Ukrainie, i w Polsce nie wolno było mówić i pisać o rzezi wołyńskiej. W czasach komunistycznych nie funkcjonowała też normalna nauka historyczna, była tylko historyczna ideologia. Dopiero teraz, przede wszystkim na Ukrainie, zaczynamy powoli uwalniać się od ideologicznych klisz i studiować naszą historię. Strona polska, historycy, Instytut Pamięci Narodowej mieli więcej czasu, lepiej przygotowanych ludzi, większe możliwości, a także więcej pieniędzy, aby studiować nie sowiecką ideologię historyczną, ale archiwa, dokumenty i ustalać fakty. Po stronie ukraińskiej tak nie było.

Dopiero po rewolucji godności w 2013 roku udostępniono historykom archiwa sowieckiej służby bezpieczeństwa. Dlatego potrzebujemy z jednej strony więcej czasu, a z drugiej strony dobrze przygotowanych historyków, którzy bez uprzedzeń dociekaliby prawdy o tych tragicznych wydarzeniach. Po jednej i po drugiej stronie muszą być: czas, fachowość, ogromna praca, ale też dialog, ponieważ historycy nie tylko odkrywają źródła, ale również je interpretują, i ta interpretacja musi być obiektywna. Musimy także wystrzegać się tworzenia nowych narodowych mitów o charakterze polemicznym. To pokazuje, ponownie, jak ważne zadanie stoi przed nami – wszystkimi chrześcijanami, nie tylko przed biskupami. Musimy poznać prawdę taką, jaka ona jest. Prawda przewyższa nasze mniej czy bardziej prywatne interpretacje. Zawsze znajdzie się jakiś dokument, który zniszczy nasze ideologiczne klisze albo nasze wyobrażenia na dany temat. Rzeczywistość jest bardziej złożona i skomplikowana od naszego postrzegania i wyobrażeń.

Kiedy upamiętnialiśmy tragedię wołyńską w 2013 roku w Warszawie, powiedziałem w obecności prezydenta oraz przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, a uroczystość była transmitowana przez polskie media, że w imieniu naszego narodu proszę o wybaczenie wszystkich Polaków, którzy w ten czy inny sposób zostali skrzywdzeni przez Ukraińców albo doświadczyli od nich bólu. Nigdy nie można zaakceptować ani usprawiedliwiać zbrodni, tłumaczyć jej racjami stanu czy racjami politycznymi. Za wszystkie zbrodnie, których Ukraińcy dopuścili się na Polakach, musimy prosić o przebaczenie. Tego samego oczekiwaliśmy ze strony polskiej i usłyszeliśmy słowa prośby o przebaczenie z ust arcybiskupa Józefa Michalika. Jeżeli nadal będziemy się licytować w kwestii ogromu zbrodni, do niczego nie dojdziemy, ponieważ skrzywdzenie czy zabicie już jednego człowieka jest grzechem, który woła o pomstę do nieba. Tego nie da się do końca w imieniu ofiar ani usprawiedliwić, ani wybaczyć. Trzeba prosić o to Boga.

 

 

Wersja do druku

Przeczytaj także

23 lutego 2018 10:56

Poznań: modlitwa środowisk akademickich w święto Katedry św. Piotra

Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.