Drukuj Powrót do artykułu

Dr hab. Skibiński: jedność Episkopatu w PRL była obroną przed agresją władzy

27 lutego 2019 | 04:00 | Łukasz Kasper | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. Paweł Żulewski / KAI

Polscy biskupi zawsze wykazywali się dużą solidarnością, która wynikała z podkreślanej przez prymasów Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego konieczności jedności Episkopatu jako narzędzia obrony przed agresją ze strony nieprzychylnego Kościołowi państwa komunistycznego. Usankcjonowaniem tego była zasada kolegialności zapisana w statutach Konferencji Episkopatu Polski – mówi w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej historyk prof. Paweł Skibiński, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego i ekspert Centrum Myśli Jan Pawła II. Na najbliższym posiedzeniu plenarnym 12-14 marca odbędą się obchody 100-lecia Konferencji Episkopatu Polski.

KAI: Pierwsze zebranie biskupów ze wszystkich zaborów odbyło się 10-12 grudnia 1918 r. z inicjatywy abp. Aleksandra Kakowskiego. Z kolei na zjeździe w sierpniu 1919 r. uchwalono “Regulamin Zjazdu Biskupów Polskich”, według którego konferencje miał zwoływać raz w roku prymas. Ale dopiero po Soborze Watykańskim II Konferencja Episkopatu Polski uzyskała status stałego organu reprezentującego Kościół katolicki w Polsce. Możemy wyjaśnić te zawiłości?

Dr hab. Paweł Skibiński: Do dziś zachowana została zapoczątkowana w 1919 r. numeracja konferencji biskupów, natomiast nastąpiła zmiana w samym Kościele. Skutkiem postanowień Soboru Watykańskiego II było postawienie na rozwój kolegialnych ciał kościelnych, w tym konferencji krajowych – już nie tylko jako gremiów głównie dyskusyjno-koordynacyjnych, ale decyzyjnych. Do tego czasu Episkopat Polski jako pewna zbiorowość oczywiście funkcjonował, biskupi odbywali spotkania, ale nie wiązały się z tym wiążące decyzje regulujące życie poszczególnych diecezji. Nacisk decyzyjny położony był na indywidualne postanowienia biskupów, a tylko pewnym wyrazem woli współpracy była koordynacja tych decyzji między poszczególnymi diecezjami. W 1969 r. następuje próba zastosowania zasady kolegialności, w pierwszym statucie KEP, wedle którego biskupi podejmują decyzje wspólnie. Pojawia się skorygowane rozłożenie odpowiedzialności wewnątrz struktur kościelnych.

KAI: Ten nowy status wzmocnił Konferencję Episkopatu Polski, także wobec ówczesnej władzy, wrogo nastawionej do Kościoła?

– Powiedziałbym raczej, że polscy biskupi zawsze wykazywali się dużą solidarnością. To wynikało z dwóch aspektów. Po pierwsze, z podkreślanej przez prymasów Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego konieczności jedności i solidarności Episkopatu jako narzędzia obrony przed agresją ze strony nieprzychylnego Kościołowi państwa komunistycznego. Usankcjonowaniem tego była zasada kolegialności zapisana w statutach Konferencji Episkopatu Polski, zarówno w tym z końca lat 60., jak i w tym z lat 80. Polacy działali zresztą w ten sposób już na obradach Soboru Watykańskiego II, na którym funkcjonowała jako nieformalna, ale solidarna grupa polskich ojców soborowych. Ta postawa nie znajdowała pełnej analogii w obradach innych grup krajowych. Wynikało to nie tylko z eklezjologii soborowej i z potrzeb politycznych, ale także z pewnej filozofii funkcjonowania. Kościół w Polsce czuł odpowiedzialność za duchowe jednoczenie narodu.

Na ogół dziś patrzymy na to z pewnym dystansem, choć moim zdaniem niesłusznie. Polska wspólnota kulturowa, którą nasz Episkopat wspierał i uczestniczył w jej tworzeniu, spajała jednak także biskupów, którzy czuli się za tę wspólnotę odpowiedzialni, zwłaszcza wtedy, gdy pozbawiona ona była jakichkolwiek innych form wyrażania swoich opinii. Stąd na przykład polscy biskupi w okresie PRL zajmowali się takimi zagadnieniami, jak kwestie demograficzne, mieszkaniowe, ogólnie rzecz biorąc społeczne. To jest konsekwencja tej współodpowiedzialności za naród, już nie ściśle eklezjalnej, ale za to mającej głębokie zakorzenienie kulturowe. Po 1989 r. nastąpiła swego rodzaju naturalna, choć chyba zbyt głęboka, atrofia tej tematyki na posiedzeniach Konferencji Episkopatu Polski.

KAI: Cofnijmy się do początków PRL. Kościół, tak jak zresztą cały polski naród, wychodzi z wojny po ogromnych cierpieniach fizycznych i materialnych, które dotknęły duchowieństwo. Uwalnia się z ucisku jednego totalitaryzmu, by zaraz dostać się w niewolę innego.

– W czasie wojny Kościół traci m.in. kilku biskupów, jak bł. Michał Kozal czy bł. Antoni Nowowiejski – postaci niewątpliwie niezmiernie istotnych pod względem intelektualnym i moralnym. Możemy mówić o znacznych stratach przede wszystkim na poziomie duchowieństwa poszczególnych diecezji, czego przykładem są niemal całkowicie zdziesiątkowane diecezje włocławska czy poznańska, które ledwie w tym początkowym czasie powojennym funkcjonują. Poza tym zdziesiątkowana jest aktywna przed wojną część laikatu. Episkopat Polski jest więc w związku z tym odpowiedzialny za rekonstrukcję, ale nie tylko Kościoła instytucjonalnego, ale także społeczeństwa w Polsce po gigantycznych stratach wojennych.

KAI: Władza komunistyczna nie od początku przypuściła atak na Kościół…

– Nie, władza komunistyczna przypuściła ten atak od samego początku, ale nie zawsze – tak to nazwijmy – był to atak medialny, czyli przez władzę uzewnętrzniany. Pamiętajmy, że wypowiedzenie konkordatu zawartego pomiędzy wolną Polską i Stolicą Apostolską w 1925 r. następuje już w roku 1945. Podobnie jak zakazy działalności politycznej i społecznej dla części ugrupowań katolickich, brak odnowienia działalności Akcji Katolickiej czy zakaz publikacji wielu pism katolickich. Owa reglamentacja życia społecznego wobec środowisk katolickich następuje od razu. Opowieści o tym, że atak zostaje odłożony na rok 1948 czy 1949 wynikają zatem chyba z tego, że komunistyczna narracja na temat tych wypadków nadal niepostrzeżenie króluje w polskiej historiografii. W 1948 r. następuje tylko eskalacja konfliktu.

W 1949 r. biskupi podejmują dramatyczną decyzję o rozwiązaniu stowarzyszeń katolickich. Nowe prawo o stowarzyszeniach nakazuje bowiem publikację list członkowskich, co w przekonaniu biskupów oznaczałoby dostarczanie komunistom list proskrypcyjnych w celu prześladowania najaktywniejszych katolików. Nie jest więc tak, że konflikt dopiero się zaczyna. Sytuacja już wtedy jest absolutnie krytyczna.

Episkopat w pierwszym dziesięcioleciu po wojnie uczy się tej sytuacji. Uczy się w przyśpieszonym tempie i w bardzo niekorzystnych warunkach. Nie ma do dyspozycji ani środków materialnych, ani ludzkich. Musi odtwarzać niejako na surowym korzeniu całe środowiska katolickie. Nie ma też partnerów politycznych. Nie ma niemal niczego poza strukturami parafialnymi i wielkim potencjałem moralnym, który nagromadził w czasie prześladowań wojennych. Ma jednak lidera obdarzonego wizją.

Pierwszym takim liderem jest kard. August Hlond, który dokonuje radykalnego przejęcia struktur kościelnych na ziemiach zachodnich i północnych na rzecz Kościoła w Polsce. Częściowo tworzy je od zera, częściowo „odniemcza”. Wskutek przesunięcia granic państwowych jest w stanie wchłonąć struktury kościelne z ziem wschodnich, a z drugiej strony zainstalować struktury na zachodzie kraju, jednocześnie usuwając stamtąd duchowieństwo niemieckie. Było to wówczas konieczne, duchowieństwo to było bowiem pozbawione w oczach wielu Polaków moralnego prawa do duszpasterzowania – byli to ludzie w ich opinii moralnie współodpowiedzialni za zbrodnie wojenne Niemiec. Oczywiście był to rodzaj odpowiedzialności zbiorowej, ale trzeba pamiętać, jak bardzo napięta była sytuacja pod względem moralnym w 1945 r. Kard. Hlond zrobił dla Polski i dla Kościoła to, co uważał za najlepsze. Dokonał rzeczy historycznej: spolszczył struktury na ziemiach północno-zachodnich, zaczynając nieraz od zera.

KAI: Co następuje potem?

– Drugim poważnym zadaniem dla Episkopatu była odbudowa materialna Kościoła w Polsce po zniszczeniach wojennych oraz wychowanie na nowo ludzi, którzy mogliby uczestniczyć w życiu społecznym Kościoła. A nie jest to zadanie łatwe, gdyż tych ludzi po prostu nie było. Z rąk okupanta niemieckiego zginęły przecież przynajmniej 3 mln polskich katolików, dodajmy do tego straty zadane przez Sowietów oraz to, że wiele tysięcy Polaków znalazło się na emigracji, często także znaczących społecznie katolików. Straty były zatem gigantyczne.

Biskupi byli więc rzadką częścią polskich elit, która zachowała ciągłość organizacyjną i w znacznej mierze personalną. To sprawia, że Episkopat zaczął odgrywać coraz istotniejszą rolę społeczną, przejmując w obliczu komunistycznej agresji pewne postulaty społeczne, które w sytuacji pełnej obywatelskiej wolności byłyby formułowane m.in. przez partie polityczne, stowarzyszenia czy środowiska akademickie. Natomiast nagle okazuje się, że to Episkopat musi stawiać np. postulaty dotyczące konstytucji – nie dlatego, że biskupi tak bardzo chcieli się wypowiadać na temat nowej ustawy zasadniczej, ale dlatego, że w imieniu społeczeństwa nie miał kto tego zrobić.

KAI: Kolejne dramatyczne daty w powojennej historii Polski – rok 1956, 1968, 1970, 1976, 1981 aż do przełomu 1989 – są znaczące także dla Kościoła?

– I tak, i nie. Z punktu widzenia Episkopatu Polski ważniejsze były inne cezury: śmierć kard. Augusta Hlonda w 1948 r., śmierć kard. Adama Sapiehy (1951) oraz aresztowanie w 1953 r. kard. Stefana Wyszyńskiego i „wielka smuta” lat 1953-1956, gdy bp Michał Klepacz został przez komunistów ubezwłasnowolniony jako przewodniczący Episkopatu Polski, choć nadal był w stanie zachować wraz z wieloma biskupami minimum samodzielności funkcjonowania na poziomie diecezji. W 1956 miał miejsce powrót kard. Wyszyńskiego i odtworzenie struktur, które sprawiły, że Konferencja Episkopatu Polski stała się najpoważniejszym polskim gremium społecznym, a najprawdopodobniej także, chcąc nie chcąc, najpoważniejszym gremium politycznym, zaraz po Komitecie Centralnym PZPR.

KAI: Stała się najpoważniejszym przeciwnikiem dla władz komunistycznych?

– Tak traktowały ją same władze komunistyczne. Ona pełniła także wszystkie te funkcje, które pełniła do tej pory: tj. była gremium dyskusji wewnątrzkościelnej i koordynacji zadań duszpasterskich, zwłaszcza po 1956 roku, gdy Śluby Jasnogórskie Narodu Polskiego wyznaczyły program, który KEP stara się zrealizować w skali ogólnokrajowej. To było zadanie czysto duszpasterskie, ale biskupi zajmowali stanowisko także w sprawach życia społecznego: kryzysu moralnego, zagadnień rodziny czy odbudowy państwa. W pewien sposób rytm wydarzeń politycznych też wpływał na funkcjonowanie Episkopatu Polski, ale raczej nie pod względem organizacyjnym czy strukturalnym. Wprowadzał nowe tematy na agendę Episkopatu.

Stąd, zwłaszcza w roku 1968, 1970, 1976 pojawiają się dyskusje na temat bieżących wydarzeń polityczno-społecznych w kraju. Były to dyskusje trudne i głębokie. Zgadzam się z opinią wyrażoną kiedyś przez prof. Jana Żaryna, że zwłaszcza Rada Główna Episkopatu Polski, jego kilkuosobowe gremium kierownicze, było najpoważniejszym miejsce dyskusji na temat sytuacji w Polsce. I znowu, nie wynikało to z ambicji politycznych biskupów, ale z faktu, że naród polski jest podmiotem politycznym i kulturowym i ma prawo do swojej egzystencji, tyle że w tym czasie po prostu nie miał go kto reprezentować wobec władzy. Biskupi stali się ciałem zastępczym, występującym w obronie i reprezentowaniu interesu narodowego.

KAI: Warunki funkcjonowania Episkopatu Polski były lepsze na tle sytuacji Kościołów w innych krajach bloku komunistycznego?

– Zdecydowanie tak, bowiem w żadnym innym kraju komunistycznym nie było niezależnych struktur kościelnych, ani też takich liderów, jakimi byli kardynałowi Hlond i Wyszyński, czy Jan Paweł II, który wprawdzie z chwilą wyboru na papieża nie był już członkiem Episkopatu Polski, ale pośrednio wyznaczał mu zadania. Kościół katolicki w Polsce był przez kilkadziesiąt lat istnienia ustroju komunistycznego jedynym ciałem społecznym niezależnym od władzy pomiędzy Władywostokiem a granicą PRL z NRD. Nie ma drugiego podobnego podmiotu społecznego o porównywalnej randze, znaczeniu i zasięgu społecznym. Inne Kościoły lokalne w krajach komunistycznych były o wiele bardziej poranione, rozbite i wewnętrznie skłócone przez komunistów oraz znacznie bardziej zinfiltrowane przez komunistyczne służby specjalne. W przypadku Episkopatu Polski historycy mówią o współpracy niektórych jego członków z SB, jednak była to wg najbardziej pesymistycznych ocen, najwyżej piąta część Episkopatu. Nie ma analogii z innymi episkopatami krajów komunistycznych, które zostały przez komunistów zdezorganizowane.

KAI: Jak Episkopat radził sobie z inwigilacją biskupów?

– Starał się normalnie funkcjonować. Istniała bardzo silna wewnętrzna dyscyplina polskiego duchowieństwa i Episkopatu, o czym dziś często zapominamy. Wiele osób uwikłanych w system komunistyczny starało się zatrzeć pamięć o mechanizmach obronnych, które wtedy obowiązywały, ale one były. Istniały instrukcje, które nakazywały zgłosić swojemu biskupowi każdy kontakt z esbekiem. To nie było w pełni przestrzegane, ale jednak obowiązywało aż do stanu wojennego.

Episkopat był silnie zjednoczony w tej wizji światopoglądowej, która nakazywała z jednej strony opierać się opresyjnemu państwu, a z drugiej strony reprezentować Kościół, także w trakcie przemian wewnątrzkościelnych. Wszystkie przemiany, które w innych krajach wstrząsały strukturami kościelnymi, polscy biskupi realizowali jakby mimochodem. Trzeba oddać temu pokoleniu biskupów ogromną skuteczność w działaniu. Często patrzymy na ówczesny Episkopat jak na gremium skupione wokół lidera. To prawda, ale jakie to było gremium! Takie postacie jak abp Bronisław Dąbrowski, abp Antoni Baraniak, kard. Bolesław Kominek, kard. Franciszek Macharski, abp Ignacy Tokarczuk funkcjonowały niejako w cieniu wielkich liderów, a jednak odcisnęły gigantyczne piętno na pracach Episkopatu. To było gremium o ogromnej kulturze dyskusji, która toczyła się mimo owej wewnętrznej dyscypliny. Oni najpierw przedyskutowywali problemy, a potem trzymali się decyzji w bardzo zdyscyplinowany sposób.

KAI: Jaką rolę w rozmowach Kościoła z władzą komunistyczną pełniła tzw. Komisja Mieszana przedstawicieli Episkopatu i Rządu, a potem Komisja Wspólna?

– Komisja Mieszana była raczej gremium zastępczym. Ona nigdy nie miała kompetencji stricte decyzyjnych. Stanowiła bardziej forum dyskusji i próby sił między stroną kościelną a stroną państwową, ale taktycznie było to gremium ważne. Jej funkcjonowanie świadczyło o tym, że państwo liczy się z Kościołem. Dyskusje w jej gronie miały w znacznej mierze charakter pozorny, trwały latami i przynosiły niewielkie skutki, ale wikłały władzę w konieczność prowadzenia choćby pozorowanego dialogu z Kościołem.

KAI: Kościół jednak nie mógł ignorować możliwości prowadzenia dialogu z władzą w takich warunkach, jakie były…

– Dialog ma zawsze funkcję konstruktywną, natomiast w tym przypadku owa konstruktywność polegała na paraliżowaniu działań władzy, bo to działania władzy były destrukcyjne. To były dyskusje, w których biskupi Choromański czy Dąbrowski okazywali się lepszymi znawcami prawa PRL niż przedstawiciele strony rządowej. One z jednej strony pozwalały stronie kościelnej na działania opóźniające wobec agresji władzy, a z drugiej strony na działania osłonowe umożliwiające krzepnięcie ciał społecznych o różnej funkcji, nie tylko stricte kościelnych. Dzięki uporczywej walce Episkopatu Polski udało się np. osłonić duszpasterstwa akademickie, a z nich wyłoniła się ogromna część aktywu późniejszej „Solidarności”, zwłaszcza jej część intelektualna.

KAI: Jakie w owym czasie były relacje Episkopatu z jednej strony z inteligencją katolicką, a z drugiej z ruchami ewangelizacyjnymi jak oazy czy krucjaty trzeźwościowe?

– Episkopat miał świadomość słabości oficjalnych środowisk katolickich. One były bardzo rachityczne, gdyż życie w PRL nie sprzyjało ani normalnemu rozwojowi ciał społecznych, kształtowaniu charakterów członków tych środowisk, ani ich życiu w prawdzie, a więc nie pozwalało krzepnąć tym środowiskom w pełni. Środowiska tzw. katolików świeckich, przez co rozumiemy koncesjonowane przez władzę komunistyczną ruchy takie jak z jednej strony „Znak”, z drugiej – „PAX” czy Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne, były od niej uzależnione. Dla biskupów były one raczej problemem, ewentualnie narzędziem komunikacji z władzą, a nie realnym instrumentem kształtowania opinii inteligencji katolickiej. Owszem, wykorzystywali je jako pewnego rodzaju namiastkę, jedyną możliwą, katolickiego życia społecznego, ale Episkopat cały czas miał świadomość, że jest to rozwiązanie bardzo dalekie od ideału. Przemożna tęsknota ówczesnych liderów opinii katolickiej za protagonizmem politycznym w warunkach komunistycznego państwa powodował, że Episkopat patrzył na nich z dużym dystansem. Dotyczy to zarówno Stanisława Stommy, jak i Janusza Zabłockiego. Kard. Wyszyński bardziej stawiał na Zabłockiego, kard. Wojtyła bardziej na Stommę, ale obaj mieli duży dystans do tych działaczy, jednocześnie szanując te ich dokonania, które uważali za pozytywne. Starali się oddać im sprawiedliwość, ale jednocześnie nie uzależnić się od nich.

Natomiast oddolne katolickie ruchy społeczne w rodzaju oazy i krucjat trzeźwościowych, a więc dzieła ks. Franciszka Blachnickiego czy duszpasterstw akademickich były traktowane z jednej strony jako szansa, ale z drugiej strony jako potencjalne niebezpieczeństwo dla Kościoła. Dlaczego? Biskupi uznawali, nie bez racji, że żywotność Kościoła i sprawność obrony przed komunistami wynika z dużej zwartości tej jednak hierarchicznej struktury. To, co proponował ks. Blachnicki, w znacznej mierze nadwerężało ową hierarchiczność. Trzeba było mieć tak głęboką wizję, jaką miał kard. Wojtyła, żeby próbować obie tendencje ze sobą połączyć i wprowadzić nadzór biskupów. Dla uczestników tych działań było to często niezrozumiałe, ale z perspektywy Episkopatu oczywiste, gdyż wiadomo, że wszelkie katolickie inicjatywy nieobjęte ochroną biskupów były przez władze komunistyczne natychmiast wypaczane i niszczone. Ks. Blachnicki nie zawsze to doceniał. Gdyby nie „parasol” Episkopatu, jego pełna rozmachu działalność byłaby najprawdopodobniej niemożliwa.

KAI: W jaki sposób Episkopat czuwał nad zgromadzeniami zakonnymi?

– Tu podmiotem działań był nie tyle cały Episkopat, co prymas Wyszyński. Przez swoje specjalne pełnomocnictwa – był legatem papieskim – sprawował on w imieniu Stolicy Apostolskiej nadzór nad zgromadzeniami zakonnymi. Wielką dyskusję wzbudzał zakres tego nadzoru. Stąd konflikty z takimi zakonami jak paulini czy dominikanie lub z niektórymi zgromadzeniami żeńskimi. Proszę jednak pamiętać, że bodaj najpoważniejszy konflikt pauliński z lat 70., a raczej formy oporu wobec decyzji prymasa, były w znacznej mierze inspirowany agenturalnie. W strukturach zakonu policja polityczna miała bowiem swoich współpracowników.

KAI: Jakie rodzaju opieką otaczał Episkopat zgromadzenia zakonne?

– Episkopat pełnił funkcję koordynatora pomocy zagranicznej dla Kościoła w Polsce. To się wyrażało pełniej w latach 50., 60. i 70., a w latach 80. w nieco bardziej zdecentralizowany sposób, gdy liczne kanały dystrybucji pomocy były już nie do opanowania przez biskupów. Chodziło przede wszystkim o wsparcie struktur kościelnych, które nie miały np. własnej poligrafii czy jakichkolwiek środków na inwestycje. Pomoc nadchodziła ze strony Kościoła amerykańskiego czy niemieckiego, a Episkopat Polski starał się tę pomoc koordynować. Do dziś chyba jednak nikt nie opisał całościowo materialnej kurateli Episkopatu nad Kościołem w Polsce.

KAI: Co znaczył dla Episkopatu i szerzej, Kościoła w Polsce, wybór kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową? Oprócz nadziei były też obawy?

– Obawy chyba nie, gdyż Episkopat – zwłaszcza widać to w Kazaniach Świętokrzyskich prymasa Wyszyńskiego z lat 1974-1976 – przeszedł już wtedy do ofensywy społecznej. W serii swoich wystąpień prymas mówił o programie odnowy już nie tylko religijnej, ale i społecznej Polski. Mówił o tym w warunkach, wydawałoby się, niekorzystnych, gdy następowała laicyzacja młodego pokolenia, rosły wskaźniki przeprowadzanych aborcji… A Prymas rysował wtedy program odnowy, która w pewnej mierze znalazła swój odzew w hasłach pierwszej „Solidarności”. W międzyczasie nastąpił wybór papieża, a potem w 1979 r. jego pierwsza pielgrzymka do Ojczyzny. Polacy odkryli nową rolę swojego dawnego biskupa krakowskiego. To był wielki światowy lider, duchowy przywódca, właściwie święty wizjoner, a jednocześnie wielki Polak – człowiek, który był w stanie pokazać nową interpretację bycia Polakiem.

KAI: Po trudnych latach 50. i 60. Kościół w Polsce zyskał przed ostatnią dekadą PRL nowego lidera?

– Był to dość płynny proces. W ciągu dwóch lat dzielących wybór Jana Pawła II od śmierci prymasa nikt z biskupów nie kwestionował przywództwa kard. Wyszyńskiego. On jednak od czasu pierwszej pielgrzymki papieskiej do Polski ustępuje w tym przywództwie Janowi Pawłowi II. To wkrótce potem znajduje symboliczny wyraz, gdy obaj leżą przykuci do łóżek – Jan Paweł II po zamachu, a prymas Stefan Wyszyński już na łożu śmierci, gdy kardynał mówił wiernym: „Nie módlcie się za mnie, tylko w intencji zdrowia papieża”. Te słowa podkreślają, kto był wówczas najważniejszym człowiekiem w Kościele w Polsce, nie tylko pod względem hierarchicznym, ale też osobistej charyzmy. To też świadczy o wielkości prymasa Wyszyńskiego, który już podczas pielgrzymki w 1979 – widać to na zdjęciach – usunął się nieco na dalszy plan. Nie wychodził z roli biskupa miejsca, ograniczając się w trakcie pielgrzymki do obecności tylko w swoich diecezjach. A przecież był obdarzony specjalnymi pełnomocnictwami jako legat papieski i mógłby towarzyszyć Janowi Pawłowi II non stop.

Późniejsze przywództwo prymasa Józefa Glempa, mimo że też obdarzonego specjalnymi, choć już nieco ograniczonymi pełnomocnictwami, miało już inny charakter. Trudno już w jego przypadku mówić o absolutnej dominacji nad Episkopatem Polski. Nie ulega wątpliwości, że prymas Glemp nie był już tak charyzmatyczny jak prymasi Hlond i Wyszyński. On sam uznawał, że prawdziwy przywódca Kościoła w Polsce jest w Rzymie.

KAI: Jak w nie mniej dramatycznej od poprzednich dekadzie lat 80. rysuje się pozycja Episkopatu Polski wobec całego Kościoła, społeczeństwa i władz komunistycznych?

– Trzeba pamiętać przede wszystkim o bezwzględnym przywództwie duchowym i intelektualnym Jana Pawła II w tym czasie. Wskutek rozluźniania się owego komunistycznego gorsetu, pojawiają się nowe wyzwania. Episkopat nie miał wtedy w pełni jednolitego stanowiska, jak działać. Istniała grupa biskupów, bardzo umownie związana z kard. Henrykiem Gulbinowiczem i bp. Ignacym Tokarczukiem, która mówiła o konieczności realizacji tzw. linii papieskiej, odczytywanej przez nich, jako jednoznaczne wsparcie dla „Solidarności”. Z drugiej strony była linia prymasa Glempa, w jakiejś mierze także abp. Bronisława Dąbrowskiego – przy wszystkich dzielących ich różnicach, bo każdy z tych wybitnych hierarchów miał też własną interpretację działań. Oni z kolei widzieli konieczność budowy środowisk bezpośrednio związanych z Kościołem, niejako zamiast „Solidarności”. Ostatecznie wygrała ta pierwsza, idąca niejako pod rękę z kierownictwem „Solidarności”.

Istnieją dziś pewne problemy interpretacyjne, związane m.in. z uwikłaniem we współpracę z SB ówczesnego zastępcy sekretarza generalnego Episkopatu Polski bp. Jerzego Dąbrowskiego, osoby bardzo bliskiej prymasa Glempa i mającej na niego wpływ. Ale poza problemami, Kościół w Polsce miał wówczas także wielkie możliwości działania. Komuniści zostawili Kościołowi przestrzeń społeczną po to, by niejako uwikłać go w gry i dyskusje, które ostatecznie w jakiejś mierze utorowały drogę do Okrągłego Stołu.

Wydaje mi się, że Episkopat Polski był przekonany o konieczności zawarcia jakiegoś kontraktu z komunistami. Przy czym należy pamiętać, że biskupi pokolenia lat 80. mieli doskonałą świadomość deficytów kierownictwa „Solidarności”. Zarówno ci, którzy je wspierali, jak i ci, którzy je krytykowali, wiedzieli, że środowisko to ma swoje ograniczenia, także moralne i intelektualne. To nie te najbardziej wpływowe środowiska w opozycji, czyli związkowe, były bowiem najbardziej twórcze intelektualnie.

Episkopat był jednak wówczas bardzo wyrobiony politycznie i miał świadomość zachodzących zmian, ale po stronie opozycyjnej nie zawsze znajdował odpowiednich partnerów. Kard. Glemp próbował sobie wykreować takie środowiska, z którymi dałoby się nawiązać strategiczną współpracę. Mówię tu nie tyle o jego marzeniach o partii chrześcijańsko-demokratycznej, ale o pomyśle znacznie bardziej pluralistycznym, jakim była Rada Społeczna przy prymasie Polski. W pierwszej kadencji była bardziej zbliżona do „Znaku” i „Solidarności”, ale w drugiej już bardzo pluralistyczna, obejmująca także niszowe środowiska katolickie, ale uznawane za twórcze intelektualnie. Z tego ostatecznie bezpośrednio nic nie wyszło, ale to jest już kwestia niewykorzystania tej oferty przez samą „Solidarność”.

„Solidarność” odciążyła Episkopat i cały Kościół w Polsce od pełnienia funkcji zastępczej reprezentacji społecznej. W negocjacjach opozycji z komunistami Kościół mógł być pomostem. Oczywiście biskupom było dalej od komunistów niż od strony społecznej, ale też nie chcieli dać się uwikłać przez opozycjonistów w ich działania. Przykładem była głęboka krytyka przez biskupów poczynań Tadeusza Mazowieckiego jeszcze w styczniu 1981 w związku z podróżą delegacji „Solidarności” do Rzymu i udzieloną jej audiencją u Jana Pawła II. Mazowiecki chciał wykorzystać tę okazję do nadania impulsu politycznego działaniom „S”, a Episkopat bardzo mocno to krytykował. Jan Paweł II zajął postawę ostrożną.

Reasumując, Episkopat Polski był z jednej strony inspirowany przez Jana Pawła II do współpracy z „Solidarnością”. Z drugiej strony miał świadomość deficytów tej struktury. Pamiętał też o testamencie politycznego prymasa Wyszyńskiego, którym była teza o konieczności unikania fizycznej konfrontacji z komunistami. Z tych wszystkich przesłanek wynikało zaangażowanie Episkopatu w Okrągły Stół, moim zdaniem niewątpliwie realizowane za przyzwoleniem Jana Pawła II. Czy to zaangażowanie było w pełni trafione? To jest kwestia do dyskusji. Sądzę, że nie jesteśmy jeszcze do niej w pełni gotowi. Wciąż nie znamy wszystkich okoliczności tamtych czasów.

KAI: Episkopat nie mógł zatem nie podjąć roli uczestnika Okrągłego Stołu…

– Tego nie wiem, ale trudno powiedzieć, że tamta decyzja była niezrozumiała. W logice, w jakiej Kościół w Polsce żył od 1945 roku – była to decyzja naturalna: nareszcie mogliśmy wyjść z sytuacji państwa totalitarnego, jednocześnie bez rozlewu krwi, ale musieliśmy czymś zapłacić komunistom. Sądzę, że bardziej należałoby się zastanawiać nad tym, dlaczego strona opozycyjna zdecydowała się na zawarcie ówczesnego kontraktu, niż dlaczego Kościół starał się patronować tym rozmowom. Być może jest jeszcze za wcześnie na ostateczną odpowiedź.

KAI: Jakie były kontakty Episkopatu z kolejnymi papieżami i szerzej, z całą Stolicą Apostolską, w okresie PRL? Panowała zazwyczaj harmonia czy też zdarzały się rozbieżności stanowisk?

– Stolica Apostolska kontaktowała się z Episkopatem Polski przede wszystkim poprzez polskich kardynałów, w tym zwłaszcza prymasa. Jedność Episkopatu wyrażała się nie tylko w stosunku do władzy komunistycznej, ale też w kontaktach ze Stolicą Apostolską. Trzeba powiedzieć, że Stolica Apostolska nie była jednolitym podmiotem w oczach Episkopatu Polski. Zasadniczo różnił się stosunek Episkopatu do kolejnych papieży od stosunku do niektórych instytucji w łonie Kurii Rzymskiej, zwłaszcza do watykańskiego Sekretariatu Stanu. Do 1978 r. było jasne, że Episkopat Polski jest z jednej strony tradycyjnie bardzo papieski, bardzo lojalny wobec kolejnych następców św. Piotra – i bardzo krytyczny wobec Sekretariatu Stanu.

KAI: Dlaczego?

– Dlatego, że z doświadczenia polscy biskupi uznawali, iż Sekretariat Stanu nie rozumie specyfiki funkcjonowania reżimu komunistycznego. Nie rozumie też specyfiki relacji między społeczeństwem a Kościołem w Polsce. I nie rozumie w pełni prawa Polaków do obrony swojej podmiotowości.

KAI: Oznaczało to jakąś obojętność wobec sytuacji w Polsce?

– Myślę, że sprawy są znacznie bardziej delikatne. Wyobrażenia Sekretariatu Stanu o komunizmie były bardzo naiwne, a wyobrażenia o sytuacji w Europie Środkowowschodniej były formułowane po prostu z innej perspektywy niż polska i tu nie dochodziło do porozumienia między dyplomatami watykańskimi a polskimi biskupami.

Po trzecie jednak, Sekretariat Stanu dość pryncypialnie nie zgadzał się ze stanowiskiem, które było naturalne dla Kościoła w Polsce: że istnieje w naszych warunkach szczególna jedność między polską wspólnotą narodowo-kulturową a Kościołem.

Takie nieelastyczne stanowisko, moim zdaniem, wynikało – proszę wybaczyć – z ubóstwa intelektualnego niektórych ludzi z Sekretariatu Stanu. Polacy ze swej strony wypracowali bardzo precyzyjną teologię narodu – uważali, że Kościół jest oczywiście czymś większym niż naród, ale bez prawidłowo ukształtowanej płaszczyzny kulturowo-narodowej życia społecznego nie da się realizować celów ewangelizacyjnych.

KAI: Pojawienie się Jana Pawła II zmieniło tę optykę?

– Zasadniczo. Jan Paweł II po prostu zmienił model funkcjonowania swego Sekretariatu Stanu. Zaczął się posługiwać ludźmi, którzy też nie koniecznie rozumieli polską perspektywę, ale byli ludźmi bardzo uczciwymi, tak jak sam Sekretarz Stanu – kard. Agostino Casaroli. Wspomnę, że gdy Jan Paweł II pytał o radę prymasa Wyszyńskiego, kto ma zostać sekretarzem stanu, prymas mu odpowiedział: „Tylko Agostino Casaroli, bo on przynajmniej jest uczciwy”.
Trudne relacje z Sekretariatem Stanu nie były zresztą tylko problem polskim, ale obecnym w różnych miejscach na świecie, np. w dobrze znanej mi Hiszpanii.

W Polsce mieliśmy wyjątkowo przenikliwych liderów naszego Episkopatu. Zarówno kard. Karol Wojtyła, jak kard. Stefan Wyszyński oraz prawie wszyscy członkowie Rady Głównej KEP to byli ludzie wielkiego formatu intelektualnego i niesłychanej precyzji nazywania pojęć. Po stronie Sekretariatu Stanu nie napotkali oni jednak zazwyczaj umysłowości tej samej rangi.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

Dr hab. Paweł Skibiński (ur. 1973) jest historykiem, wykładowcą Instytutu Historycznego UW. Od 2006 do 2008 kierował działem Badawczym Muzeum Historii Polski. W latach 2010-2015 był dyrektorem Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego. Od 2015 ekspert Centrum Myśli Jan Pawła II. Zajmuje się najnowszą historią Polski i Hiszpanii. Był członkiem redakcji “Kwartalnika Konserwatywnego”, obecnie współpracuje stale z miesięcznikiem “W sieci historii”. Kieruje też zespołem redakcyjnym serii wydawniczej “Pro memoria”, czyli wielotomowego zbioru zapisków prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.