Drukuj Powrót do artykułu

Prof. Sojka: dla Lutra diabeł jest oskarżycielem

26 października 2019 | 01:03 | Dawid Gospodarek/jw | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. Wikipedia

Diabeł w żadnym wypadku nie jest równy Bogu. Pozwolono mu działać w ten sposób, że jest takim oskarżycielem, jak w Księdze Hioba. Luter zaczyna widzieć szatana jako tego, który chce, by zbawienie, z łaski dane w Chrystusie przez Jego cierpienie, nie docierało do człowieka” – mówi w rozmowie z KAI dr hab. prof. ChAT Jerzy Sojka, teolog ewangelicki z Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Z okazji zbliżającego się Święta Reformacji (31 października) oraz z powodu budzących kontrowersje tematów związanych z szatanem i opętaniami publikujemy rozmowę prezentującą luterańską perspektywę.

Dawid Gospodarek (KAI): Czy wiemy coś o stosunku Marcina Lutra do aniołów i demonów sprzed ogłoszenia słynnych tez? Jak w ogóle wówczas postrzegano te kwestie?

Prof. Jerzy Sojka: – Z pewnością w zakonie nie miał głębokiej formacji teologicznej w tym zakresie. Znał podstawowe klasyczne dzieła, np. jakieś fragmenty Lombarda. Myślę jednak, że istotniejszy jest kontekst miejsca, z którego Luter się wywodził. To była warstwa społeczna aspirująca, jak byśmy dziś powiedzieli,  do klasy średniej – przedsiębiorstwa górnicze, bardzo mocno przeniknięte świadomością obecności bytów ponadnaturalnych. Stałe niebezpieczeństwo towarzyszące doświadczeniom górników powodowały, że z jednej strony był tam bardzo mocny kult św. Anny, a z drugiej strony bardzo silne przekonanie, że jest jakieś zagrożenie, jakaś rzeczywistość demoniczna.

Luter wspominał w mowach stołowych – oczywiście wiarygodność tych wspomnień jest różna, ale to oddaje pewien stan ducha – pewne wydarzenie związane z matką. Miała znajomą, którą podejrzewano o wykorzystywanie mocy demonicznych. I on to faktycznie traktował całkiem poważnie, bo dla ludzi jego czasów to było całkiem normalne. Zresztą są też doniesienia z jego pobytu w klasztorze w Erfurcie, gdzie różne odgłosy, dźwięki, jakieś przeszkadzanie mu w lekturze Pisma interpretował tak, że to diabeł się gdzieś za piecem chowa. To element takiego bardzo tradycyjnego, ludowego obrazu diabła, z którym Luter wchodzi w okres reformacyjny.

KAI: A czy pod wpływem jego badań nad Pismem Świętym, potem też bardziej krytycznego podejścia do katolickiej doktryny, w stosunku do diabła coś się co zmieniło?

– Pewnie ciężko byłoby mówić o jakiejś systematycznej demonologii Lutra, ale z pewnością można mówić o osobie diabła czy szatana. To nie przypadek, że jedna z najważniejszych biografii Lutra jest zatytułowana „Marcin Luter. Człowiek między Bogiem a diabłem”. Heiko Oberman, świetny badacz Lutra, pokazał jego związki ze średniowieczem. Najważniejszym faktorem, który zmienił postrzeganie diabła przez Lutra, była lektura Pisma i dostrzeżenie, że na jego gruncie z jednej strony oczywiście diabeł potrafi być eschatologicznym wrogiem Boga, ale jest też oskarżycielem chrześcijan na dworze Bożym.

KAI: Badania nad Pismem rzuciły też Lutrowi demoniczne światło na papiestwo…

– Miał taką, powiedzmy, językową manierę, która jest postrzegana jako jego grubiańska bezczelność, a tak naprawdę jest po prostu oceną teologiczną. Luter wydaje 95 tez, one oczywiście trafiają do Rzymu, zaczyna się proces i właściwie nikt mu na początku nie odpowiada. Są jakieś próby, w Lipsku dysputa, spory w czasie kapituły zakonu w Heidelbergu, jednak wszystko na gruncie niemieckim, Rzym nie reaguje. Pierwsza reakcja przychodzi w początkach 1519 r. od teologa domu papieskiego Silvestro „Prieras” Mazzolini OP, który po pierwsze identyfikuje rzeczywisty przedmiot sporu, czyli pytanie o autorytet w Kościele, a także formułuje ekstremalnie papocentryzną koncepcję autorytetu. W dialogu o władzy papieża Prierasa jest wizja współśrodkowych kręgów autorytetów w Kościele. Centralnym kręgiem jest papież i to, co on legitymizuje swoim autorytetem – nieważne czy to będzie jakiś dokument, czy to będzie sobór – obowiązuje jako doktryna wymagana do zbawienia. To był dla Lutra absolutny szok. Zaczyna widzieć Kurię Rzymską z papieżem na czele przez pryzmat tekstów o antychryście z Listu do Tesaloniczan – fragmentów eschatologicznie ukazujących szatana jako tego, który wejdzie do świątyni Bożej, zburzy ją i będzie ostatecznym zagrożeniem, “być czy nie być” chrześcijaństwa. Stąd się bierze cała narracja Lutra o papieżu jako antychryście.

KAI: Na szczęście ekumenizm sprawił, że po dwóch stronach takich demonicznych analogii już się nie robi… A wracając do teologii – czy diabeł jest równym przeciwnikiem Boga? Jak działa w świecie?

– Diabeł w żadnym wypadku nie jest równy Bogu. Pozwolono mu działać w ten sposób, że jest takim oskarżycielem, jak w Księdze Hioba. Luter zaczyna widzieć szatana jako tego, który chce, by zbawienie, z łaski dane w Chrystusie przez Jego cierpienie, nie docierało do człowieka. I robi to na bardzo różne sposoby. Z jednej strony atakuje Kościół, np. przez papiestwo jako antychrysta. Z drugiej strony atakuje porządek społeczny. To wyszło bardzo mocno przy wojnie chłopskiej. Dla Lutra państwo było pewnym porządkiem zapewniającym sprawiedliwość i pokój, które są niezbędne do zwiastowania ewangelii; czasami z użyciem przemocy trzeba zapewnić pokój, który umożliwi działanie misyjne. I dla niego Thomas Müntzer, który domagał się zmian społecznych motywowanych Ewangelią, był narzędziem szatana, szczególnie że przynosiło to krwawe skutki.

KAI: A czy jest u Lutra jakaś nauka o indywidualnej walce duchowej?

– Oczywiście, tym zmaganiom indywidualnego chrześcijanina poświęcił sporo miejsca. Występuje u niego słynny obraz, że człowiek jest ujeżdżany albo przez Chrystusa, albo przez diabła. To nie jest deklaracja jakiegoś dualizmu gnostyckiego, jak niektórzy chcieliby to czytać, tylko egzystencjalna diagnoza tego, co się dzieje z człowiekiem zniewolonym mocą grzechu. Człowiek dla Lutra nie ma wolności i wyboru działania w dowolną stronę. Albo jest pod panowaniem mocy grzechu (i to jest ten obraz ujeżdżania go przez szatana), albo jest pod panowaniem Ducha Świętego i jest w stanie faktycznie zmierzać ku zbawieniu. Albo raczej – “być niesionym ku zbawieniu”, jak to Luter opisuje. W związku z tym u Lutra pojawia się myśl absolutnie niespotykana w dotychczasowej historii teologii, a mianowicie zaczyna pisać o szatanie jako o doktorze, pocieszycielu, czyli tak, jak się zawsze pisało o Duchu Świętym. To świetnie widać w „Dużym katechizmie” – Luter interpretując Modlitwę Pańską przy słowach „nie wódź nas na pokuszenie” pokazuje, że jest, jak ja to nazywam, taka „nieświęta trójca”. To są trzy pokusy, które człowieka dotyczą – ciało, świat i sam diabeł. Ciało to wszystkie pożądliwości cielesne związane np. z erotyką.

KAI: W końcu Luter był augustianinem, więc mu się pewne seksualne intuicje czy uprzedzenia św. Augustyna mogły udzielić…

– Tak, tu tradycja augustyńska mocno rezonuje, mimo zasadniczo pozytywnego przewartościowania teologii małżeństwa przez Lutra. Swoją drogą Reformator także w celibacie widział szatańskie uderzenie na porządek świata, bo obok państwa jest jeszcze rodzina, a podważanie jej wartości i znaczenia też było dla niego dziełem diabelskim.

KAI: Wróćmy do pokus. Pierwsza to ciało, a kolejne?

– Drugą jest świat z jego blichtrem z ofertą, wszystko, co może odciągnąć człowieka od Boga i myślenia o sprawach Bożych. Natomiast ci, którzy wierzą i są w stanie dać odpór dwóm pierwszym pokusom, są skazani na konfrontację z samym diabłem, którego istotą nie jest to, co często w kreskówkach widzimy – że przy uszach bohatera jest aniołek i z drugiej strony diabełek. To nie jest takie rozumienie grzechu i pokusy. Pokusa po niemiecku to „Anfechtung”, od czasownika, który znaczy „podważać, zaatakować fundamenty”. O to dokładnie chodzi szatanowi – jego zadaniem jest podważyć wiarę. Dlatego w Modlitwie Pańskiej ostatnią prośbą jest „zbaw nas od Złego”. Luter podkreśla, że „Złego” trzeba pisać wielką literą, bo chodzi o diabła, który nas atakuje na różnych zastawia zasadzki.

KAI: A czy Luter daje jakieś rady na pokusy?

– Zanim o radach – ze względu na to rozumienie pokusy jako podważenia fundamentów, u Lutra jest ciekawy zestaw narzędzi teologa. On mówi, że żeby być teologiem, trzeba studiować Pismo Święte, medytować je, właściwie czytać je sobie na głos, żeby ono wybrzmiało. Medytacja i modlitwa, żeby Duch Święty nas oświecił i żebyśmy odczytali to Pismo zgodnie z Jego intencją, a nie tłumaczyli je sobie dowolnie na swoją modłę. Ale to jeszcze nie wystarczy – jest trzeci element tego wszystkiego – to jest właśnie pokusa, “tentatio” po łacinie, “Anfechtung” po niemiecku. I to jest moment, gdy ja z tym, czego z tej mojej lektury, medytacji się dowiem, wychodzę w świat i zostaję z tym skonfrontowany egzystencjonalnie. I dopiero wtedy, kiedy tę próbę egzystencjalną przejdę, mogę powiedzieć, że ja to wiem jako chrześcijanin. I dlatego wydaje mi się, że jedną z największych zasług Lutra dla teologii jest wprowadzenie, właśnie za pomocą pracy z postacią diabła, możliwości wątpliwości w życie chrześcijańskie. W tej logice wątpliwość w życiu chrześcijańskim nie jest czymś, przed czym powinniśmy uciekać. Oczywiście nie powinniśmy jej szukać dla samej zasady, ale jeśli ona się już pojawi, to to znaczy, że coś już jest na rzeczy. Że diabeł uznał, że jemu się opłaca atakować taką osobę, bo jest coś, co można podważyć. Jak nie ma wiary, to wystarczy, że on się skupi na blichtrze świata, na doświadczeniach erotycznych. Mamy problem z głowy – dla szatana, który chce człowieka pozbawić zbawienia, taki ktoś jest już załatwiony. Jednak kiedy on zaczyna wierzyć, to trzeba zacząć uderzać w niego pokusą. Życie chrześcijanina jest życiem pośród pokus. Zawsze. I stąd się biorą te słynne obrazy – np. zamek w Wartburgu i rzucanie kałamarzem.

KAI: Czyli nie chodziło o dosłowne demoniczne prześladowania?

– To bardzo ładny motyw reinterpretacji Lutra. Przez długie lata w tej izbie Lutra na Wartburgu, w której zresztą nie wiadomo, czy przebywał, była na ścianie plama. Mówiono, że to po tym kałamarzu, którym Luter miał rzucić w diabła. Plamę trzeba było co paręnaście czy parędziesiąt lat odmalowywać, bo ludzie ją zeskrobywali. Taka pewna predylekcja do relikwii się u protestantów pojawia. Natomiast dzisiaj plamy już nie ma. Dzisiaj na ścianie wisi taka delikatnie zrobiona metalowa małpka i to też się odnosi do jeszcze jednego wątku, który pojawia się w późnych pismach eklezjologicznych, gdzie Luter pisze o szatanie jako małpie Pana Boga. Co robi małpa? Małpuje, udaje, nieskładnie stara się naśladować wzorzec. I to jest jedna ze strategii szatańskich, którą Luter demaskuje w przestrzeni Kościoła. Bóg dał sakramenty. Te sakramenty były zgodnie z jego wykładnią dwa – chrzest i Wieczerza Pańska. Co robi szatan? Wie, że nie może Bożych sakramentów unieważnić. Więc co wymyślił – całą listę innych zewnętrznych ceremonii, które usiłuje sprzedać na tym samym poziomie co sakrament. A ludzie dają się nabrać na tę całą maskaradę i jest problem, bo ta maskarada jest bardzo cwana, także Ci którzy w dobrej wierze krytykują rzeczy zewnętrzne, zaczynają uderzać nie tylko w jakieś tam święcenie ziół, o których Luter wspomina, ale również w chrzest i w Wieczerzę Pańską. To jest pokłosie doświadczeń z lat dwudziestych, sporów o sakramenty ze Szwajcarami, z anabaptystami, którzy bardzo często atakowali wszystko, co zewnętrzne w Kościele.

KAI: To ciekawe, że w Kościele i ludzkiej mentalności są pewne stałe mechanizmy. Współcześnie też wśród katolików mamy problem np. z tym, że wierni chętniej wybiorą się na duży religijny event, uwielbieniowy koncert czy nabożeństwo z cudownym olejkiem, zamiast na Mszę, co teologowie oczywiście próbują prostować, ale idzie opornie…

– Nic nie dziwi. W tak zarysowanym kontekście jest jeszcze jeden ładny argument odnoszący się do ciągłości Kościoła. W sporze z anabaptystami pojawia się taki zarzut, że Luter utrzymując praktykę chrztu niemowląt właściwie przyznaje się do praktyki rzymskiego Kościoła, który nie był uznawany za Kościół. Bo, lekko upraszczając, wizja anabaptystyczna była taka, że Kościół gdzieś po drodze zniknął. Luter mówi, że ciągłość Kościoła została zachowana i paradoksalnie wykorzystuje zarzut, który mu stawiali. Anabaptyści mówili, że papież jest antychrystem, a Luter go naśladuje. I co odpowiada Luter? Że jeśli papież ma być prawdziwym antychrystem, to musi bezcześcić prawdziwą świątynię. Więc Kościół, w którym działa papież, jest prawdziwym Kościołem. Więc w takim razie ten Kościół, niezależnie od papieży, od tego jak my go oceniamy w tym konkretnym momencie, zachował elementy, które pozwalają nam odnowić chrześcijaństwo – np. Pismo, sakramenty, Modlitwę Pańską, wyznanie wiary, doświadczenie prześladowania etc. Luter się podpisuje pod tymi właśnie elementami i chce je oczyścić z tego, co uznał za wspomnianą „szatańską maskaradę”.

Luter doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie można ot tak zanegować wszystkiego i wrócić do wyobrażeń o pierwszym wieku chrześcijaństwa, bo po drodze jest historia i tradycja, które też są dowodem na Boże działanie. Broniąc chrztu niemowląt w „Dużym Katechizmie” wskazuje, że w historii były osoby, które zostały ochrzczone jako niemowlęta i swoim życiem dowiodły, że żyją zgodnie z Duchem Świętym. I, co ciekawe, na tej jego liście jest oczywista dla Lutra postać – Jan Hus, ale obok jest Jean Gerson. I co tu zrobić z takim zestawem – praski heretyk kontra absolutnie ortodoksyjny rektor Sorbony? Luter to godził.

KAI: Lutrowi niektórzy zarzucają pewne gnostyckie, dualistyczne tendencje, zrównywanie Boga z diabłem…

– Żeby odnieść się do tych zarzutów o dualizm u Lutra, trzeba wrócić na chwilę do obrazu człowieka niczym tej szkapy, ujeżdżanego przez Boga albo diabła. Luter z zasady myśli dialektycznie. I teraz trzeba trochę poważnej filozofii. Luter tak naprawdę jest odpowiedzią nie na systemy wysokiej scholastyki takiej jak Tomasz z Akwinu. Wychowany został na nominalizmie późnośredniowiecznym i to z nominalistami w dużej mierze dyskutuje. Zasadniczym wkładem nominalistów w myśl filozoficzną – poza samym sporem o powszechniki – jest ockhamowskie rozróżnienie na wiarę i wiedzę. Ockham, wychodząc z logiki interpretacji słów, zanegował podstawową strukturę, która pozwala trzymać w całości system filozoficzno-teologiczny Tomasza z Akwinu. Spekuluje on w oparciu o łańcuch przyczynowo-skutkowy. Natomiast według Ockhama, jeśli mówimy, że Bóg jest wszechmocny, to musimy powiedzieć, że jest w stanie zanegować ten łańcuch przyczynowo-skutkowy. W tym momencie cały piękny gmach Tomasza staje się murem z cegieł bez zaprawy. Mając tego świadomość, możemy zobaczyć, na co próbowała reagować Reformacja. Próbuje ona poradzić sobie z tym, że jest pewna rzeczywistość wiary i wiedzy. One między sobą nie są przekładalne. To nauczyło Lutra myślenia dialektycznego, myślenia dwiema kategoriami, przeciwieństwami w napięciu. Całą teologię Lutra da się w takich dialektycznych napięciach pokazać. One są różne – raz jest to ostre napięcie, raz mniej więcej zgodna współpraca.

Hans-Martin Barth parę lat temu wydał znakomitą teologię Marcina Lutra – „Die Theologie Martin Luthers. Eine kritische Würdigung/ The Theology of Martin Luter: a critical assessment”. Całą tę książkę skonstruował wokół takich przeciwieństw. Każdy rozdział to napięcie między jedną a drugą kwestią, w ten sposób omawia całą teologię Reformatora. Uważam, że to podejście jest bardzo trafne. Mając to na uwadze trzeba pamiętać jeszcze jedno: Luter jest w swoim myśleniu bardzo egzystencjalny. Nie formułuje metafizyki jak Tomasz czy scholastycy. On nie próbuje odpowiadać na pytania metafizyczne, tylko na pytania przejętego swoją egzystencją chrześcijanina. I, mówiąc brutalnie, temu przejętemu swoją egzystencją, swoją grzesznością chrześcijaninowi pomocą nie jest teoretyczny gmach odpowiadający na wszystkie wątpliwości metafizyczne. Oczywiście nie chodzi o to, że sprowadzamy całą scholastykę do przysłowiowego sporu o ilość diabłów na łebku od szpilki. Chodzi o to, że cała ta dyskusja porządkująca nam kwestie boskie, jak chociaż wspomniana tu angelologia Tomasza z Akwinu, bardzo ładnie układa nam wszystko. To w sensie intelektualnym jest absolutnie genialna systematyzacja. Luter jednak zastanawiał się nad konkretnymi duszpasterskimi zastosowaniami.

KAI: Przecież Tomasz też był świetnym kaznodzieją, czuł słuchaczy, znał ich problemy…

– Oczywiście, ja nie mówię, że Tomasza nie da się sensownie zinterpretować duszpastersko, ale współcześni Lutrowi kaznodzieje na pewno tego nie robili. I gdy Luter siada do apostoła Pawła, który też myśli takimi napięciami, myśli w pewnych dualizmach, to po prostu przyjmuje ten sposób mówienia, opisując pewne napięcia egzystencjonalne, które są w człowieku. Te wszystkie wyrwane z kontekstu cytaty z Lutra, które gdzieś kursują w przestrzeni publicznej i różnych dyskusjach, np. o Bogu, który musi stać się szatanem, trzeba odczytywać w duchu tego dialektycznego napięcia. Nie chodzi o jakąś metafizyczną deklarację, że mamy dwie walczące siły. Chodzi o doświadczenie wiary, które mierzy się z Bożym sądem. Jest więc tą ostateczną pokusą, ostatecznym „Anfechtung”, doświadczenie tego oskarżycielskiego działania szatana. Dla Lutra szatan w sposób oczywisty wykorzystuje figurę sprawiedliwości Bożej, żeby człowieka pogrążyć. Tymczasem Bóg tylko po to jest sprawiedliwy, żeby człowieka otworzyć na swoje działanie, żeby pokazać, że Go potrzebuje. Natomiast szatan tę sprawiedliwość wykorzystuje przeciwko człowiekowi. Po prostu batoży go przykazaniami; potęguje doświadczenie bycia grzesznikiem, bycia wykluczonym przez Boga.

Drugi etap to oczywiście Chrystus. Dla Lutra jest oczywiste, że żeby pójść do Chrystusa i zrozumieć znaczenie krzyża, trzeba przejść ten pierwszy etap – trzeba doświadczyć własnej grzeszności. I z egzystencjalnej perspektywy osoby, która przez to oskarżenie przechodzi, naprawdę nie jest istotne, czy to jest słowo Boga czy jakaś działalność szatańska. Metafizyczna odpowiedź na pytanie jak działa system nie jest tu istotna. Ważne jest moje egzystencjalne doświadczenie i to, żebym ja uwierzył, że po pierwsze Bóg chce mnie w ten sposób przygotować na dalszy etap, a potem żebym się uchwycił obietnicy, że On mnie z tego wyciągnie. W żadnym wypadku Luter nie próbuje tu opracować żadnego systemu teologicznego. Ci, którzy próbują w ten sposób interpretować jego myśl, pokazują, że kompletnie nie rozumieją, do czego służy metodologia w teologii.

KAI: A jak po ewangelickiej stronie wygląda kwestia opętań i egzorcyzmów?

– Z tym jest bardzo różnie. Współcześnie bardzo dużo zależy od kontekstu. Na pewno europejska teologia przeszedłszy przez oświecenie podchodzi z pewnego rodzaju dystansem do tego obrazu. Chociaż we współczesnych podręcznikach do dogmatyki trzeba docenić np. próby interpretacji szatana jako mocy grzechu, o której pisał św. Paweł – takie doświadczenie pewnej ponadindywidualnej siły, która mnie odciąga od Boga.

KAI: Występują gdzieś egzorcyzmy?

– Tak, zdarzają się próby egzorcyzmów. Do dzisiaj część luterańskich liturgii chrzcielnych zachowuje egzorcyzm. Co ciekawe, liturgia w Polsce czy w Stanach Zjednoczonych jest bardzo mocno reformacyjna. Nie ma w niej wszystkich zewnętrznych rytuałów, np. z solą, ale sam akt wyrzeczenia się szatana jest obecny. Zresztą do dzisiaj w Polsce przysięga konfirmacyjna zawiera ten element wyrzeczenia się szatana, jego spraw i czynów, taka bardzo klasyczna starokościelna formuła. Ciekawiej jest, gdy popatrzymy na szerszy, globalny obraz. Trzeba pamiętać, że najbardziej liczebne jednostkowe Kościoły luterańskie są dzisiaj w Afryce, w Tanzanii i Etiopii. Np. na Madagaskarze Kościół ma około dwóch milionów wiernych, rozwija się dość dynamicznie. Mają tam bardzo mocno rozwiniętą praktykę liturgiczną związaną z egzorcyzmami, z tego względu, że w tamtejszym kontekście, w tamtejszej kulturze, element mierzenia się ze złymi duchami jest czymś niezwykle mocnym wśród ludzi i Kościół, szukając odpowiedzi na to zapotrzebowanie, musiał sięgnąć do tych tradycyjnych chrześcijańskich zwyczajów i je podtrzymać. I tu można odwołać się np. do samego Lutra – zachowały się np. jego listy, w których pociesza kobietę po samobójstwie jej męża, rozważając jakąś ingerencję demoniczną w tej kwestii. To nie jest tak, że on szukał demona za każdym rogiem, mimo tej świadomości obecności demonicznej i szatana. Ta świadomość stałej obecności pokusy jako szatana nie budowała w nim takiego ludowego przekonania, że np. jakieś rzeczy są przeklęte i trzeba je egzorcyzmować, ale w sytuacjach w których egzystencjalnie dochodziło się do pewnej granicy, nie wahał się stosować tego typu interpretacji, wskazując na realne działanie Złego. I te interpretacje wciąż sobie w pewnych kręgach luterańskich żyją, zwłaszcza tam, gdzie kontekst kulturowy temu sprzyja.

KAI: A czy te rytuały egzorcyzmów tam stosowane są jakoś podobne do obecnych w Kościele rzymskokatolickim?

– Na pewno zasadnicza różnica będzie taka, że będą one bezpośrednio oparte na Biblii. Tam nie będzie żadnej gestykulacji, żadnych elementów zewnętrznych, tylko przywołanie słów z Pisma. Bo w tym głębokim reformacyjnym rozumieniu właściwie każde słowo Boże jest par excellence działaniem egzorcyzmującym, bo ma potencjał uwolnić człowieka od mocy grzechu, którym jest on zniewolony. Tak naprawdę w pewnym sensie każde kazanie jest egzorcyzmem. Każde zwiastowanie Ewangelii jest egzorcyzmem. W przypadku wąsko pojętego aktu egzorcyzmu na osobie, z którą dzieją się rzeczy wymykające się naszej współczesnej wiedzy, naszym interpretacjom psychologicznym, oczywiście jest obowiązek angażowania psychologów, żeby po prostu komuś nie zrobić krzywdy. Bo dziś już wiemy, że wygodna kalka, że wszystko co jest dla nas niezrozumiałe, jest od razu opętaniem, to robienie ludziom krzywdy. Ale tam, gdzie jest to konieczne, realizuje się rozumienie słowa Bożego jako tego elementu egzorcyzmującego, które wypowiadane ma moc.

KAI: W tych klasycznych katolickich egzorcyzmach z Rytuału Rzymskiego też nie ma nic takiego, żadnych dialogów z demonami, etc. – treść utkana jest z fragmentów Biblii, zwłaszcza Psalmów…

– W katolicyzmie dziś to ogromne zainteresowanie egzorcyzmami, opętaniami, demonami, wyzwoleniami, jest przykładem na to, jak można bez większej refleksji teologicznej przejmować motywy promowane w protestantyzmie fundamentalistycznym ze Stanów Zjednoczonych…

KAI: Czego Luter i Reformacja uczą o radzeniu sobie z osobowym złem, jakie narzędzia dają do tej walki duchowej?

– Odpowiedź jest prosta – to narzędzia, które są dane każdemu chrześcijaninowi do zwyczajnej chrześcijańskiej egzystencji. „Duży katechizm” Lutra do dzisiaj bywa czytany jako swoisty podręcznik życia chrześcijańskiego, wyposażający człowieka do drogi do zbawienia, co można przełamać przez stwierdzenie „walka z szatanem”. Oczywiście ważniejsze jest to pierwsze, to drugie jest logiczną konsekwencją i nie należy tej kolejności mylić. Narzędzia są proste – studiowanie Pisma, czyli szukanie w nim słowa Bożego dla nas, czekanie aż Duch Święty oświeci nas o co w Piśmie chodzi. Tu trzeba pamiętać, że u Lutra jest rozróżnienie na wewnętrzną i zewnętrzną jasność Pisma. Zewnętrzną jest ta gramatyczno-literacka, a wewnętrzną przekonanie, które Duch Święty w człowieku buduje. Kolejnym narzędziem jest oczywiście modlitwa. Objaśnienie Modlitwy Pańskiej w Katechizmie ma potężny wstęp, który uzasadnia konieczność modlenia się między innymi tym, że żyjemy w świecie, w którym ta moc Złego czy osobowe zło jest obecne. I chrześcijanie dlatego powołani są do modlitwy, żeby w tej próbie móc się ostać. I oczywiście na gruncie luterańskim, co jest pewną specyfiką w świecie protestantyzmu, jest mocny akcent na sakramenty jako obiektywne działanie Boże.

KAI: Była już mowa o chrzcie…

– Bardzo lubię dodatek z liturgią chrzcielną do „Małego katechizmu”, niestety ciągle nie jest dostępny po polsku. Jest w nim ciekawy wstęp, który napisano z perspektywy innej niż definicja katechizmowa. Definicja katechizmowa wychodzi od obiektywizmu działania Bożego w sakramencie, tu mamy polemikę z np. anabaptystami. Natomiast w książeczce chrztu jest mowa o pewnej chrzcielnej praktyce liturgicznej, tam ten wątek obiektywności jest oczywiście w założeniu, ale nie jest wypchnięty na pierwszy plan. Postawiono tam wyraźne wymagania co do chrzczącego, przynoszących dziecko do chrztu i tych, którzy są świadkami tego aktu. Bo oczywiście słowo Boże nie jest uzależnione od tego, kto je wypowie, bo ono będzie działać, ale powaga tego sakramentu i pewien pedagogiczny wymiar całego tego działania wymaga, żeby je traktować poważnie. Wymaga, żeby słowo ustanowienia Chrztu i modlitwy zostały wypowiedziane porządnie, w sposób zrozumiały, dlatego np. nacisk na język narodowy w tej liturgii. Luter ujął w niej modlitwy np. zbudowane na motywie Arki Noego, gdzie chrześcijanin przez chrzest jest jakby wciągany na Arkę, z prośbą by dotrwał na jej pokładzie do końca. I pisze, że wszystkie te modlitwy są po to, żebyśmy byli z tym chrzczonym, bo my mu przez chrzest, włączając go w obietnicę, nakładamy na kark tego najgorszego przeciwnika, czyli szatana z jego pokusami. I nie chodzi o to, że od naszego czynu jest zależne zbawienie tego człowieka, który jest chrzczony, ale o naszą odpowiedzialność jako wspólnoty, że my się teraz mamy za niego modlić, żeby on w tym co otrzymał wytrwał, żeby znalazł wiarę w tę obietnicę.

KAI: W luteranizmie jest jeszcze sakrament Ołtarza, Eucharystia.

– Tak, tu w podobnej logice jest zinterpretowana relacja pomiędzy chrztem a Wieczerzą Pańską. Zarówno przy jednym, jak i przy drugim sakramencie jest wymienione uwolnienie od grzechu, śmierci i szatana. Luter pisał, że w momencie, kiedy przyciskają cię pokusy, kiedy czujesz, że jest ci egzystencjalnie trudno, to szukaj pocieszenia w sakramencie Wieczerzy Pańskiej. On jest dany jako posiłek w drodze. Wracają tu oczywiście starokościelne obrazy np. kosztownego lekarstwa, które ma nas uleczać duchowo, i cieleśnie, albo posiłku w drodze, który chrześcijanie w swojej pielgrzymce ziemi dostają, żeby móc ją kontynuować i nie upaść. Czyli te narzędzia do walki duchowej to studium Pisma Świętego, modlitwa, bycie we wspólnocie, akty wspólnotowe jak chrzest i Wieczerza Pańska rozumiane jako sakramentalne zbawcze działanie. To jest absolutny kanon życia chrześcijańskiego. To jest nam dane nie jako obciążenie, ale jako pomoc, żeby w tym egzystencjalnym doświadczeniu mierzenia się ze sobą, walki z grzechem móc się czegoś uchwycić.

KAI: To ciekawe, że pod tym wszystkim, co zostało powiedziane o walce duchowej, o obecności zła w świecie, może bez rozstrzygania w kwestii osobowego zła, mógłby się pewnie podpisać katolicki teolog, że to są treści i obrazy patrystyczne…

– Oczywiście. Takie wrażenie, że może zaskakująco dużo nas łączy, często występuje na spotkaniach ekumenicznych. Wszyscy jesteśmy spadkobiercami niepodzielonego Kościoła, idziemy w tej samej pielgrzymce czy toczymy tę samą walkę i nie dziwi, że chcemy sięgać po narzędzia, które już zostały uznane za skuteczne.

***
Jerzy Sojka pochodzi z Cieszynia. Polski teolog protestancki, doktor habilitowany nauk teologicznych, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Jego zainteresowania naukowe to m.in. teologia luterańskiej Reformacji XVI wieku i jej współczesna recepcja i interpretacja, a także ewangelicka teologia systematyczna XX wieku.

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.