Drukuj Powrót do artykułu

Silna Polska w silnej Unii – rozmowa z min. Kułakowskim

15 kwietnia 2003 | 18:26 | //mr Ⓒ Ⓟ

“Silna Polska w silnej Unii” – to wizja Unii Europejskiej odpowiadająca polskiej racji stanu – powiedział w wywiadzie z KAI minister Jan Kułakowski, były główny negocjator Rządu RP z Unią Europejską.

*Jakie uczucia rodzi u Pana Ministra data 16 kwietnia 2003 r., dzień podpisania przez Polskę traktatu akcesyjnego Polski z Unią Europejską w Atenach?*

– Jest to spełnienie moich marzeń, jakie towarzyszyły mi od lat. Będę obecny w Atenach jako członek polskiej delegacji. Mieszkając długo za granicą byłem zaangażowany w ruch integracji europejskiej. Ubolewałem, że w tym procesie nie ma Polski, bo z powodu podziału jałtańskiego nie mogła w nim uczestniczyć. Zawsze starałem się przypominać, że integracja Europy bez Polski byłaby integracją częściową, gdyż Polska należy do Europy kulturowo, historycznie, duchowo, a nawet politycznie. Odegrała też ważną rolę w historii Europy. Krótko mówiąc: Europa bez Polski to coś nienormalnego – Europa jakby amputowana. Dotarliśmy do mety pewnego procesu, choć prawdziwym jego zakończeniem będzie wygranie referendum, umożliwiające nam pełne uczestnictwo w strukturach zjednoczonej Europy.

*Jak Pan ocenia ostateczny kształt traktatu akcesyjnego? Czy możemy go uznać za satysfakcjonujący z punktu widzenia naszych interesów narodowych? Czy gdyby Pan do końca prowadził negocjacje, to podpisałby się Pan pod traktatem w jego obecnym kształcie?*

– Zawsze można powiedzieć, że butelka jest w połowie pusta, albo że jest w połowie pełna, że coś można było zrobić lepiej. Niechętnie oceniam to, co zrobili moi następcy. Jeżeli stwierdzę, że zrobili to bardzo dobrze, to się powie, że podlizuję się nowej władzy. A jeżeli oświadczę, że ja bym to zrobił lepiej, to się powie, że mówi tak zazdrosny człowiek, którego odsunięto od negocjacji.

Wydaje mi się, że ten traktat nie jest zły, biorąc pod uwagę dwie ważne sprawy. Po pierwsze, musimy mieć świadomość, że jest to wynik kompromisu. Dobrze znam nasze propozycje wyjściowe, bo je opracowywałem. Odpowiadały one maksymalnie interesom Polski. W każdym rozdziale negocjacyjnym, a było ich 29, Unia dawała na polskie propozycje swoją odpowiedź, która na ogół – nie zawsze, bo niektóre rozdziały zostały szybko zamknięte, gdyż nie stwarzały problemów – wyrażała inne stanowisko. W czasie negocjacji zbliżały się nasze stanowiska. Mogę powiedzieć, że nie było sytuacji, gdy rezygnowaliśmy z wszystkiego, a Unia z niczego. Częstsze były przypadki zbliżenia Unii do naszych pozycji, niż przyjęcia przez Polskę stanowiska Unii. We wszystkich rozdziałach negocjacyjnych doszło do jakiegoś kompromisu. Tak musiało być. Nie można więc oceniać: “To nie jest to, czego żądaliśmy”. Efekt nie mógł być dokładnie taki, jak nasze żądania, bowiem taka jest natura negocjacji.

Po drugie, faktem jest, że zakończenie negocjacji odbywało się w czasie niedobrej koniunktury gospodarczej w Polsce, w Unii Europejskiej i w ogóle na świecie. Trzeba wziąć pod uwagę, że pewne rzeczy można by było wynegocjować, gdyby istniała lepsza koniunktura. W sytuacji złej koniunktury gospodarczej taka możliwość nie istniała.

Biorąc pod uwagę te dwa fakty oceniam, że jest to niezły traktat i daje on podstawy do dobrego wejścia Polski do Unii Europejskiej, choć oczywiście nie jest doskonały. Samo zakończenie negocjacji na szczycie kopenhaskim w grudniu ub.r. nie było teatrem, jak to niektórzy interpretowali. Nie wszystko zostało wcześniej zdecydowane i w Kopenhadze zapadły pewne istotne – korzystne dla nas – decyzje. Trudne negocjacje trwały do końca, zakończyły się pół godziny przed ogłoszeniem ich wyników.

*Do traktatu akcesyjnego dołączona jest deklaracja rządu polskiego dotycząca nadrzędności polskiego ustawodawstwa w sprawach moralnych i obrony życia. Polscy obrońcy życia zapowiadają, że wezwą do głosowania na “nie” w referendum europejskim, jeśli nie znajdzie się w tej deklaracji zapis stwierdzający wprost, że ustawodawstwo polskie dotyczące aborcji będzie obowiązywało bez względu na prawo unijne…*

– Nie ma ustawodawstwa unijnego w sprawie aborcji i w wielu sprawach dotyczących kultury, tożsamości, tradycji. Myli się tu ustawodawstwo poszczególnych krajów członkowskich Unii z ustawodawstwem unijnym. Unia nie ma kompetencji w tej dziedzinie. Dlatego nie widzę tu żadnego zagrożenia z jej strony.

*Ale Parlament Europejski przyjmuje rezolucje w sprawach dotyczących moralności i ludzkiego życia… Czy nie są to decyzje unijne?*

– Nie. Parlament Europejski może przyjąć jakąkolwiek rezolucję, lecz nie ma to żadnego znaczenia prawnego. Kompetencje Parlamentu są ściśle określone przez traktaty europejskie i tylko jeśli podejmuje on rezolucje w dziedzinach, w których musi być konsultowany, wtedy ma to znaczenie ustawodawcze bądź dla prowadzenia polityki europejskiej. Osobiście żałuję, że została uchwalona rezolucja w sprawie aborcji, zresztą małą większością głosów, gdyż duża część parlamentarzystów głosowała przeciwko. Jest to wybryk, moim zdaniem niemądry, który nie ma żadnej wartości prawnej, ani nawet politycznej czy moralnej. Mam nadzieję, że tego rodzaju większość nie pojawi się po rozszerzeniu Unii Europejskiej.

*Innymi słowy jest to deklaracja grupy posłów, którzy chcieli wyrazić swoje poglądy na temat aborcji…*

– Dokładnie!

*… ale nie jest to zobowiązujące dla władz Unii?*

– Absolutnie nie.

*Od kilkunastu miesięcy obserwujemy prace Konwentu Europejskiego, który przygotowuje projekt traktatu konstytucyjnego…*

– To bardzo ważne, że będzie to nie konstytucja, ale traktat konstytucyjny. Jeżeli byłaby to konstytucja oznaczałoby to, że Unia Europejska będzie rodzajem państwa federalnego, bo tylko twór państwowy może mieć konstytucję. Natomiast traktat konstytucyjny jest układem między państwami, ale o wartości wyższej niż zwykły traktat. Może on ewentualnie zapowiadać przyszły rozwój w kierunku federacji, ale hic et nunc wyklucza pojęcie federacji.

*A jaka wizja Unii Europejskiej w przyszłości jest Pańskim zdaniem najbardziej korzystna z punktu widzenia polskiej racji stanu?*

– Wprawdzie nie lubię sloganów, ale ująłbym to lapidarnie: “Silna Polska w silnej Unii”. Potrzebna jest nam silna Unia, która ma dobre wspólne polityki i sprawne instrumenty, mechanizmy działania, ażeby te polityki wprowadzać. Jednym słowem – Unia, która spełnia wymogi solidarności w stosunku do państw członkowskich i ich mieszkańców. Zawsze podkreślałem, że nie chcemy byle jakiej Unii. Odbywałem niekończące się dyskusje z przyjaciółmi i decydentami w krajach Unii Europejskiej. Mówili mi, że rozszerzenie Unii jest konieczne, ale bali się, że poprzez nasze wejście dorobek unijny, integracyjny zostanie rozmyty, że będziemy raczej dążyli do strefy wolnego handlu, natomiast cele polityczne, a nawet etyczne Roberta Schumana, Konrada Adenauera, Alcide De Gasperiego nas nie interesują. Starałem się tłumaczyć, że są one dla nas ważniejsze od spraw gospodarczych, bo tworzą one obraz Europy opartej na wartościach.

Wydaje mi się, że należy wykluczyć stworzenie w Europie państwa federalnego. To nie będą Stany Zjednoczone Europy. Natomiast pewne formy federalizmu już istnieją, chociażby dlatego, że istnieje wspólna waluta. Nie wykluczałbym więc dochodzenia do jakichś form federacji, ale nadal będzie to federacja państw i narodów, a nie państwo federalne. Federacja państw, którą w Polsce definiował Tadeusz Mazowiecki, a w Brukseli Jacques Delors, wydaje mi się dobrą formułą. Chodzi o zachowanie równowagi między elementem wspólnotowym i państwami członkowskimi. Osobiście jestem zwolennikiem postępu w dziedzinie wspólnotowości: zwiększenia praw Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej, podczas gdy inni chcieliby wzmocnić element międzyrządowy, kładąc nacisk na uprawnienia Rady. Opowiadam się za ograniczeniem do minimum głosowania jednomyślnego na rzecz rozszerzenia stosowania większości kwalifikowanej.

Często cytuję wypowiedź Delorsa, który powiedział kiedyś, że Unia Europejska to obiekt politycznie niezdefiniowany. Nie wierzę w definicję sztywną, że to, czym ma być Unia, zostanie już do ostatniej kropki nad “i” określone na konferencji międzyrządowej, która nastąpi po zakończeniu prac Konwentu. Unia jest czymś dynamicznym, co powstaje w miarę potrzeb i dojrzałości państw członkowskich oraz ich mieszkańców. Będzie się rozwijała w sposób żywiołowy, praktyczny. Należy temu procesowi nadać pewne ramy, natomiast ścisłe, sztywne zdefiniowanie, czym Unia ma być na “wieki wieków” – jest pozbawione sensu.

*Pracom Konwentu towarzyszy wielka dyskusja o miejscu i roli wartości w konstrukcji europejskiej. Zaczęła się ona już przy tworzeniu Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Na ile Unia jest otwarta na tę dyskusję i na zgłaszane w niej postulaty Kościołów, poczynając od Stolicy Apostolskiej?*

– To jest bardzo poważna sprawa. Na pewno te zapisy na temat wartości, które istnieją w Karcie Praw Podstawowych, są niewystarczające. Jest to słaby, mało konkretny zapis i należałoby znaleźć formułę mocniejszą i coś więcej wyrażającą. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek w Unii twierdził, że kultura chrześcijańska nie ma nic wspólnego z integracją europejską. Natomiast istnieje dość silne przekonanie o rozdziale polityki, prawa i konstytucji od Kościoła i religii. Ono jest bardzo zakorzenione w niektórych krajach członkowskich Unii, w szczególności we Francji. Wahania te należy brać pod uwagę, wyciągając wniosek, że proponowana do traktatu konstytucyjnego formuła odwołania do wartości nie może dzielić, ona musi łączyć. Jeśli nie będzie tam nic powiedziane o Bogu, o wartościach religijnych, ani o dziedzictwie chrześcijańskim, wtedy ludzie wierzący mogą poczuć się obywatelami drugiej kategorii. Z drugiej strony, jeżeli się przyjmie maksymalistycznie invocatio Dei w znaczeniu wąskim, rozpoczynając traktat słowami: “W imię Boga wszechmogącego…”, oznaczającymi, że cały tekst jest pisany w imię Boga, albo się napisze, że Unia Europejska opiera się wyłącznie na chrześcijaństwie, to wtedy obywatelami drugiej kategorii poczują się niechrześcijanie, agnostycy czy ateiści. Żyjemy w Europie pluralistycznej, mieszkają w niej ludzie wierzący i niewierzący, dlatego trzeba znaleźć formułę, która ich połączy. Jestem zwolennikiem przyjęcia formuły zbliżonej do formuły z polskiej konstytucji: “Wartości Unii włączają wartości tych, którzy wierzą w Boga jako źródło prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak też tych, którzy nie podzielają tej wiary, ale szanują uniwersalne wartości, wywodząc je z innych źródeł”. Jeżeli zostałaby ona przyjęta, powinno to w pełni satysfakcjonować ludzi wierzących. Natomiast obawiam się, że będą trudności z jej przyjęciem, z powodu wspomnianego podejścia niektórych państw, uważających, że wymienianie Boga w traktacie konstytucyjnym to mieszanie religii do spraw, w które nie powinna być mieszana. Obawiam się, że ten tekst nie będzie brzmiał tak, jakbyśmy chcieli. Nie powinno to jednak skłaniać do głosowania na “nie” w referendum europejskim.

*Jest taka tendencja, by mówić, że my jako Polacy, reprezentujemy wszystkie te wartości i stracimy je w Unii. Ale czy my te wartości tak do końca posiadamy? Czy tak do końca je praktykujemy? To jest chyba najważniejsze pytanie. Znają Panowie badania opinii publicznej, z których wynika, że niemal 70 proc. Polaków opowiada się za aborcją…*

– Mówi się też, że co prawda ojcowie Europy byli dobrymi katolikami, ale od reprezentowanych przez nich wartości Unia dawno już odeszła. To nieprawda. Są tam przecież bardzo aktywne ugrupowania, ruchy i środowiska religijne. Często się z nimi stykałem i nie miałem nigdy poczucia negacji wspólnych nam wartości. Kiedy spotykam się z polskimi księżmi, mówię, że Ewangelia i życie codzienne parafii to nie to samo. Życie codzienne parafii wypełnia maksymalnie jak może Ewangelia, ale wypełnia tylko częściowo. Bo gdy się jakąś wielką ideę wprowadza w życie, to przychodzą trudności, opory. To jest nieuniknione.

*Może warto by przypomnieć, jakie były te wartości, o których mówili ojcowie Europy?*

– Na początku wcale nie chodziło o gospodarkę. Najpierw chodziło o przezwyciężenie tragicznej spuścizny II wojny światowej. Pokój między Francją a Niemcami, później rozszerzony na inne kraje, pojednanie, prawa człowieka, demokracja – wszystko opierało się na tych wartościach. Powstanie jako pierwszej Wspólnoty Węgla i Stali wiązało się z tym, że były to kluczowe gałęzie produkcyjne dla przemysłu zbrojeniowego. Uwspólnotowienie węgla i stali uniemożliwiało wojny między państwami członkowskimi. Od razu powstały też projekty wspólnoty politycznej i obronnej, które jednak upadły, gdy w 1954 r. odrzuciło je francuskie Zgromadzenie Narodowe. Wtedy dopiero powstała koncepcja, że trzeba kontynuować integrację drogą gospodarczą, bo ta droga jest możliwa. Doszło do konferencji w Messynie, podpisano Traktaty Rzymskie, co umożliwiło powstanie Wspólnoty Europejskiej w 1957 r. Droga ekonomiczna integracji zaistniała na tle przyhamowania drogi politycznej, stając się środkiem prowadzącym do tego samego celu, który jest też dalekosiężnym celem politycznym.

*Czy wejście Polski do Unii oznacza niebezpieczeństwo bardzo przyspieszonej laicyzacji w naszym kraju, czy też jest jakąś szansą na zwiększenie obecności pierwiastka chrześcijańskiego w całej Europie?*

– Uważam, że wejście do Unii nie jest związane z zagrożeniem większą laicyzacją w Polsce. Bo przecież zagrożenia te istnieją na innej płaszczyźnie. Groźba laicyzacji wypływa z rosnącego dobrobytu, z nacisku kultury konsumpcyjnej, itp. A ponieważ kontakty z innymi, bardziej niż my zlaicyzowanymi państwami za sprawą telewizji, podróży itp. są coraz żywsze, to niebezpieczeństwo już istnieje. Ale ono nie zwiększy się za sprawą wejścia Polski do Unii. To jest inna płaszczyzna: nie płaszczyzna członkostwa, polityczno-prawna, lecz płaszczyzna kulturowo-społeczna i duchowa. Czy wejdziemy do Unii, czy nie wejdziemy, te procesy nam zagrażają przez fakt globalizacji kulturowej, jaka istnieje na całym świecie. A czy nasze wejście do Unii umożliwi pewne przyhamowanie procesów laicyzacyjnych w Europie, pewną intensyfikację dążenia do wartości, to zależy od nas samych, a nie od Unii.

Wydaje mi się, że grupy ludzi zaangażowanych, naprawdę starających się wprowadzić chrześcijaństwo w życie, są wąskie: zarówno w krajach Unii, jak i w Polsce. Z tym, że u nas istnieje jeszcze to, co bym nazwał “szarą strefą katolicyzmu” – ludzie, którzy nie zrezygnowali z praktyk religijnych, chodzą do kościoła, choć może nieregularnie, ale którym brakuje sentire cum Ecclesia. Oni właściwie są zlaicyzowani, co innego ich interesuje, ale z powodu tradycji chodzą do kościoła, chrzczą dzieci, ślub biorą w kościele, pogrzeb chcą mieć katolicki… Nie neguję wartości tradycji, ale katolicyzm nie może opierać się tylko na tradycji. Ta szara strefa zniknęła w krajach Zachodniej Europy. Ci, którzy nie przeżywają naprawdę życia religijnego – odeszli, są agnostykami, nie przychodzą do kościoła. Ale te grupy naprawdę żyjące wartościami religijnymi są – moim zdaniem – bardzo zbliżone jakościowo i porównywalne ilościowo z naszymi.

*A jak powinniśmy się do tego przygotować, jako polscy chrześcijanie?*

– Poprzez jak najgłębsze, a jednocześnie otwarte chrześcijaństwo. Błędem byłoby przekonanie, że wchodzimy do Unii jako misjonarze, bo także tam są te same wartości. Małe grupy, które są nosicielami tych wartości, u nas też są małe… Trzeba się jak najbardziej związać z tamtymi grupami i wzmocnić te wartości naszymi wartościami i tradycjami, które możemy wnieść. Ale to jest wyzwanie przede wszystkim dla nas. To nie jest wyzwanie dla Unii.

*W “Rzeczpospolitej” napisano o Pańskiej pracy jako negocjatora: “Jan Kułakowski wolał wytyczać dalekosiężne cele, niż rozmawiać o kształcie ogórków czy unijnych dyrektywach”. Jakie są te dalekosiężne cele Polski, jako przyszłego członka Unii Europejskiej? Co Polska osiągnie przez wejście do Unii?*

– Osiągnie to, że nie będzie żyła w izolacji, bo inne państwa naszego regionu do Unii wejdą. Polska włączy się do pewnego trendu rozwojowego, cywilizacyjnego, a przede wszystkim wejdzie do grupy decydentów, to znaczy będzie miała możliwość większego wpływania na swoje losy. Bo to, że Unia Europejska – nie tylko Unia, ale także ona – ma wpływ na nasza gospodarkę i społeczeństwo, jest jasne i będzie miała ten wpływ także w sytuacji jeśli do niej nie wejdziemy. Ale pozostaniemy wtedy przedmiotem decyzji podejmowanych gdzie indziej. Tymczasem kiedy do Unii wchodzimy, stajemy się jednym z podmiotów, który ma prawo współdecydować.
Unia od zawsze rozwijała się poprzez kompromisy między państwami w poszczególnych sprawach. Nie staniemy się więc w Unii tylko “klientami” Niemiec czy Francji, lecz będziemy zawierali koalicje z różnymi państwami członkowskimi, w zależności od problemów, jakie wymagają rozwiązania. Będziemy w ten sposób mieć wpływ na decyzje Unii, które nas dotyczą, czego w tej chwili nie mamy.

*Różne środowiska wyrażają poważne obawy związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej. Rozdawane są ulotki przestrzegające, że Polska na zawsze straci swą suwerenność.*

– Nienawidzę sloganów, zarówno ze strony “euroentuzjastów”, jak i “eurosceptyków”. Zresztą nie lubię obu tych określeń, bo “eurosceptycy” są właściwie “europrzeciwnikami”, a sceptykami mogą też być “eurozwolennicy”.

Trzeba by zastanowić się nad tym, co to jest suwerenność. W dzisiejszym świecie globalizacji suwerenność gospodarcza jest mrzonką. Suwerenność wojskowa to jest sprawa NATO. Tu nie było oporu żadnych środowisk. Jeżeli tracimy suwerenność wojskową, to tracimy ją za pośrednictwem NATO, a nie Unii Europejskiej. Natomiast suwerenność polityczna zasadniczo nie jest zagrożona lub jest minimalnie zagrożona przez Unię. Owszem, pewne zagrożenie mogłoby pochodzić ze strony wspólnej polityki zagranicznej UE, gdyby decyzje podejmowano przez głosowania większościowe, ale widzimy, że wspólnej polityki zagranicznej Unia po prostu nie ma. Jeśli się narodzi, to nieprędko.

Tym, którzy obawiają się utraty suwerenności bardzo zależy na prestiżu Polski. Ale zapominają, że w Unii zyskujemy udział w suwerenności innych państw. Dzielimy się naszą suwerennością, ale uczestniczyć będziemy we wspólnej suwerenności. Zamiast naszej małej – teoretycznej, powiedzmy sobie szczerze – suwerenności Polski, zyskujemy udział w dużej suwerenności europejskiej i będziemy mieć wpływ na tę suwerenność.

*Nie można więc powiedzieć że czeka nas dyktatura Brukseli, tak jak kiedyś dyktatura Moskwy?*

– Muszę powiedzieć, że to stwierdzenie jest po prostu nieuczciwe. Przecież dyktatura Moskwy została nam narzucona siłą polityczną, wojskową – tu jest referendum. Jeżeli powiemy “tak”, to będzie to wola narodu. Bruksela to nie Kreml. Nie ma możliwości działania policyjnego czy wojskowego, bo to jest sprzeczne z zasadami Unii Europejskiej. Porównanie takie wykracza poza pewne granice uczciwości w debacie.

*A suwerenność kulturowa? Czy rzeczywiście po wejściu do Unii nastąpi odcięcie od polskich korzeni i tradycji?*

– Czy państwa członkowskie Unii Europejskiej – Niemcy, Francja, Włochy – straciły swoje tradycyjne wartości, swoją kulturę? Myślę, że jest wręcz przeciwnie. W kontakcie z innymi kulturami można lepiej “dopracować” własną, dowartościować ją i przedstawiać innym. Poza tym Unia może pomagać w rozwoju kultur narodowych. Nie jest mechanizmem, który tworzy jakąś nową kulturę. Tego Unia nie ma ani w swoich kompetencjach, ani w celach. Kultura europejska jest złożona z kultur poszczególnych narodów. Nie stanowi monolitu, czegoś w rodzaju esperanto, bez głębokich korzeni historycznych.

*Niektórzy, zwłaszcza starsi Polacy, boją się, że odżyją niemieckie akty własności na Ziemiach Zachodnich i Północnych…*

– To jest problem stosunków polsko-niemieckich, ale jest on podnoszony wyłącznie przez ugrupowania mniejszościowe, bo zarówno socjaldemokraci, jak i chadecy nie zgadzają się z tymi roszczeniami. Uważam, że wejście do Unii jest gwarancją, że np. ruchy ekstremistyczne w Niemczech nie będą się rozwijały, bo będą w taki czy inny sposób przez nią tłumione, tak jak np. Jörg Haider w Austrii był tłumiony przez inne państwa Unii Europejskiej. Jako instytucja demokratyczna Unia jest hamulcem dla wszelkiego rodzaju ekstremizmów. Problemy polsko-niemieckie byłyby większe, gdybyśmy pozostali poza Unią, bo nie bylibyśmy członkiem tej samej rodziny.

*Są też obawy natury ekonomicznej: 4 mln polskich rolników straci pracę, wzrośnie bezrobocie i pogłębi ubóstwo, nastąpi podwyżka cen…*

– To są problemy wyrwane z kontekstu. Przykład Hiszpanii pokazuje, że bezrobocie tam szybko zmalało po wejściu do Unii dzięki rozwojowi gospodarczemu, inwestycjom, itd. Wzrost cen na ogół się wiąże ze wzrostem stopy życiowej i zwiększeniem dochodów ludzi. Problem polega na tym, czy chcemy prowadzić politykę maltuzjańską, starając się utrzymać obecny poziom bezrobocia, cen, nie dopuszczając do ich wzrostu, czy też podejmujemy pewne wyzwanie, by tę sytuację poprawić. Wyzwanie to tak czy inaczej stoi przed nami, bez względu na to, czy wejdziemy do Unii, czy nie. Natomiast mamy przykłady krajów biednych, które do Unii weszły i nastąpił tam rozwój gospodarczy: w Hiszpanii, Portugalii, a zwłaszcza Irlandii nastąpił znaczący postęp. To jest dowód, że Unia Europejska to środowisko sprzyjające rozwojowi. Nie zakopuje się tam talentów, ale stara się je pomnożyć.

*A jeśli chodzi o problem rolników? 27 proc. Polaków związanych jest z rolnictwem. W tym środowisku istnieją poważne obawy, których nie likwiduje nawet perspektywa dopłat bezpośrednich…*

– Często jednak te obawy są tworzone przez różne ośrodki. Pamiętajmy, że podobne obawy istnieją także w środowiskach rolniczych w obecnych krajach członkowskich Unii Europejskiej, które boją się, że Polska zaleje je swoimi produktami. Rolnictwo w ogóle zawsze było problemem trudnym, w Unii także, bo niektóre państwa miały na początku rolnictwo podobne do naszego.

W Polsce większość gospodarstw rolnych to małe gospodarstwa, które nie produkują na rynek, lecz produkują na własne potrzeby. Gospodarstwa te mogą dalej produkować na własne potrzeby i nie będą miały w Unii sytuacji ani gorszej, ani lepszej, niż mają teraz. Albo nadal będą chciały wegetować, Unia im tego nie zabroni, albo będą się likwidowały. Natomiast gospodarstwa, które produkują na rynek, niekoniecznie duże, ale sprawne, zyskają dzięki dopłatom bezpośrednim. W Unii niektórzy twierdzą, przesadzając zresztą, że największymi beneficjentami wejścia Polski do UE będą rolnicy.

Mówi się dużo, i słusznie, o dopłatach bezpośrednich. Walczyliśmy o nie bardzo ostro. Trzeba przypomnieć, że Unia Europejska na początku negocjacji powiedziała, że nie będzie w ogóle dopłat bezpośrednich dla nowych państw członkowskich. Jednym z największych sukcesów negocjacyjnych Polski było złamanie oporu Unii co do zasady dopłat bezpośrednich. Później, gdy Unia zgodziła się, że dopłaty będą, zażądaliśmy 100 proc., a oni zaproponowali 25 proc., a dopiero później więcej. Natomiast nie mówi się wystarczająco o funduszach strukturalnych, które są przeznaczone dla obszarów wiejskich, ażeby dla tych, którzy zrezygnują z produkcji rolnej tworzyć możliwości pracy w usługach, rozwijania gospodarstw agroturystycznych itp. To są dwie kolumny, na których opiera się polityka rolna: z jednej strony dopłaty, a z drugiej polityka strukturalna, która ma zapobiec pauperyzacji tych, którzy będą zmuszeni odejść od produkcji rolnej.

*Załóżmy, że w referendum większość Polaków zagłosuje przeciwko wejściu Polski do UE. Czy istnieje jakaś alternatywa?*

– Nie twierdzę, że nieprzystąpienie do Unii to jest koniec Polski. Nie, Polska będzie w dalszym ciągu istniała. A wejście do Unii nie otworzy od razu przed nami wszystkich szans, żadna manna nie spadnie z nieba. 2 maja 2004 r. nie urodzimy się w innej Polsce. Natomiast nie widzę, w jaki sposób sytuacja w Polsce miałaby się polepszyć, jeżeli zignorujemy trend rozwojowy, jaki reprezentuje Unia. Możliwości zwiększenia inwestycji, wymiany handlowej, większego bezpieczeństwa – wszystko to daje szansę na jakąś dynamikę w kraju. Jaka jest szansa, że zły stan polskiego rolnictwa się nagle polepszy poza Unią? Czy alternatywą dla Unii ma być izolacja, gospodarka zamknięta – w świecie, w którym wszystko się miesza i obraca? Nie widzę, jak moglibyśmy polepszyć sytuację w kraju zupełnie sami, jako takie “Zosie samosie” na Okopach Świętej Trójcy, co moglibyśmy polepszyć względnie szybko i dobrze poza Unią.
Rozmawiali: Paweł Bieliński i Marcin Przeciszewski

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.