Drukuj Powrót do artykułu

Św. Franciszek z Marymontu – wspomnienie ks. Zygmunta Trószyńskiego kapelana AK

04 sierpnia 2015 | 14:53 | aw Ⓒ Ⓟ

Święty Franciszek, apostoł Marymontu, "gorączka pełen projektów" – tak mówiono o ks. Zygmuncie Trószyńskim, pierwszym proboszczu marymonckiej parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski. Pół wieku po śmierci pozostał w pamięci jako kapłan, troszczący się o najuboższych, kapelan AK, ksiądz, ratujący żydowskie dzieci, więzień stalinowskich kazamatów. W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego odżywa pamięć o bohaterskim proboszczu. W czerwcu w parafii obchodzono 50-lecie jego śmierci.

Święty Franciszek, apostoł Marymontu, "gorączka pełen projektów" – tak mówiono o ks. Zygmuncie Trószyńskim, pierwszym proboszczu marymonckiej parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski. Pół wieku po śmierci pozostał w pamięci jako kapłan, troszczący się o najuboższych, kapelana AK, ksiądz, ratujący żydowskie dzieci, więzień stalinowskich kazamatów. W rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego odżywa pamięć o bohaterskim proboszczu. W czerwcu e parafii obchodzono 50-lecie jego śmierci.

Obecny proboszcz marymonckiej parafii ks. Marcin Jurak MIC mówi w rozmowie z KAI, że był zaskoczony, gdy po ogłoszeniu o Mszy św. z okazji 50-lecia śmierci ks. Trószyńskiego zgłosiły się osoby, które go pamiętają lub były przez niego chrzczone, co poczytują sobie za zaszczyt. Zgłosił się też były współwięzień, który siedział w jednej celi z proboszczem marymonckiej parafii.

Całe życie był związany z Marymontem, Bielanami i okolicznymi miejscowościami, które dopiero po wojnie przyłączono administracyjnie do Warszawy. Był synem wójta gminy Marymont – Ruda, Mikołaja Trószyńskiego i jego trzeciej żony, Marii z Richterów. Przyszedł na świat 4 grudnia 1887 r. W sumie w rodzinie wychowywało się ośmioro dzieci, a starsze rodzeństwo, po śmierci rodziców (Zygmunt miał pół roku, gdy zmarła mu matka i 17, gdy stracił ojca), zatroszczyło się o jego wykształcenie. Po ukończeniu siedmioklasowej szkoły Zrzeszenia Kupców Warszawskich studiował na Wydziale Przyrodniczym UJ, po czym kontynuował studia na Uniwersytecie we Fryburgu. Pod wpływem ks. Władysława Korniłowicza zaczął studiować teologię i odkrył powołanie kapłańskie. Wrócił do Warszawy w 1910 r., wstąpił do seminarium, trzy lata później przyjął święcenia kapłańskie z rąk bp. Kazimierza Ruszkiewicza.

W 1915, dzięki o. Leonowi Kulwieciowi poznał Zgromadzenie Marianów, które od kilku lat, po kasacie carskiej, odnawiał bł. ks. Jerzy Matulewicz, późniejszy biskup wileński. Praca w parafii, opieka nad ubogim ludem, modlitwa za zmarłych – charyzmat Zgromadzenia, które na początku XVIII w. założył o. Stanisław Papczyński – pociągnął młodego księdza. Po odbyciu nowicjatu pracował w kilku placówkach, w tym w USA, ostatecznie wrócił na MArymont, gdzie był rektorem, a później proboszczem, dysponującycm niewielką kaplicą, rozbudowaną w późniejszych latach. Jego współpracownikiem był ks. Michał Sopoćko, w przyszłości spowiednik św. Faustyny Kowalskiej. Prawdopodobnie tym kontaktom kościół zawdzięcza jeden z najstarszych obrazów Pana Jezusa Miłosiernego, który zawisł w jego wnętrzu w czasie okupacji niemieckiej.

Dobroczynność stała się prawdziwym żywiołem proboszcza kościoła pw. Matki Bożej Królowej Polski. Gdy obejmował funkcję rektora kaplicy "na Górce" dzielnica liczyła zaledwie 9 tys. mieszkańców. Byli to ludzie ubodzy, zaniedbani, zubożali z powodu wojny. Organizowanie dla nich jadłodajni i przedszkoli, dożywianie dzieci, były priorytetem ks. Trószyńskiego. W 1928 r. powołał parafialne koło Caritas. Parafianie zapamiętali jego wysoką, wychudzoną sylwetkę, przetartą sutannę, dziurawe nieraz buty (lepsze zawsze rozdawał i wracał do pary znoszonego obuwia), gdyż rozdawał biednym wszystko, co posiadał. Wiedział, że ubóstwo duchownego jest najlepszym sposobem ewangelizacji.

Miał wiele pomysłów dzieł dobroczynnych, które przerastały możliwość ich realizacji. "On zawsze taki sam gorączka, pełen projektów, pretensji nieraz, że nie chcą ich urzeczywistnić, ale w gruncie gorliwa, zacna dusza. Zawsze potem przeprasza i cofa się, że się zagorączkował. Niech się nie boi, nikt nie myśli przeszkadzać dobrym rzeczom, ale roztropność musi normować zapał i wszystkie inne cnoty” – pisał generał Zgromadzenia ks. Jerzy Matulewicz do współbrata zakonnego.

W szczególnie trudny czas okupacji niemieckiej ks. Trószyński jeszcze intensywniej pomagał najuboższym, ale zaangażował się też w ruch oporu. Już w 1940 r. wstąpił do Związku Walki Zbrojnej (późniejszej Armii Krajowej). W czerwcu 1940 został kapelanem oddziału kobiecego łączności i sanitariuszek "Sadownik", który później zasłynął pod nazwą Żywiciel. Używał pseudonimu Alkazar. Udostępnił salę parafialną na ćwiczenia i odprawy, odbierał przysięgi, spowiadał. Plebania i inne zabudowania kościelne były punktami kontaktowymi dla podziemia AK, tu ukrywali się jej "spaleni" członkowie, "chłopcy z lasu", pragnący spotkać się z rodzinami. Nie bał się w kazaniach zapowiadać upadek faszyzmu tłumacząc, że antychryst nie może zwyciężyć. W sposób zakamuflowany mówił o "najeździe szwedzkim" i "Szwedach". Po tragicznej śmierci generała Władysława Sikorskiego w 1943 odprawił Mszę św. w jego intencji. Z tego powodu był wzywany przez gestapo w Aleję Szucha, gdzie był bity po odczytaniu mu fragmentów kazań, spisanych przez konfidentów.

Proboszcz Marymontu uratował wiele żydowskich dzieci. Jak wspomina jeden ze świadków, wydawał im fałszywe metryki, ukrywał na plebanii, lokował u zakonnic lub w rodzinach swych parafian, dając pieniądze na ich utrzymanie. Był w kontakcie z ks. Leonem Szelągiem, przechowującym chłopców żydowskich w internacie szkoły na Bielanach. Zachował się przekaz, że wezwał kiedyś jedną z parafianek i zapytał ją, ile ma dzieci. Odparła, że troje. Na to on: „To będzie miała pani czwarte”. Zdziwionej kobiecie powiedział: „Nie filozofować, nie filozofować” i wręczył przybranej matce metrykę chrztu chłopca.

O wybuchu Powstania Warszawskiego dowiedział się na odprawie 1 sierpnia. Niezwłocznie wrócił na Marymont, ukrył archiwa parafialne i pełnił posługę naczelnego kapelana obwodu "Żywiciel". Zbierał rannych i przenosił do zainspirowanych szpitali polowych. "Był zawsze wśród żołnierzy na pierwszej linii ognia, niosąc im nie tylko pociechę kapłańską, ale i zwyczajną, ludzką pomoc. Chodził z krzyżem w ręku po całym Żoliborzu" – wspominał świadek wydarzeń. Organizował pochówki ofiar, co umożliwiło po wojnie przeprowadzenie ich ekshumacji, gdyż wskazywał miejsca pochówków. Był świadkiem mordów dokonywanych na ludności cywilnej przez niemieckie jednostki. Prawdopodobnie 16 września został ranny w policzek, została naruszona tętnica, ale mógł funkcjonować. Po zaprzestania działań zbrojnych 2 października 1944, co zakończyło Powstanie przedostał się najpierw do Lasek, później krążył po podwarszwskich miejscowościach.

Na Marymont wrócił dzień po wyparciu Niemców przez Rosjan, 18 stycznia 1945 r.. Niezwłocznie zaczął organizować garkuchnię, bursę dla sierot po poległych powstańcach im. gen. Grota – Roweckiego. Naprawił zniszczony kościół "na Górce" i już 11 lutego 1945 r. odprawił w nim pierwszą Mszę św. (wcześniejsze odprawiał po domach).

Władze komunistyczne uznały, że energiczny, choć starszy kapłan, jest dla nich zagrożeniem. Ks. Trószyński został aresztowany w styczniu 1949 r. i osądzony na 6 lat więzienia za "działalność antypaństwową w grupie AK i wznowienie działalności" oraz kontakty z Janem Mazurkiewiczem ps. Radosław. W śledztwie był bity i poniżany, ale znosił ze spokojem zadane cierpienia w mokotowskim X Pawilonie, a później w Rawiczu i Wronkach. Spowiadał więźniów, skazanych na śmierć, niemieckim SS-manom dawał papierosy, wszystkich osadzonych podnosił na duchu.

Na Marymont wrócił w 1953 r. Jako karany nie miał prawa sprawowania funkcji kościelnych, krążył więc po parafiach jak sam to określał jako "pogotowie kapłańskie". Był kapelanem w Laskach i sióstr urszulanek na Młocinach, pracował w parafii księży marianów na ul. Wileńskiej na Pradze.
W 1956 r. wystąpił o rehabilitację do Sądu Wojewódzkiego. „Wymierzoną mi wówczas karę odsiedziałem w całości; nie wnoszę pretensji do tych ludzi, którzy w śledztwie znęcali się nade mną bijąc mnie i poniewierając – albowiem jako kapłan katolicki przebaczyłem im dawno ich postępowanie wobec mnie – albowiem tak mi nakazuje moja religia – uważam jednak za konieczne domagać się rehabilitacji ze względów natury etyczno-moralnych, gdyż nie chcę, by na mnie ciążył jakikolwiek zarzut antypaństwowej działalności, ponieważ takowej nie uprawiałem, a odwrotnie, zgodnie z mym powołaniem i stanem kapłańskim zajmowałem się stale pracą charytatywną wśród mych parafian, na co mogę powołać w razie potrzeby wielu świadków. Daną mi rehabilitację przez Generalną Prokuratorię będę uważał za naprawienie wyrządzonej mi krzywdy moralnej” – pisał w podaniu, uzasadniającym wystąpienie o rehabilitację.

Po rozpatrzeniu zażalenia sąd oczyścił ks. Trószyńskiego ze stawianych mu zarzutów, stwierdził, że herbatki, które duchowny organizował miały "charakter wyłącznie towarzyski
i kombatancki", a ponadto uczestniczyli w nich nie tylko żołnierze AK, ale także AL. Sąd z uznaniem wspominał też "piękną kartę działalności kapłańsko-charytatywnej, o czym świadczą wycinki z prasy załączone do akt sprawy”.

Równolegle wysłał ks. Trószyński list do kard. Wyszyńskiego, w którym pisał: "…pokornie proszę o przyjęcie mnie do pracy w Kościele św. i w Archidiecezji Warszawskiej … Choć mam już 70 lat skończonych, jeszcze czuję się silnym na równi z niejednym młodszym kapłanem.

Po raz kolejny wrócił na Marymont. Tym razem jako wikary.
Ks. Henryk Goljan, przełożony ks. Zygmunta, pisał: „Jako emeryt, przebywając na kapelani u sióstr w Młocinach, spieszył z pomocą duszpasterską sąsiadom po parafiach. Ksiądz Dziekan [Żoliborski] Teofil Bogucki […] nazwał Ojca „pogotowiem ratunkowym”. Ojciec ratował dusze w czasie Powstania, ale także ratował proboszczów, gdy zaistniała jakaś awaryjna sytuacja i nie było na czas rekolekcjonisty czy celebransa”.

Ostatnie lata proboszcz parafii Matki Bożej spędził w domu księży emerytów w Otwocku. Wdzięczni parafianie zdążyli zorganizować mu uroczyste obchody 50-lecia święceń kapłańskich. Podarowali mu ciepły płaszcz z baranim kołnierzem, być może w nadziei, że nie zdąży go podarować bardziej potrzebującemu. Miesiąc przed śmiercią prosił prowincjała Zgromadzenia Księży Marianów, ks. Leona Szeląga o darowanie porywczości i zapewniał, że zawsze pragnął jak najlepiej służyć Bogu, Jego Niepokalanej Matce i Polsce. Zmarł 22 czerwca 1965 r.

Na pogrzebie jego ówczesny przełożony, ks. Henryk Goljan, że ks. Trószyński nigdy się nie postarzał, tylko przeżył wiele kolejnych młodości.

Informacje o życiu pierwszego proboszcza na Marymoncie zostały zaczerpnięte z obronionej w KUL pracy magisterskiej ks. Zygmunta Borkowskiego MIC z 2002 r.

Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.