Drukuj Powrót do artykułu

To miejsce daje siłę – czekając na beatyfikację ks. Jerzego

04 czerwca 2010 | 16:30 | aw Ⓒ Ⓟ

Istne oblężenie

Kościół św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu 48 godzin przed beatyfikacją. Praca wre, dziesiątki osób uwija się przy pracach porządkowych. Co chwila pod główne wejście podjeżdżają autokary z całej Polski, z których wysypują się dziesiątki pielgrzymów. Wędrówkę po śladach duszpasterza ludzi pracy, który pracował w tej parafii cztery lata i zostanie wyniesiony na ołtarze w niedzielę 6 czerwca, zaczynają od nawiedzenia jego grobu. Wchodzą potem na modlitwę do kościoła, w muzeum w podziemiach poznają jego życie. – Tylko w ciągu ostatniej doby były grupy z Wierzchucina, Lublina, Zamościa, Łap, Szczecina. A jeszcze indywidualni pielgrzymi – całe rodziny z dziećmi, dziadkowie z wnukami. – Przeżywamy istne oblężenie – mówi pani, dyżurująca w muzeum. Kolejni z ponad 18 mln pielgrzymów, którzy od 1984 r. nawiedzili grób ks. Jerzego.

Dlaczego tu jestem?

W usytuowanym w podziemiach kościoła muzeum tłum zwiedzających. Grupa młodych Francuzów słucha z niedowierzaniem opowieści o zakazanej wierze i odważnym księdzu, który nie przestraszył się represji. Ks. Piotr Kazimierski i ks. Dariusz Niewiński przyjechali z 110 licealistami i studentami z diecezji łomżyńskiej i białostockiej. Ks. Kazimierski zapewnia, że ks. Jerzy jest dla tych młodych postacią bliską i że dobrze go rozumieją. Nie, nie jest to postać z dalekiej prehistorii, oni obejrzeli film „Popiełuszko” i zrozumieli tamte czasy – zapewnia duchowny. – Oni codziennie także muszą dokonywać wyborów, dlatego walka o prawdę, męstwo, uczciwość, polskość, są dla nich wartością.

Paweł, który jest ministrantem uważa, że najcenniejszą cechą ks. Jerzego była jego nieugiętość i to, że nie walczył z ludźmi, a ze złem, które w nich było. – Czasy wcale nie są aż tak inne – uważa Paweł. Jego zdaniem dziś też można stracić wiarę i zacząć się bać. I też potrzebni są tacy księża jak duszpasterz ludzi pracy – którzy dają świadectwo.

Wśród zwiedzających jest emerytowany metropolita Detroit kard. Adam Maida z bratem Tadeuszem, też księdzem. – Dwadzieścia lat temu tego muzeum nie było – stwierdza z nutą podziwu w głosie dostojnik. Oprowadzający go ks. Czesław Banaszkiewicz, który pracował w parafii rok wraz z ks. Jerzym, pokazuje dokumenty i pamiątki. Prosi kardynała, aby osobiście otworzył oryginalne drzwi od domu Popiełuszków w Suchowoli, pokazuje kołyskę. – Musieliśmy ją ogrodzić szklanymi ściankami, bo było zbyt wielu chętnych, by zabrać stąd relikwie – wyznaje ks. Czesław. Pokazuje podanie z prośbą o przyjęcie do seminarium ks. Jerzego. „Bo mam zamiłowanie do tego zawodu” – napisał. On naprawdę był zupełnie zwyczajny. Pokazuje gościom z Ameryki przedmioty codziennego użytku księdza, jego „kultowy” szalik w biało-czarne pasy i ciepłą czapkę, zimowe buty, różaniec. Różaniec dla niego był najważniejszy – stwierdza przewodnik. Opowiada o ostatnich godzinach księdza, pokazuje poszarpaną przez oprawców sutannę, pałki, którymi był katowany, zdjęcia zmasakrowanego ciała. Mówi o setkach tysięcy osób na jego pogrzebie, o kilkuset świadectwach otrzymanych przez wstawiennictwo męczennika łaskach, o kilkunastu cudach, przebaczeniu matki dla oprawców.
Dlaczego tu jestem? – mówi kard. Maida. – Bo to był wierny ksiądz, bo dał nam wszystkim wzór jak mamy żyć jako chrześcijanie, bo mówił, że nasza wiara ma być żywa. W księdze pamiątkowej emerytowany metropolita pisze po angielsku: „Z okazji beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki – prosimy o błogosławieństwo dla Polaków i Polonii z całego świata”.

Wszyscy przyjaciele ks. Jerzego

Proboszcz parafii św. Stanisława ks. prałat Zygmunt Malacki przygląda się efektom ostatnich prac. Porządek na placu przed kościołem jest idealny, na metalowym ogrodzeniu powiewają małe flagi – polska i watykańska, banery z cytatami z kazań ks. Jerzego. Na frontonie kościoła został już rozciągnięty krzyż z fotografiami uczestników Mszy za Ojczyznę, którą raz w miesiącu odprawiał ks. Popiełuszko. Ks. Malacki wydaje polecenia, dzwoni i odbiera telefony, a w międzyczasie udziela wypowiedzi dla wszelkiego rodzaju mediów, których przedstawiciele pracują tu od samego rana.

– Jesteśmy właściwie bezimienni – mówią członkowie służb, które od 26 lat są obecne przy parafii św. Stanisława. Zaczęło się jeszcze za życia ks. Jerzego, gdy trzeba było czuwać nad porządkiem, a także po prostu strzec ks. Jerzego. Nie udało się, a on przeczuwał swoją śmierć. Ks. Czesław opowiada, że gdy wyjeżdżał w swoja ostatnią podróż do Bydgoszczy jego przyjaciele chcieli się z nim umówić, a on powiedział: Nie wiadomo, kiedy wrócę.

Potem tłumy modliły się o jego szczęśliwy powrót, w końcu przyszła wiadomość o odnalezienie ciała, na pogrzeb, mimo szykan władz, przyszło w milion osób. Zaczęły płynąć strumienie pielgrzymów, rozniosły się słuchy, że esbecy chcą wykraść ciało ks. Jerzego i służby porządkowe znowu musiały działać bez przerwy.

To praca dla wyjątkowego człowieka – tłumaczy swą obecność Janusz Dernałowicz, który zaangażował się w wolontariat dwa-trzy lata po męczeńskiej śmierci duszpasterza ludzi pracy. Mieszka w Warszawie i raz w miesiącu przychodzi na swój dyżur na plac przed kościołem, ale wielu spośród 2,8-tysięcznej rzeszy kolegów przyjeżdża nawet z dalekich zakątków Polski. Najważniejsze w ks. Jerzym było to, że nie dał się zwyciężyć złu – uważa Dernałowicz.

Andrzej Ditrwal zaangażował się w wolontariat jeszcze za życia ks. Jerzego. Cieszy go, że do grobu ks. Jerzego przychodzi coraz więcej młodych ludzi, a w ostatnim czasie zaangażowało się ok. 20 wolontariuszy.

Od roku w służbie prasowej pracuje 32-letnia Monika Mużacz-Kowal. Z ks. Jerzym łączy ją szczególna więź – urodzili się w tym samym dniu. Oprowadza ludzi zorganizowane grupy, w tym grupy młodzieży. Zapewnia, że skromny ksiądz z Żoliborza przemawia do młodych, gdyż był otwarty na ludzi, na ich problemy, gdyż widział ich potrzeby – nie tylko duchowe, ale i materialne. – Mówię im: Wyobraźcie sobie, że aresztują wam ojca, a matkę wyrzucają z pracy. I oni to rozumieją i doceniają jego odwagę, rozumieją, że trzeba dobrze przeżyć życie, gdyż ma się tylko jedno. A także to, że wolność jest w nas – dodaje.
Dla pani Moniki jednym z najcenniejszych przeżyć tu w parafii św. Stanisława jest także kontakt ze starszymi ludźmi. – W niedzielę poznałam żołnierza AK. 88 lat, major pełen werwy, otwarty na młodych. To dobre miejsce, żeby przekazać najważniejsze rzeczy – stwierdza pani Monika.

To miejsce daje mi siły

Będziemy wszyscy na Placu Zwycięstwa – zapewnia ks. prałat Malacki. – Będzie to cudowny, szczęśliwy dzień, dla każdego z przyjaciół ks. Jerzego nagroda za wytrwałość i wierność. Dlaczego skromny kapłan przyciąga wciąż tłumy? – Gdyż potrafił odczytać znaki czasu, gdyż wskazywał, że zawsze trzeba żyć prawdą. Były to trudne odpowiedzi, ale dzięki nim człowiek zawsze mógł być wolny. Dziś też trzeba być wolnym od kariery, pieniędzy. On był nauczycielem wolności i prawdy, strażnikiem granicy dobra i zła, dlatego go potrzebujemy. Gdyż nasza walka trwa, musimy wciąż czuwać – dodaje proboszcz parafii św. Stanisława.

Pani Danuta Godlewska ułożyła w ciągu 26 lat swoich dyżurów tony kwiatów. Jest jedną z tych osób, które zbierają bukiety, przynoszone na grób ks. Jerzego, przycina je, wkłada do dziesiątek wazonów, potem wymienia w nich wodę. Wraz z mężem pełni dyżur także przy sztandarze z wizerunkiem ks. Jerzego, który został wykonany zaraz po jego śmierci. Ze wzruszeniem wspomina ks. proboszcza Teofila Boguckiego, który troszczył się o ks. Jerzego jak ojciec. On też przestrzegał przed nienawiścią. – Widziałam, jak na Mszę, odprawianą przez ks. Jerzego, przychodzą ubecy. Nagrywali kazania, a żeby się nie nudzić, rozwiązywali w kościele krzyżówki. Nie mogłam na to patrzeć. A ks. Bogucki przypominał, że trzeba wszystkich kochać. To odpowiadałam, że kocham, ale niektórych mniej.

Pani Danuta jest wdzięczna i szczęśliwa, że może tu być. Jest pewna, że to dzięki ks. Jerzemu nie musi brać żadnych leków, choć ma już 77 lat, a jej mąż 82. – Ta ziemia jest święta, czuję to, gdy wchodzę za bramę – mówi z przekonaniem.

– Czuję jego opiekę, gdy go o coś poproszę, zaraz otrzymuję od niego znak. Więc mu mówię: Wiem, że jesteś szybki, ale żeby aż tak bardzo? – dodaje pani Monika.

Wersja do druku

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.