Drukuj Powrót do artykułu

Wizyta papieża okazją do zbliżenia się Estończyków do Boga 

15.09.2018 , Paweł Bieliński (KAI) /mip, Tallin Ⓒ ℗

Sample Fot. Kancelaria Prezydenta Estonii

Estonia jest państwem bardzo zeświecczonym. Wizyta papieża Franciszka stanie się dla wielu Estończyków okazją do choćby niewielkiego zbliżenia się do Boga – taką nadzieję ma bp Philippe Jourdan. Ojciec Święty odwiedzi ten bałtycki kraj 25 września. W rozmowie z KAI administrator apostolski Estonii przypomina wizytę św. Jana Pawła II w Tallinie przed 25 laty, od której zaczęła się droga wiary wielu tamtejszych katolików.

KAI: Dlaczego papież Franciszek przyjeżdża do Estonii?

– Przyjeżdża do Estonii, bo już od kilku lat zapraszały go zarówno tutejszy Kościół katolicki, jak i władze państwowe. Oczywiście, zawsze trudno jest powiedzieć, dlaczego przyjeżdża akurat do Estonii, a nie do Polski, Hiszpanii czy Francji. Ale Franciszek wyznał kiedyś, że chciałby odwiedzać kraje, które są małe i które dużo wycierpiały. Estonia pasuje do obu tych kategorii. Jest mała i wiele wycierpiała, szczególnie w XX wieku. Wydaje mi się więc, że papieska wizyta wpisuje się właśnie w ten kontekst.

KAI: Franciszek lubi także odwiedzać – jak sam mówi – peryferie Kościoła…

– To prawda. Można powiedzieć, że Estonia stanowi peryferie Kościoła znacznie bardziej niż Łotwa czy Litwa. Dlatego wizyta w Estonii jest większym wyzwaniem niż np. na Litwie, która jest krajem katolickim, czy na Łotwie, gdzie istnieje silna tradycja katolicka. Tutaj papież spotka jedną z najmniejszych wspólnot katolickich, jaką kiedykolwiek odwiedził. Przyjedzie do kraju najmniej religijnego spośród tych, do których dotychczas jeździł. Z pewnością więc jest to dla niego dość szczególne wyzwanie. Ale myślę, że Franciszek tego typu wyzwania lubi.

Dotyczy to zresztą każdego papieża. Kiedy odwiedza jakiś kraj, przyjeżdża tam nie tylko, by odwiedzić katolików, choć to oni są „rodziną papieża”, ale spotyka się z całym narodem. Także w Estonii Franciszek spotka się z tymi, którzy są chrześcijanami i z tymi – stanowiącymi większość – który nie wyznają żadnej religii.

KAI: Jak przebiegały przygotowania do papieskiej wizyty? Czy dużo mówiło się o tej wizycie i o samym Franciszku, np. w estońskich mediach?

– Tak, zainteresowanie mediów było bardzo duże. Myślę, że jeszcze nasili się ono w najbliższych tygodniach. Od kiedy pod koniec zeszłego roku dowiedzieliśmy się, że papież odwiedzi Estonię, temat ten był obecny w telewizji, radiu i prasie. Tłumaczyliśmy, dlaczego wizyta papieża jest ważna nie tylko dla katolików, ale także dla innych chrześcijan (Estonia jest krajem o tradycjach luterańskich i prawosławnych), jak również dla niewierzących. Od początku próbowaliśmy uzmysłowić ludziom, że papieska wizyta jest okazją do obudzenia naszych dusz i naszych serc do walki z materialistycznym klimatem, który się wszędzie upowszechnia.

KAI: Czy były jakieś duchowe przygotowania dla katolików?

– Tak, trwają one we wszystkich parafiach od kilku miesięcy. Poprosiliśmy katolików o wspólne odmawianie różańca. Odbywają się też adoracje eucharystyczne. Na 1 września zaplanowaliśmy Dzień Młodzieży, który ma być formą przygotowania do wizyty Franciszka zarówno poprzez modlitwę, jak i post, co uważam za bardzo trafne.

Opublikowaliśmy także pierwszą biografię papieża Franciszka w języku estońskim. Estonia nie jest krajem katolickim, więc nie było tu zbyt wielu książek o papieżach. Mieliśmy tłumaczenia kilku książek samego Franciszka, ale teraz dzięki biografii wszyscy mogą się dowiedzieć, kim jest, skąd pochodzi, jaka była jego droga życiowa, jakie są główne kierunki jego myśli. Mam więc nadzieję, że na kilka tygodni przed przyjazdem papieża, estońskie społeczeństwo jest znacznie lepiej poinformowane na jego temat, niż jeszcze kilka miesięcy temu.

KAI: Franciszek nie jest pierwszym papieżem, który odwiedza Estonię.

– Poprzednio był tu św. Jan Paweł II przed 25 laty. Powiedział nam to, co powtarzał w wielu innych krajach: „Nie lękajcie się!”. Było to w roku 1993, niedługo po upadku Związku Radzieckiego. Z jednej strony rodziły się wtedy wielkie ideały i nadzieje (światowego pokoju, jedności Europy itp.), a z drugiej lęk, bo przyszłość była nieco trudna do przewidzenia. Estonia dopiero zaczynała żyć jako odrębne państwo. Dlatego Jan Paweł II zachęcał: „Nie lękajcie się!”.

Teraz jako motto wizyty papieża Franciszka wybraliśmy zdanie z estońskiego hymnu liturgicznego: „Obudź się, moje serce”. Dlaczego? Bo taką potrzebę właśnie odczuwamy w Estonii i innych krajach europejskich. Estońskie społeczeństwo jest dziś dużo bardziej stabilne i mocne, ale także bogatsze niż 25 lat temu. Wielkie ideały z czasów odzyskania wolności i niepodległości nieco się skurczyły. Teraz szerzy się indywidualizm. Dlatego uważam, że ważne jest to, że papież przyjedzie i obudzi tamtą nadzieję. A dla wielu Estończyków, którzy nic nie wiedzą o wierze, o chrześcijaństwie, o Kościele katolickim (a żadnej religii nie wyznaje tu niemal 90 proc. mieszkańców!) stanie się to okazją do choćby niewielkiego zbliżenia się do Boga i do wiary.

KAI: Czy można mówić o jakichś konkretnych owocach tamtej wizyty św. Jana Pawła II w Estonii?

– W takim kraju jak Estonia, który po reformacji luterańskiej na stulecia stracił jakikolwiek kontakt z Kościołem katolickim, wizyta papieża, w dodatku tuż po odzyskaniu niepodległości, była czymś bezprecedensowym. Droga wiary wielu ludzi, którzy dzisiaj są katolikami zaczęła się od tego, że zobaczyli papieża w Tallinie, słuchali tego, co mówił lub tego, co mówiono o nim. Dlatego owoce tamtej wizyty są widoczne w życiu wspólnoty katolickiej.

Kiedy rozmawiamy z ludźmi niebędącymi katolikami lub niewierzącymi, widzimy, że ich znajomość wiary i Kościoła jest niewielka. Ale wszyscy pamiętają, że Jan Paweł II odwiedził Tallin. Dla wielu Estończyków jest to więc jedyny konkretny obraz wiary lub kontakt z nią.

Wizyta Jana Pawła II była niezwykle ważna dla Kościoła katolickiego w Estonii, który wcześniej był malusieńki. Dziś wciąż katolików jest niewielu, ale po wizycie Jana Pawła II Kościół się zakorzenił, rozwinął, stał się bardziej widoczny, bardziej znany. Zaczęliśmy np. zakładać szkoły katolickie. Wielu ludzi poznało wtedy Kościół.

Kiedy przyjechał Jan Paweł II, Estonia była wolna zaledwie od dwóch lat. Teraz minęło już 27 lat. Sytuacja jest więc inna. Ale myślę, że owoce wizyty Franciszka będą równie wielkie. Choć katolików jest w Estonii niewielu, to uważam, że dla przeważającej większości mieszkańców kraju papież jest głównym autorytetem religijnym na świecie. Jeden z ministrów obecnego rządu, który jest luteraninem, powiedział mi: „Dla nas wizyta papieża jest bardzo ważna, bo papież jest dla nas głową Ciała Chrystusa w świecie”. Z pewnością nie jest to wizja zbyt teologiczna (Ciałem Chrystusa są dla niego wszyscy chrześcijanie), ale właśnie w taki sposób niekatolicy postrzegają papieża. Nawet jeśli nie uznają go za „swego” papieża, któremu są posłuszni, to także dla nich jego autorytet jest olbrzymi.

KAI: Niewielka liczba wiernych to nie jedyna cecha szczególna Kościoła w Estonii. Jest on chyba także wielonarodowy?

– Mniej więcej połowa katolików to Estończycy. Zazwyczaj albo oni się nawrócili, albo zrobili to wcześniej ich rodzice. Druga połowa to osoby rosyjskojęzyczne. W większości przyjechali oni sami albo zostali wysłani do Estonii w czasach radzieckich, często z Białorusi lub Ukrainy. To są dwa główne filary naszych wspólnot. Ale od dwóch, trzech lat do Estonii przybywa coraz więcej imigrantów, np. z Europy Wschodniej. Jednak ogólnie rzecz biorąc jest ich niewielu. Z kolei, gdy chodzi o księży, większość z nich pochodzi z zagranicy.

KAI: Ale z tego, co wiem, w przeszłości Kościół w Estonii miał związki także z Polską?

– Raczej z Polakami. Po reformacji luterańskiej Kościół katolicki mógł znowu działać w Estonii dzięki temu, że byli tam Polacy z imperium rosyjskiego, np. polscy żołnierze czy ludzie deportowani w czasach carskich. W Tallinie odprawianie katolickiej Mszy było zabronione przez kilka stuleci. Ponownie zezwolono na to dlatego, aby polscy żołnierze armii carskiej mogli w niej uczestniczyć. Nadal mieszka tu wielu ludzi pochodzenia polskiego, głównie z Białorusi, z okolic Grodna. Jest to bogactwo dla Kościoła, szczególnie że ci Polacy poczuwają się do odpowiedzialności za szerzenie światła Chrystusa wokół siebie i do bycia misjonarzami, o co prosi papież.

KAI: Wspomniał Ksiądz Biskup, że Kościół w Estonii wiele wycierpiał w czasach komunizmu. Czy ma z tego okresu męczenników: duchownych i świeckich? A jeśli tak, czy prowadzone są ich procesy beatyfikacyjne?

– Tak. Trwa proces beatyfikacyjny mojego poprzednika, abp. Eduarda Profittlicha, który zmarł w radzieckim obozie koncentracyjnym w 1942 r. Potem nie było już biskupów rezydujących w Estonii aż do mojej konsekracji w 2005 r. Zakończyła się już część diecezjalna procesu abp. Profittlicha, a teraz rozpoczyna się jego część rzymska w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Mamy nadzieję, że będzie on pierwszym świętym Kościoła katolickiego w Estonii. Z pewnością było wielu katolików świeckich, a może także księża, którzy byli męczennikami, a przynajmniej wiele wycierpieli, ale najwięcej mówi się o abp. Profittlichu. Mam nadzieję, że wkrótce zostanie on wyniesiony na ołtarze. Oczywiście nie przy okazji wizyty papieża, ale może ona pomóc w tym, by postać arcybiskupa stała się bardziej popularna i zwiększyć cześć dla niego.

KAI: Czy Kościołowi i szerzej: społeczeństwu udało się już „wyzwolić” z czasów komunistycznych? A może pozostały jeszcze jakieś ślady w mentalności ludzi?

– Czasy komunistyczne były wielką traumą. Ale czasem naprawdę trudno powiedzieć, czy jakiś problem jest spadkiem tej epoki czy pojawił już wcześniej. Przez pięćset lat Kościół katolicki w Estonii był albo zlikwidowany, albo prześladowany. Tak działo się już na długo przed nastaniem czasów komunistycznych.

Jednym z wielkich problemów, z jakim mamy do czynienia w estońskim społeczeństwie jest rozbicie rodzin. Podobnie jest w innych krajach europejskich, ale w Estonii zjawisko to ma masowy charakter. Trudno jednak powiedzieć, czy jest to spadek czasów komunistycznych, czy też dzieje się tak bardziej z powodu mentalności skandynawskiej. Ale z pewnością komunizm ponosi tu swoją część odpowiedzialności.

W XX wieku około 20 proc. mieszkańców Estonii zostało deportowanych na Syberię. Ta trauma, moim zdaniem, nie może zniknąć w ciągu 25 lat. Potrzeba na to więcej czasu.

KAI: Przeglądając historię Kościoła w Estonii, nie udało mi się znaleźć biskupa, który byłby rdzennym Estończykiem.

– Ja także, choć szukałem od czasu ewangelizacji Estonii w XIII wieku, nie znalazłem śladu biskupa-Estończyka. Ale pracujemy na tym i jeśli Bóg da Estonii pokój, a Kościołowi w Estonii trochę przestrzeni do działania, to wierzę, że jest tylko kwestią czasu, by tak się stało.

Trzeba przy tym wziąć pod uwagę, że na początku lat 70. XX wieku było w Estonii zaledwie pięciu czy sześciu Estończyków-katolików. Nie 500-600 czy 5-6 tysięcy, ale pięciu lub sześciu! Pokazuje to sytuację wyjściową. Przy takiej liczbie trudno mówić o licznych powołaniach kapłańskich. Obliczyłem, że od reformacji aż do naszych czasów było zaledwie pięciu księży-Estończyków. Pięciu w ciągu pięciu stuleci, z czego czterech żyje obecnie. Mamy więc pod tym względem najlepszą sytuację w historii!

Aby dojść do sytuacji, w której Estończyk zostanie biskupem, potrzebujemy więcej lokalnych powołań kapłańskich. Uważam, że tak się niechybnie stanie, tak jak stało się ostatnio w Finlandii, która otrzymała pierwszego biskupa-Fina, tak jak się stało w Szwecji, która ma biskupa-Szweda od 15 lat, tak jak się stało w Norwegii. Konieczne jest, by Kościół trochę dojrzał.

Czy już mój następca będzie Estończykiem? Za wcześnie o tym mówić. Staramy się pobudzać powołania i wspierać dojrzewanie Kościoła, aby któregoś dnia można było mianować Estończyka biskupem.

KAI: A jaki jest obecny stan powołań kapłańskich i zakonnych?

– Oprócz czterech księży-Estończyków, jest też kilku zakonników, ale mieszkają oni zagranicą, bo przecież nie mamy tu wszystkich zgromadzeń zakonnych. Zdarza się, że młodzi Estończycy nawiązują kontakt ze zgromadzeniem, którego tutaj nie ma. A wtedy trudno, by wracali do kraju. Powołania pojawiają się dość skąpo.

Ale każdego roku mamy sporo nawróceń na katolicyzm. Widzę też, że w katolickich rodzinach wzrasta całe pokolenie ludzi młodych. Myślę, że wśród nich zrodzą się powołania. Tym bardziej, że niektórzy się nad tym zastanawiają. Jestem tu optymistą, bo widzę, że Kościół rośnie, dojrzewa, że młodzi są dość otwarci na temat powołań.

Dwa lata temu pewien starszy pastor protestancki powiedział mi: „Znałem Kościół katolicki w Tallinie w czasach komunistycznych i gdy widzę go teraz, to rozumiem, że macie powody, by dziękować Bogu, bo uczynił z wami cud”. Kościół katolicki był maleńkim ziarnem, być może najmniejszym ze wszystkich, które jednak wzrosło.

KAI: Czy to maleńkie ziarno, które wzrosło jest dziś obecne także w życiu społecznym Estonii?

– Tak, choć oczywiście nie możemy być obecni we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Ale jest taka domena, w której Kościół katolicki jest najbardziej znany. To domena wychowania i szkolnictwa. W czasach komunistycznych nie było w Estonii żadnej szkoły prywatnej, a tym bardziej chrześcijańskiej. To Kościół katolicki rozpoczął zakładanie szkół już w 1994 r., najpierw w Tallinie, a następnie w uniwersyteckim mieście Tartu (Dorpat). Szkoły katolickie, szczególnie ta w Tartu, mają dobrą reputację i są dobrze znane w całym kraju. W ostatnich latach zaczęły nas naśladować inne Kościoły: luteranie i prawosławni też założyli małe szkoły. Ale to Kościół katolicki odegrał rolę katalizatora w dziedzinie szkolnictwa.

KAI: A jakie są relacje Kościoła z państwem?

– Relacje z państwem są bardzo dobre. Władze okazały duże zainteresowane zaproszeniem papieża do Estonii i włączyły się w organizację wizyty. Są bardzo zadowolone z tego, że Franciszek przyjeżdża do Estonii, bo widzą w tym znak solidarności z wciąż nowym, młodym państwem. Dlatego bardzo nam pomogły. A jednocześnie jest to państwo bardzo zeświecczone. Także w Estonii mamy ustawodawstwo deformujące wizję małżeństwa, które wchodzi w życie wszędzie w Europie. Kościół katolicki, razem z luterańskim i prawosławnym, stara się podejmować dyskusję, by pomóc władzom lepiej zrozumieć, jakie są podstawowe wartości ludzkie, rodzinne, w dziedzinie życia. Ale ta dyskusja jest bardzo trudna.

KAI: A jak wyglądają relacje ekumeniczne?

– Są dobre. Mamy Estońską Radę Kościołów, której jestem wiceprzewodniczącym, przewodniczy zaś arcybiskup luterański. Regularnie się spotykamy. Znaczące jest to, że – w przeciwieństwie do Finlandii czy Szwecji – Kościoły w Estonii są zgodne w kwestiach moralnych, zwłaszcza dotyczących życia rodzinnego. Dlatego są w stanie tworzyć wspólny front i zajmować wspólne stanowisko. To warte uwagi, bo Kościół katolicki jest zbyt mały, by samemu bronić np. wartości chrześcijańskiego małżeństwa, tego, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny itd. Ważne, że z innymi Kościołami możemy dawać wspólne świadectwo, choć nasze stanowiska nie zawsze są dokładnie takie same, ale w zasadniczych punktach są identyczne. Udało nam się, dzięki Bogu, wykonać razem dobrą pracę.

KAI: Jest Ksiądz Biskup Baskiem z Francji. Jak więc trafił Ksiądz Biskup do Estonii, na drugi kraniec Europy?

– W bardzo prosty sposób. Gdy upadł Związek Radziecki, nieliczni katolicy w Estonii podlegali nuncjuszowi apostolskiemu w państwach bałtyckich, który rezyduje w Wilnie na Litwie. Szybko zorientował się on, że nie da się kierować Kościołem w Estonii na odległość. Zaczął więc szukać księży, którzy przyjadą z zagranicy, nauczą się języka estońskiego i będą mogli pomóc na miejscu. Najpierw prowadził poszukiwania w Niemczech, ze względu na wielowiekowe więzi między Niemcami i Estonią. Jednak nie znalazł tam chętnych. Zwrócił się więc ku Francji.

Otrzymałem propozycję wyjazdu, gdy byłem duszpasterzem akademickim w Paryżu. Nuncjusz zadzwonił z pytaniem, czy byłbym gotów wyjechać do Estonii i być tam jego prawą ręką. Poprosiłem o kilka dni na zastanowienie się. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było poszukanie jakichś informacji o tym kraju. Muszę przyznać, że nie było ich wtedy we Francji zbyt wiele… Natychmiast też kupiłem książkę do nauki estońskiego, który jest bardzo trudnym językiem. Była tylko jedna. Po kilku dniach wyraziłem zgodę na wyjazd i na Zesłanie Ducha Świętego 1996 r. znalazłem się w Estonii.

Od razu zacząłem się uczyć języka estońskiego, ale także rosyjskiego, bo duża część katolików jest tu rosyjskojęzyczna. Rosyjski trochę już znałem z czasów, gdy odbywałem studia inżynierskie (zanim zostałem księdzem, byłem inżynierem dróg i mostów). W tamtych czasach francuskie przedsiębiorstwa prowadziły budowy w Związku Radzieckim, dlatego uczyłem się rosyjskiego.

Ale nic dziwnego, że znalazłem się w Estonii. W końcu pierwszy tutejszy biskup Estonii, którego imię zachowało się w historii, najprawdopodobniej pochodził z Francji. Tak więc nawet w XII wieku było możliwe, by Francuz został biskupem w Estonii!

***

Philippe Jourdan (ur. 1960) w czasie studiów w Krajowej Szkole Dróg i Mostów w Paryżu został numerariuszem Opus Dei. W 1987 r. obronił doktorat z filozofii na Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie, a rok później przyjął święcenia kapłańskie. Był duszpasterzem akademickim w Paryżu i ojcem duchownym Prałatury Opus Dei we Francji. W 1996 r. został wikariuszem generalnym administratora apostolskiego Estonii, a trzy lata później także proboszczem parafii katedralnej w Tallinie. Od 2005 r. jest biskupem-administratorem apostolskim Estonii (jego nominację ogłoszono w przeddzień śmierci Jana Pawła II).

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.