Drukuj Powrót do artykułu

Wstań! Od tego zaczyna się świętość! Rozmowa z ks. Pawlukiewiczem

07.11.2018 , KAI Ⓒ ℗

Sample Fot. YouTube

„Wstań”– Jezus mówi do Józefa. „Wstań”– mówi do Piotra. „Wstań”– mówi do wielu ludzi, którzy przychodzą do Niego zupełnie rozłożeni duchowo. Wstań! Od tego wszystko się zaczyna. Od tego się zaczyna świętość – przekonuje znany rekolekcjonista, ksiądz Piotr Pawlukiewicz w rozmowie z Małgorzatą Bartas-Witan z Polskiego Radia na temat swojej najnowszej książki, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

Małgorzata Bartas-Witan: Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikimto tytuł Księdza najnowszej książki i zarazem zaproszenie?

Ks. Piotr Pawlukiewicz: Zaproszenie od Pana Jezusa, od Kościoła, dla tych, którzy wędrują. Nie da się wędrować, leżąc. Kiedyś jeden chłopak mówił mi, że kiedy idzie na pielgrzymkę, najbardziej przerażający jest dla niego głos, który słyszy o czwartej rano: „Pobudka, wstać!”. Wstać – to najtrudniejszy moment podczas pielgrzymki na Jasną Górę. Poranne wstawanie to dla niektórych horror. Także Jezus mówi: „Wstań i idź”, ale od tego wszystko się zaczyna. „Wstań”– mówi do Józefa. „Wstań”– mówi do Piotra. „Wstań”– mówi do wielu ludzi, którzy przychodzą do Niego zupełnie rozłożeni duchowo. Wstań! Od tego się zaczyna świętość.

MB-W: Ale też każda nasza aktywność, na którą się decydujemy.

– Tak, „spanie duchowe” możemy uznać za symbol sytuacji, w jakiej wielu ludzi spędza życie: na wersalce, przed telewizorem, pilotem zmieniając programy i komentując wydarzenia na całym świecie. Do nich też Jezus mówi: „Wstań”. Z pozycji leżącej nie da się niczego osiągnąć. Przyda się chwila refleksji, wypoczynku, ale generalnie chrześcijanie prowadzą życie na stojąco. Aktywnie albo gotowi do aktywności. Początkiem wszystkiego jest powstanie.

MB-W: Chodzi też o poczucie opłacalności, o myśl, że warto. Mogę się ruszyć, jeżeli uznam, że jest po co i coś dobrego z tego dla mnie wyniknie?

– Ludzie, którzy ulegli pokusie oglądania świata z pozycji leżącej, mówią: tutaj nic nie da się zrobić, niczego nie da się zmienić. Ksiądz, który ulegnie pokusie pozycji leżącej, powie: ci ludzie do niczego się nie nadają, niczego nie chcą. Są jednak tacy, którzy nie mówią, ale pokazują, że można żyć inaczej. Zawsze jestem zachwycony, kiedy widzę prowadzone przez księży szalone akcje duszpasterskie, które kończą się wielkim sukcesem. A więc można było coś zrobić, można było wstać, można było nie tylko krytykować i komentować, ale wykazać się jakąś błogosławioną aktywnością.

MB-W: Zaproszenie i propozycja, które Ksiądz kieruje do czytelników, są, można powiedzieć, totalne, poszerzające horyzonty. To jest dopiero szerokie spojrzenie na siebie i rzeczywistość, w której przyszło nam funkcjonować: perspektywa świętości, motywacja do wstania, żeby być świętym. To myślenie o sobie w kategoriach, które – powiedzmy sobie szczerze – są bardzo odległe od naszej współczesnej mentalności.

– Proszę zwrócić uwagę na paradoks hasła „Wstań”. Można klękać, żeby powstać. Nasuwa mi się tu przykład konfesjonału. Ludzie podchodzą, klękają przed konfesjonałem, ale to klękniecie jest zarazem powstaniem. Powstaniem ducha z martwych. Pochyl głowę w pokorze przed Bogiem, a wyprostujesz się cały.

MB-W: Kiedy człowiek już powstanie, co ma szansę zobaczyć inaczej? Kiedy perspektywa świętości przestanie być dla niego abstrakcyjna, ale stanie się realna. Co może wtedy dostrzec?

– Święty Franciszek, patrząc na łąkę, widział kwiaty, które śpiewają. Nie mamy pojęcia, jak to było, ale on naprawdę widział kwiaty śpiewające. Przypomina mi się sytuacja, kiedy uczestniczyłem w pierwszych w życiu rekolekcjach seminaryjnych. Powiedziano nam, że przez siedem dni mamy milczeć. Przyjąłem to z pokorą. Poszedłem do pokoju. Wziąłem magnetofon, włożyłem słuchawki na uszy i zacząłem sobie słuchać muzyki. A tu starszy kolega mówi, że podczas rekolekcji niczego się nie słucha. „Przecież nikomu nie przeszkadzam” – odpowiedziałem. Usłyszałem, że owszem: sobie. Te rekolekcje to nie było nic nadzwyczajnego. Po prostu siedem dni bez wypowiedzenia jednego słowa. Ale siódmego dnia już z kaloryferem chciałem rozmawiać, gdyby się tylko odezwał.

A potem zrozumiałem, dlaczego te rekolekcje muszą trwać aż tyle. Bo wtedy człowiek zaczyna inaczej wszystko widzieć. Siebie, ludzi, program dnia, kromkę chleba na stole. I kiedy te rekolekcje się kończyły, czekałem już na następne. Chociaż początek jest zawsze trudny. Chodzi o to, żeby się wyciszyć – i w głębokiej ciszy powstać.

MB-W: Dać sobie szansę. Przez to, że popatrzymy na siebie inaczej, niż przyzwyczailiśmy się patrzeć.

– Błogosławiony internet!Ktoś może nazwać tę całą maszynerię przekleństwem, bo wielu ludzi przez nią się gubi duchowo, ale miliony ludzi na świecie dowiedziały się, kim są, właśnie przez internet. Odezwał się w nich ten człowiek, który się nigdy nie odzywał, był zawsze schowany, zamaskowany – aż nagle przyszedł moment, że można było tę maskę zerwać. Nikt mnie nie zna, nikt nie wie, czy ja jestem Patryk 37, czy Gosia 22. Mówię to, co naprawdę myślę. Mówię to, czym chcę ludzi sprowokować. Podaję to tylko jako przykład. Ludzie mówią. Chcesz poznać siebie, to posłuchaj, co twoi wrogowie mówią o tobie. Pochwały potrzebne są nam wszystkim. Potrzebujemy akceptacji, nawet podziwu, potrzebujemy wdzięczności, ale słowa krytyki, słowa prawdy – nawet te anonimowe – prowadzą niekiedy do wielkich odkryć duchowych.

MB-W: Można jednak powiedzieć, że słowa prawdy w internecie są wciąż unikiem, bo zamiast odważnego wyznania, kim jestem, chowamy się za zasłonką anonimowości.

– To jest często początek czegoś więcej. Są ludzie, którzy odważyli się wyjść poza krąg internetu, ale zaczynali jednak od tego, że rozmawiali z kimś, kogo nie znali, i to, co słyszeli, współgrało z ich postrzeganiem świata, z ich problemami. Dla wielu ludzi szczera rozmowa, nawet w internecie, to był wstrząs. Te przegadane noce, które – wydawało się – trwały dwie sekundy, kiedy człowiek nagle się odzywał. Dla księży czy sióstr zakonnych to też jest wielka pokusa: żeby nagle porozmawiać z kimś inaczej niż tylko ze złożonymi rękami, o czymś innym niż tylko problemy teologiczne. Wielu przegrało, ale są też tacy, którzy tę próbę ogniową – próbę prawdy o sobie– zwyciężyli.

MB-W: Chodzi właśnie o prawdę – o to, żeby to, co robimy, było naprawdę, a nie na siłę. Takie pojęcia jak pobożność, świętość, kojarzą się często z wciskaniem nas na siłę w jakiś garnitur, który Kościół uszył i wmawia nam, że pasuje również na nas, podczas gdy my w gruncie rzeczy, z różnych powodów, wcale się w nim nie widzimy.

– To jest dylemat. Niektórzy chcą Kościoła per„ty”, takiego w T-shirt ubranego, swobodnego, wyluzowanego. Inni czują, że to jest nawet może i dobra droga, tylko nie do końca. Kościół to jest jednak jakieś sacrum, które musimy podkreślać choćby innością języka. Nieraz dyskutuję z klerykami, jaki powinien być język kazań. Chyba najbardziej odpowiada im taka odpowiedź, że to ma być język uroczystości w gronie rodzinnym. Niby wszystko jest takie bliskie – mama, tata, ciocia, wujek, jubileusz dziadków – ale mimo wszystko nie mówimy slangiem, tylko staramy się dobrać słowa piękne, ciepłe i święte. Dalecy jesteśmy od takiej potoczności, która tylko udawałaby język uroczysty.

MB-W: To jest w ogóle kwestia naszego widzenia siebie przed Bogiem. Jesteśmy przeznaczeni do tego, żeby być blisko Boga. Czy widzimy Go jako kogoś dalekiego, oceniającego i patrzącego na nas z góry, czy też mamy poczucie bliskości?

– Takie mamy pojęcie Pana Boga, jakie mamy pojęcie o samym sobie, jakie jest nasze serce. Jeśli człowiek siebie nienawidzi, nie cierpi, będzie też miał dużo ukrytych pretensji do Boga. Ukrytych, bo myślimy, że przecież Bogu nie należy zwracać uwagi, nie wolno się z Nim kłócić. Ale Biblia pokazuje coś innego. Pan Bóg woli, kiedy ktoś się z Nim pokłóci, niż kiedy tylko składa pobożnie rączki i szepcze pewne przyjęte modlitewne gotowce. Bóg prowokuje nas ciągle do otwartości. Do tego, żeby być sobą.

Jeden z autorów pokazał to za pomocą takiego obrazu, że Bóg wysyła do nas listy na nasz prawdziwy adres. Pisze na kopertach, kim jesteśmy naprawdę. Skrzynka jest pełna tych listów, ale my ich nie odbieramy. Czekamy pod innym adresem, na list zakłamany, pasujący do tego, jak sami siebie odbieramy i jak sobie wyobrażamy Boga. Czekamy na takie zakłamane przeżycie religijne, na takie powołanie, na jakieś mistyczne uniesienie. A możliwe, że ich nie będzie. Poszukaj innej skrzynki, gdzie są listy pisane do ciebie, w prawdzie.

Jezus nigdy się do nas nie odezwie według naszej koncepcji. On będzie mówił do nas prawdę. „Ty, który jesteś Krzyśkiem, Małgosią, córką albo synem jedynego Boga, który jesteś święty i grzeszny, z tobą chcę rozmawiać!” A my myślimy, że Bóg będzie ze mną rozmawiał, kiedy będę idealny. Budujemy sztuczne poczucie własnej idealności, ale wtedy rozmawiamy z naszymi myślami, z własnymi poglądami, nie z Bogiem.

MB-W: Czekamy na to, aż będziemy gotowi, żeby uwzględnić to Boże zaproszenie do świętości. Czy tym odpowiednim momentem będzie czas, kiedy stanę się idealny?

– Myślę, że nasz dialog z Bogiem i to, na ile przyjmiemy w nim prawdę o sobie, zależy w dużym stopniu od tego, czym jest dla nas Kościół. Gdyby Kościół miał być instytucją, która wydaje zaświadczenia, że ten czy tamten człowiek jest święty i gotowy do spotkania z Bogiem, to chyba byśmy się nie doczekali nikogo, kto by się z Nim spotkał. Kościół to szpital, w którym ordynatorem jest Pan Bóg, a Matka Boża pierwszą pielęgniarką, i gdzie się leczy ludzi. Ktoś mówi: ten człowiek chodzi do kościoła i tak się źle zachowuje! A może gdyby nie chodził, toby mordował, byłby bandytą, a tak to sobie tylko przeklnie i wypije jedno piwo za dużo?

Pamiętajmy jednak, że Jezus niekiedy przeprowadza zabiegi, po których wychodzi się z kościoła, z tego szpitala duchowego, z jeszcze większym bólem. Proszę zwrócić uwagę, że często ludzie idą na zabieg do szpitala o własnych siłach, a następnego dnia leżą nieprzytomni, ważą się ich losy. Wielu pacjentów początkowo po wyjściu ze szpitala czuje się gorzej. I tak samo jest przy spotkaniu z Bogiem. Pierwsze rekolekcje, pierwsza spowiedź będą trudne, będą wymagały obmycia się łzami, gorzkiego płaczu jak u świętego Piotra, ale takie są etapy naszego zdrowienia.

MB-W: Liczy się wejście na drogę odsłaniania siebie, zdzierania masek. To bolesny proces. Liczy się też to, jak patrzymy na naszą słabość, nasz grzech. Często grzech traktujemy jako przeszkodę w kontakcie z Bogiem, coś, co mnie od Niego oddziela. Im więcej widzę w sobie grzechu, tym większe moje poczucie zawstydzenia, niegodności i niemocy. W książce Wstań… opisuje Ksiądz różne drogi powracania do świadomości, że jesteśmy królewskimi dziećmi, przeznaczonymi do świętości. I mówi Ksiądz odważnie, że grzech dobrze przeżyty to dobrodziejstwo.

– Ktoś powiedział: „Nie cnoty, lecz grzechy doprowadzą nas do Pana Boga”. I to jest prawda. Nie dobre samopoczucie prowadzi nas do lekarza, który wyleczy nas z choroby, tylko ból, jakiś wypadek, incydent. Ci, którzy pracują z osobami uzależnionymi, mówią, że często trzeba sięgnąć dna, żeby się przełamać i poszukać pomocy. Ksiądz Marek Dziewiecki mówi czasem prowokacyjnie, że pozamykałby wszystkie panie, które kryją alkoholizm swoich synów: ich beznadzieję, płyciznę duchową. Mamusia porozmawia z dyrektorem, żeby cię nie wyrzucał, posprząta po tobie klatkę schodową, którą żeś zanieczyścił… To do niczego nie prowadzi. Trzeba poczuć ból, żeby wezwać pogotowie, zwłaszcza jeśli przez piętnaście lat nie było mowy o lekarzu. Podobnie jeśli chodzi o sprawy ducha: nieraz trzeba koncertowo narozrabiać. A po latach mówimy: błogosławiona wina.

MB-W: Poczucie, że coś nas boli, może być dobrą motywacją do zmiany. Ale w tym zaproszeniu do świętości wiele rzeczy trzeba przyjąć na wiarę: podjąć decyzję, niekoniecznie coś czując. Dziś ta propozycja jest chyba zbyt abstrakcyjna, niemodna, brzmi jak jakieś baśnie tysiąca i jednej nocy. Czemu mamy za nią iść?

– Powtórzę: fatalnym błędem jest pojmowanie Kościoła jako wspólnoty ludzi bezbłędnych. Ludzi, którzy dają sobie ze wszystkim radę na piątkę. Tak nie jest. Weźmy przykład Piotra. Co Piotr umiał zrobić i co zrobił? Nic nie umiał i nic nie zrobił. Jedno umiał: wracać. A to jest ważna rzecz. Wielu ludzi mówi: już tyle razy chodzę do konfesjonału z tym samym. Przecież wiadomo, że nie powstanę. Kto powie: już nigdy nie pokłócę się z żoną, z synem, córką? No to po co się spowiadać? Kiedyś zapytałem o to nawet swojego spowiednika. Odpowiedział krótko: „A po co pierzesz koszulę, skoro zaraz znów będzie brudna i będzie brzydko pachniała?”. Po to, żeby nie stała się zbroją ze stali… W mieszkaniu łatwiej sprzątnąć warstwę kurzu niż zaskorupiałego błota. Nie po to przychodzimy do konfesjonału, żeby zadeklarować swoją bezbłędność, ale żeby złamać coś, co może się stać twarde jak kraty więzienia. Łamać – czyli ciągle mieć nad tym panowanie, żeby to nie zapanowało nade mną.

MB-W: To są drobne rzeczy, można powiedzieć. Takie mozolne powstawanie, upadanie, powstawanie. Gdzieś w głębi marzy nam się spektakularne nawrócenie, odkrycie nowego sposobu na życie, który przełamałby nasz dotychczasowy marazm.

– Pan Bóg lubi dyskrecję. Kiedy chcesz się modlić, zamknij się w izdebce. Kiedy chcesz się nawrócić, nie trąb o tym wszystkim. Szukamy spektakularności, ale chrześcijaństwo to jest codzienność, to są drobiazgi. Kiedyś w klasztorze zapytano przełożonego: „Jest was tu stu trzydziestu mnichów, co wy robicie?”.„A, nieustanie się przepraszamy”.Co to jest szczęśliwe małżeństwo? To związek dwóch osób nieustannie się przepraszających. Oto droga do drugiego człowieka: pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Bez fajerwerków. Nasza świętość powstaje ze zwyczajnego gestu, z przełamanego chleba. To jest najpiękniejsza świętość, taka się Panu Bogu podoba. On to czasem ożywia i koloruje: kiedy przychodzi Wigilia, kiedy przychodzą czyjeś imieniny, jakiś jubileusz. Wtedy się całujemy, ściskamy, łezkę dyskretnie ocieramy. Ale chrześcijaństwo to jest szara robota.

MB-W: I cierpliwość.

– Przede wszystkim. Spotkałem raz siostrę zakonną, która mówi: „Miesiąc jestem w klasztorze i jeszcze nie umiem się modlić”. „Gratuluję – odpowiadam – jestem księdzem dwadzieścia parę lat, a nadal nie umiem”. Bóg uczy nas cierpliwości. Teologowie mówią, że największą rzeczą, której dokonała Maryja, było przejście próby wiary – to, że oczekiwanie jej nie złamało. Nie zabrało Jej nadziei, Jej powołania. Ona rzeczywiście była cierpliwa. Jan już nauczał, miał własnych uczniów, a Jezus dalej chodził do pracy jako cieśla. Maryja wyczekała aż do Kany Galilejskiej, żeby Jezus objawił swoją chwałę.

MB-W: Czekamy na to, co obiecane, co jest już przed nami, tylko trzeba w to uwierzyć. Czym to jest – na co my naprawdę czekamy? Od odpowiedzi na to pytanie zależy to, jak przeżywamy naszą codzienność.

– Niektórzy czekają na dobry program w telewizji i na suto zastawiony stół. Oczekują, że jeśli zwiększy się dobrobyt, będzie im łatwiej żyć. Ktoś powiedział, że w Polsce obowiązuje jedna ideologia – materializm praktyczny. A ludzie w to wchodzą po uszy i wcale się lepiej nie czują. Chociaż ten stół jest coraz bardziej bogato zastawiony, nawet radość ze wspólnie spożywanych posiłków się wyczerpała. Ludzie czekają na światło, na odpowiedzi na swoje pytania, bo tych pytań – dotyczących świata, człowieka, jego tajemnicy – jest coraz więcej. Przychodzą z nimi do Pana Boga i On daje im światło. Światło kojarzy nam się z czymś dobrym, co oświetla drogę, daje ciepło.

Światło bywa też o tyle niebezpieczne, że może również zaciemniać. Jechałem kiedyś tramwajem koło Arkadii w Warszawie. Chłopak wziął dziewczynę na kolana i wzięło go na takie optyczne komplementy: „Mój ty promyczku, moje ty słoneczko”,a ona mówi: „Nie ściemniaj”. I to była genialna odpowiedź. W naszej rzeczywistości robi się coraz bardziej kolorowo: wystawy sklepowe, samochody, stroje ludzi – i to wszystko ściemnia. Chodzi o to, by szukać światła, które rozjaśnia, a nie światła, które fałszuje.

MB-W: Czy w dzisiejszych czasach, w takim zaciemnionym, zamulonym świecie, świętość może być obiektem czyichkolwiek pragnień?

– Trzeba powiedzieć Panu Bogu: „Panie Boże, mówisz, że mogę być świętym. Przypominasz mi o tym przez spowiednika, przez naukę Kościoła. Nie mam pojęcia, jak to zrobisz, ale parę rzeczy, w których możliwość nie wierzyłem, już przecież zrobiłeś”. Pan Bóg ma swoje rozwiązania, dla nas często totalnie zaskakujące. Jakoś sobie wyobrażamy nasze życie: że pójdzie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Będę coraz zdrowszy, coraz silniejszy, coraz lepiej wykształcony. A tu nagle zakręt, znów zakręt i leżę w rowie. Takiej drogi do świętości nikt sobie nie wyobrażał! Fascynują mnie rozwiązania Boga, których się nie spodziewamy.

Anegdotka: do starszego małżeństwa – sześćdziesiąt lat na ziemi, trzydzieści lat ze sobą – przychodzi anioł. „Pięknie żyjecie. Dostaniecie nagrodę. Co pani sobie życzy?” „Podróż dookoła świata”. „Proszę bardzo, tu bilety i rezerwacja. Dla pana też już mam”. „A ja nie chce podróży dookoła świata”. „To co by pan chciał?” „Żonę trzydzieści lat młodszą”. Anioł dotyka faceta – i nagle ten ma dziewięćdziesiąt lat. Spełniło się. Pan Bóg obiecał, że coś się spełni, ale robi to inaczej, niż się spodziewamy.

Wszyscy oczekiwali, że Mesjasz przywróci królestwo Izraela, że wjedzie triumfalnie na złotym koniu, a tymczasem On obmywał nogi uczniom. Niektórzy mówią, że to był moment, w którym Judasz zwątpił. „Nie, to już jest nie do przyjęcia. Mesjasz nogi obmywa?”.

MB-W: Nasze rozczarowanie Panem Bogiem i tym, w jaki sposób nas prowadzi, jest wielokrotnie opisane w Ewangeliach. Poza Judaszem również święty Piotr bardzo się rozczarował i zdziwił – sobą samym.

– Proszę zwrócić uwagę na trzy dramatyczne stacje drogi krzyżowej, kiedy Jezus upada i wstaje. Jako człowiek miał ochotę powiedzieć: „A, niech mnie biją, niech mnie katują tutaj. Lepiej zginąć, niż nieść ten krzyż”. A On trzy razy wstawał. Jeśli coś się powtarza trzy razy, to jest bardzo ważne. W Piśmie Świętym jest mało stron do zapisania. Tam pojawiają się tylko rzeczy bardzo ważne, a nie ważne. I tego właśnie Piotr uczył się od Jezusa: wstać, nawet w sytuacji beznadziejnej. I wołał do Niego: „Ratuj mnie, mistrzu!”. Jego bezradność była bezradnością błogosławioną.

MB-W: To jest klucz do świętości?

– Tak. Umieć przeprosić, wycofać się, przyznać do błędu, bo gra toczy się między pychą a pokorą. Człowiek pyszny wejdzie na ring tylko wtedy, kiedy wie, że wygra walkę. Jeśli istnieje najmniejsze podejrzenie, że nie wygra, nie wchodzi. Tłumaczy się tym, że to dla niego żadna atrakcja. Człowiek pokorny liczy się natomiast z tym, że przegra, skompromituje się, a jednak będzie znów powstawał. „Na Twoje słowo jeszcze raz zarzucę sieci, jeszcze raz wstanę. Beznadzieja mnie ogarnia, ale zrobię to, bo Ty tak kazałeś”.

MB-W: Często sięga Ksiądz po analogie sportowe, chcąc ukazać rzeczywistość duchową. W książce jest mowa o pełni szczęścia: o wieczności, niebie, świętości myślimy często jako o totalnej nudzie, podczas gdy należy je identyfikować właśnie z pełnią szczęścia, pełnią radości. Porównuje je Ksiądz do radości włoskiego komentatora sportowego.

– Zachęcam do wrzucenia sobie w wyszukiwarkę tego hasła: „włoski komentator sportowy”. Mam nadzieję, że to nagranie nie zostało zdjęte. Zobaczycie na nim człowieka, który wariuje ze szczęścia, przeżywa ekstazę na ziemi. To jest coś nieprawdopodobnego. On już nie ma siły się cieszyć. Popatrzcie na sceny piłkarskie. Teraz zawodników rezerwowych, działaczy i trenerów sadza się w czymś w rodzaju małej piwnicy, troszeczkę niżej poziomu murawy. Gdy pada bramka, jak oni skaczą do góry! To jest fantastyczne: dziesięciu, piętnastu facetów nagle chce pofrunąć! Kibice pokazują swoją siłę: zaciskają pięści, krzyczą, ściskają się, tryska z nich niesamowita energia. To jest pełnia radości.

Wracając jeszcze do codziennych drobiazgów: pewien mężczyzna opisał jako najpiękniejszy w swoim życiu moment, kiedy poszedł z ojcem na mecz i zaczęło padać. Ojciec rozpiął marynarkę, a że była szeroka, objął swojego syna, zapiął marynarkę i tak we dwóch w jednym okryciu siedzieli na meczu. Jak pisał ten człowiek, nigdy potem żadne samochody, kariery, dyplomy nie przebiły tego poczucia ciepła, które biło od jego ojca, gdy siedzieli w jednej marynarce. No i to jest świętość.

MB-W: Pan Bóg posługuje się takimi konkretami, żeby nam coś pokazać. Ale co z ludźmi, którzy takich doświadczeń nie mają? Wiara, świętość to kategorie, które kojarzą im się z męczeństwem, z dopustem Bożym. To żadna atrakcja.

– Często mówię, że możemy dużo dać innym, nawet przez drobiazgi. Mój kolega opowiadał mi o sytuacji ze swojego dzieciństwa. Czasy były trudne. Jego mama chciała kupić synom piłkę, ale musiała też kupić wykładzinę do kuchni. Zrezygnowała więc z taksówki i niosła sama tę wykładzinę parę kilometrów. Wniosła ją do mieszkania i mówi: tu, chłopcy, położymy wykładzinę, a tu macie piłkę, zaoszczędziłam na taksówce. I on mi mówi, że gdyby jego mieli willę albo wielkie ranczo, toby się tak nie ucieszył, jak tym drobiazgiem. Rzeczy wielkie są spektakularne, ale w istocie Bóg patrzy na dno naszego serca, gdzie są poukrywane małe skarby: święte, mniej święte, dobre, mniej dobre – ale tam jesteśmy sobą.

MB-W: Czasem jednak, kiedy patrzymy na wzory świętości, wydają się nam one nie z tego świata.

– Świętość niejedno ma imię. Rozmawiałem ostatnio z siostrami zakonnymi, które odwiedzają więzienie w miejscowości, gdzie pracują, i prowadzą tam solidne duszpasterstwo. Mówią, że czasem można się skręcać ze śmiechu. Na przykład więźniowie przygotowują się do bierzmowania, traktują to jak najbardziej poważnie, a tam na podwórku ktoś hałasuje. Więc oni swoim językiem, którego tu nie przytoczę, napominają: „Weź się ty …, bo my się tu przygotowujemy do bierzmowania”. To jest inny język. Gdyby ktoś inny się tak przygotowywał do sakramentów, byłoby to wielce gorszące. Ale to jest ich język, ich świat. Ci więźniowie chcą, żeby ten właśnie świat im ochrzcić, ten świat bierzmować, ten świat im wyspowiadać, żeby mogli się nazywać dziećmi Boga.

MB-W: Bo tak naprawdę to jest naskórek – ważna jest istota. Chciałabym wrócić do pytania, czy świętość to jest wybór, decyzja, czy też kwestia przypadku – niektórym się przydarza, a innym nie.

– To jest decyzja, tylko żebyśmy nie myśleli, że to jedyna decyzja, jaką mogę podjąć. To nie jest jeden wybór na zawsze, tak jak się człowiek decyduje na jedną żonę czy jednego męża. Decydując się na świętość, dalej popełniamy błędy. Ale Pan Bóg jest mistrzem zamieniania zła w dobro. To Jego specjalność: potrafi nasze porażki, grzechy zamienić w dobro. Największą zbrodnią świata była Golgota, a Jezus ją przemienił w największy dar dla świata – zbawienie. To jest niepojęte. Szatan rzucał kamieniami w Jezusa i nie wiedział, że pomaga Mu zbawić świat.

Także te nasze kamienie Jezus przyjmuje z miłością, z cierpliwością. Mówi: „Dziecko, Ja wszystko przyjmę za ciebie, ty tylko idź dalej, powstawaj, wracaj do Mnie i trzymaj się mojej sukni. Ja wszystko za ciebie zrobię. Nie musisz być zbawicielem”. Wielu ludziom żyje się bardzo ciężko, bo myślą, że muszą robić za zbawiciela. Wszystko rozumieć, wszystko skomentować. Bóg mówi: „Nie jesteś Zbawicielem, jesteś moim małym dzieckiem. Ja cię doprowadzę do miejsca, w którym będziesz wiedział, co robić”.

MB-W: Myśląc o pełni szczęścia, czyli wieczności, myślimy też o progu, jakim jest kres życia ziemskiego. W Dzień Zaduszny przywołujemy ten moment, do którego cały czas się przygotowujemy – moment ostatecznej i najważniejszej decyzji.

– Przygotowujemy się w życiu na godzinę śmierci. Ona będzie bardzo ważna. Świadczy o tym choćby fakt, że w modlitwie Zdrowaś Mario, tak ważnej dla katolika, powtarzamy zdanie: „Módl się za nami w godzinie śmierci naszej”. Czytałem, że ksiądz Aleksander Fedorowicz, będąc w agonii, otoczony przez bliskich, zaczął nagle z kimś rozmawiać. Mówił: „Nie, tego nigdy nie robiłem… To nie ja, to nieprawda, ja taki nie byłem… To się zdarzyło, ale było przypadkowe, nie chciałem tego…”.Ludzie się zorientowali, że ktoś mu robi rachunek sumienia. Wtedy siostra Klara Jaroszyńska wzięła miskę wody święconej – nie szklaneczkę wody i kropidło, ale miskę – i chlusnęła na niego, i on się natychmiast uspokoił. W godzinę śmierci przyjdzie diabeł z naszym rachunkiem sumienia. Wszystko będzie tam napisane. Sama prawda. Wtedy trzeba mieć, w przenośni, miskę wody święconej, być otoczony modlitwą przyjaciół, żebyśmy wybrali dobrze.

Ksiądz Stanisław Orzechowski bardzo często powtarzał: gdy ktoś umiera, niech rodzina nie biega, załatwiając trumnę, pogrzeb, tylko niech się modli, bo on dokonuje wyboru na całą wieczność. Często ludzie, którzy wracali z tamtej strony, może po chwilowej tylko utracie świadomości, mówią: „Wyście się za mnie modlili, słyszałem. Kiedy mówiliście do mnie, ja słyszałem”. To bardzo ważne, żebyśmy my jako Kościół, jako chrześcijanie, jako przyjaciele troszczyli się o spełnienie się świętości w życiu każdego człowieka, byli w takich momentach blisko.

MB-W: I to jest właśnie wybór świętości? Odkrywanie, że nasze przeznaczenie nie kończy się tutaj na ziemi, że jesteśmy powołani do czegoś więcej? Można powiedzieć, że mamy w sobie wpisany pociąg do wieczności – każdy na swoją miarę: ekspresowy albo osobowy – ale na trasie pojawiają się różne przeszkody, utrudnienia. Może to być nasza bezsilność, ale również choroba i cierpienie. Czy to musi nas ograniczać, czy paradoksalnie nie musi?

– Niektórzy ludzie zostali przez chorobę oczyszczeni. To nieprawdopodobne, jak nieszczęście, jeśli jest przyjęte przez człowieka w pokorze, może się stać czymś błogosławionym. Przecierałem oczy ze zdumienia, czytając kiedyś wspomnienia pewnej pani, więźniarki obozu koncentracyjnego, która pisała, że takiej przyjaźni, takiej czystej relacji między ludźmi jak tam, nie doświadczyła już nigdzie. Poznała tam kobiety, z którymi się wzajemnie wspierały, były dla siebie dobre, starały się być dla siebie pocieszeniem. Są też inni ludzie, którzy z powodu bólu zęba będą narzekać na Pana Boga, że jest okrutny i niedobry, choć sami dla zdobycia dóbr materialnych są gotowi przyjąć większe trudności.

Poza tym pamiętajmy, że nasze doczesne nieszczęścia – choć trudno to wykazać – bywają też konsekwencjami naszego wyboru. Przychodzi moment, gdy musimy się rozliczyć się z jakiegoś wyboru sprzed roku, sprzed dwóch lat. Niejeden kleryk odbierze owoce swoich błędów w kapłaństwie. Niejedno małżeństwo będzie musiało rozliczyć się przez Bogiem ze swojego narzeczeństwa. Nie uciekniemy. Mówi się, że gdyby człowiek po uderzeniu młotkiem w palec odczuwał ból po roku, to byśmy się częściej w ten palec młotkiem uderzali. Ale ponieważ ból jest natychmiastowy, bardzo uważamy.

Bóg jest jednak tym, który nam błogosławi, który nas asekuruje, przeprowadza przez ciemną dolinę. Zła się nie ulęknę, bo On jest ze mną. Chodzi o to, żeby to dostrzec. Cały czas rozbijamy się o pychę albo pokorę. Czy jestem na tyle pokorny, by przyjąć wyroki Boże z akceptacją? Raz podczas przygotowań do procesji Bożego Ciała, kiedy ktoś zapytał, czy będzie ładna pogoda, pewien niemłody już żołnierz odpowiedział: „Pan Bóg starszy człowiek, wie, co robi”. Mnie się wydaje, że z tym hasłem powinniśmy pozostać.

MB-W: Ale czy cierpienie, niedołężność, choroba, rzeczy, które w pierwszym odruchu wydają się nam nie do przyjęcia, mogą być zaproszeniem, byśmy popatrzyli na siebie w innym wymiarze? Przysłużyć się nam do tego, żeby lepiej przeżyć życie?

– Bądźmy najpierw uczciwi: ile cierpienia, ile bólu poświęcamy po to, żeby zdobyć kasę, pozycję? Ile cierpienia bierze się z naszego braku pokory? Taki obraz z dzieciństwa: chłopak coś narozrabiał i mama za karę stawia go w kącie. Po pięciu minutach serce jej mięknie i woła: „Chodź tutaj do nas”. „Nie pójdę”. „No chodź, poczęstujesz się ciastem. Kakao ci zrobiłam”. „Nie pójdę”. „Ale przecież źle ci jest w tym kącie”. „Źle”. „No to chodź”. „Nie pójdę”.Wielu z nas ma taki numer telefonu, pod który powinno zadzwonić i powiedzieć: przepraszam, a ich życie by się odmieniło, staliby się najradośniejszymi ludźmi na świecie. Nie dzwonią i potem są źli, zdenerwowani, że nie idzie im w życiu. To jest nasz wybór, to stanie w kacie i mówienie „nie pójdę, nie przyjdę do was”.Na tym polega tajemnica wyboru, że ludzie sami chcą iść do piekła. Niejeden, co przeczytał to zdanie, pomyślał, że teolodzy poszaleli. Ale ja się zgadzam: Jezus błaga ludzi, żeby nie szli do piekła. Klamki w piekle są od środka, tam człowiek idzie sam.

MB-W: Znowu wracamy do decyzji, nawet podejmowanej w bólu i w okolicznościach niesprzyjających.

–  Mówimy nieraz: „Słuchaj, dzisiaj rano wstałem i wziąłem zimny prysznic”. „Przecież to bolało”. „No tak, ale czuję się rewelacyjnie”.Wielu ma piękne samochody w garażach, a do pracy jedzie rowerem. Na zdrowy rozum, po co to robimy? Chcemy się zmęczyć, chcemy się czegoś wyrzec. Ludzie trenują, żeby coś osiągnąć w sporcie. To są ci, którzy odkryli sens wyrzeczenia, trudu, zmagania się. Natomiast ci, którzy z każdej sytuacji chcą wycisnąć jakąś przyjemność, radość, często się „zamulają”. Człowiek powinien się oczyszczać słowem Bożym, szukać spowiednika. Nie głuchego, ale takiego, którego się będzie choć trochę lękał. Musi być taki błogosławiony niepokój. Błogosławione poczucie: za chwilę dowiem się od Ducha Świętego prawdy o sobie. To będzie taka zimna woda, którą się obmyjemy, a potem poczujemy rewelacyjnie.

MB-W: I na koniec: czy świętość to proste życie?

– Świętość to jest tak-tak, nie-nie. Tak, to jest proste życie. To odrzucenie pokusy, żeby wszystko poustawiać po swojemu, wszystko wziąć w swoje ręce. Lepiej poczekać, wstrzymać się z oceną sytuacji do kolejnego dnia. Jeszcze nie mów, że jest źle. Pojutrze zobaczysz, czy było źle, czy może dobrze. Zaufaj Panu Bogu i wyczekaj do końca.

***

Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim– książka księdza Piotra Pawlukiewicza przywołuje różne doświadczenia, które spotykają nas w życiu, żeby prostymi drogami doprowadzić do świętości. Więcej informacji znajduje się TUTAJ.

 

Wersja do druku
Portal eKAI prezentuje część tekstów publikowanych w płatnym serwisie agencyjnym Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.