Kard. Müller: Zachód nie może przetrwać bez chrześcijaństwa
17 maja 2026 | 04:00 | st | Watykan Ⓒ Ⓟ
Fot. Alicja Kościesza (KAI)Chrześcijaństwo jest nie tylko jednym z wielu czynników, ale wręcz fundamentem tożsamości zachodniej. Europa wyłoniła się bowiem z syntezy wiary chrześcijańskiej, filozofii greckiej i rzymskiego ładu prawnego, a jej podstawową zasadą jest niezbywalna godność każdej osoby ludzkiej jako stworzonej na obraz Boży. Bez tego duchowego i moralnego fundamentu Zachód traci swoją „duszę” i staje się podatny na wewnętrzny rozkład oraz zewnętrzną dominację – twierdzi w swoim komentarzu na łamach portalu kath.net emerytowany prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kard. Gerhard Ludwig Müller.
W obliczu wyzwań i zagrożeń współczesności
Na pytanie „Czy Zachód może przetrwać bez chrześcijaństwa?” można odpowiedzieć jednym słowem: nie. Zachód to bowiem nic innego, jak wspólnota kulturowa plemion i narodów germańskich oraz słowiańskich, które wyrosły z dziedzictwa Cesarstwa Zachodniorzymskiego i zjednoczyły się w wierze w Chrystusa, Syna Bożego i powszechnego Zbawiciela ludzkości. W ten sposób Europa jest chrześcijaństwem w jego syntezie z grecką metafizyką i rzymską wolą ładu według zasady sprawiedliwości, to znaczy wolą przyznania każdemu tego, co się jemu należy – suum cuique (Ulpianus) lub, ujmując to teologicznie, nienaruszalną godnością każdego człowieka jako obrazu i podobieństwa Boga. Poza tą definicją Europa traci kształtującą ją duszę i staje się martwym ciałem, które niczym bezpańskie terytorium wpada w ręce najbliższego, silniejszego sąsiada.
Tylko ten, kto nie dostrzega dramatycznie zaostrzonej sytuacji dzisiejszego świata, może zamknąć się na tę świadomość. Papież Franciszek często mówił, że już teraz znajdujemy się w czymś w rodzaju III wojny światowej w kawałkach. Wystarczy pomyśleć w kontekście globalnym o wojnach domowych, załamaniu się porządku prawnego w wielu państwach, państwie inwigilacyjnym rodem z fantazji Orwella, do którego dąży Bruksela (Digital Services Act, biurokratyczne wymazywanie tożsamości narodowych), migracji milionów ludzi, których nie da się już zintegrować w Europie, a którzy tworzą konkurencyjne społeczeństwa islamskie, głód i ubóstwo dotykające połowy ludzkości, globalny terroryzm w postaci gangów przestępczych i państw zbójeckich oraz przestępczość zorganizowaną, niestabilną sytuację polityczną w klasycznych demokracjach, które wpadają w ręce globalistycznych elit z ich projektem całkowicie przez nie kontrolowanego Jednego Świata, „Nowego wspaniałego świata” w stylu Aldousa Huxleya (1922).
Również w naszej postępowej cywilizacji, z której jesteśmy tak dumni w Europie Środkowej, kryzys nowoczesności i postmodernizmu rzuca się w oczy każdemu, kto ma oczy. Rozpad spójności społecznej w małżeństwie i rodzinie oraz tożsamości osobistej w wyniku tzw. zmiany płci, celowa dechrystianizacja Europy, niegdyś jakobińska, a obecnie neomarksistowska, nacechowana lewicowością i ideologią woke, utrata łączącej idei celu i sensu bycia człowiekiem w post- i transhumanizmie, nacisk na egocentryczne stanowienie o sobie, bez organicznego włączenia indywidualnego i zbiorowego ego w dobro wspólne rodziny, miasta, narodu i wspólnoty narodów to apokaliptyczne znaki ostrzegawcze.
Nadal żywa jest jedynie zarozumiałość zachodniej wyższości. Czy nasza laickość i materializm mają być, podobnie jak w czasach kolonializmu, narzucone jako lekarstwo rzekomo zacofanemu Wschodowi i Południu pod hasłem: pomoc rozwojowa tylko pod warunkiem legalizacji małżeństw homoseksualnych oraz zabijania dzieci w łonie matki, eutanazji i wspomaganego samobójstwa – a wszystko to w celu drastycznej redukcji ludności ze względu na ochronę klimatu i niedobór zasobów materialnych?
Jeśli świat zachodni chce narzucić wszystkim innym kulturom swoje oddalenie od Boga i relatywizm moralny, to tylko gra na rękę ekstremistom politycznym i ideologicznym. Samymi środkami militarnymi i ekonomicznymi nie da się ich pokonać. Gwałtowne reakcje, począwszy od Afganistanu, przez Irak i Syrię, a dziś w Iranie z jego reżimem terroru, są w końcu dowodem na to, że bez porozumienia co do wyższego, a więc nie tylko materialistycznego i imperialistycznego, sensu i celu ludzkiej egzystencji nie ma spokoju serca i pokoju na ziemi.
Walka o duszę
Wielu dostrzega jedynie powierzchowną walkę o surowce i władzę. Decydująca jest jednak walka o duszę człowieka. Tylko wtedy, gdy w sercu i sumieniu ponownie odkryjemy, że wszyscy pochodzimy od jednego Ojca w Niebie i że jesteśmy zatem dla siebie braćmi i siostrami, możliwe będzie owocne współistnienie.
W swoim słynnym przemówieniu w Ratyzbonie (12 września 2006 r.) papież Benedykt XVI powiedział dosłownie: „W świecie zachodnim szeroko rozpowszechniona jest opinia, że tylko pozytywistyczny rozum i wywodzące się z niego formy filozofii są uniwersalne. Ale głęboko religijne kultury świata – do których zalicza on religijny, ale nie polityczny islam, co niektórzy przeoczyli – widzą w tym właśnie wykluczeniu rzeczywistości boskiej z uniwersalnego obszaru rozumu zamach na ich najgłębsze przekonania. Rozum, który pozostaje głuchy na to, co boskie, i spycha religię w sferę subkultury, nie jest zdolny włączyć się w dialog kultur… Dla filozofii, a w odmienny sposób także dla teologii wsłuchiwanie się w wielkie doświadczenia i przekonania tradycji religijnych ludzkości, zwłaszcza wiary chrześcijańskiej, jest źródłem poznania; odrzucenie tego poznania oznaczałoby niedopuszczalne ograniczenie naszego wsłuchiwania się i odpowiadania … Otwierać się odważnie na cały zakres możliwości rozumu, nie odrzucać jego wielkości — oto program, z jakim teologia, prowadząca refleksję nad wiarą biblijną, włącza się we współczesną debatę. «Nie działać zgodnie z rozumem, nie działać z logosem jest sprzeczne z naturą Boga» — mówił do swego perskiego rozmówcy Manuel II, wychodząc od chrześcijańskiego obrazu Boga. Właśnie do odkrycia tego wielkiego logosu, tego ogromnego obszaru rozumu zachęcamy naszych rozmówców w dialogu kultur. Zaś wielkim zadaniem uniwersytetu jest dążenie do tego, abyśmy sami odkrywali go wciąż na nowo”.
A niedawno zmarły Jürgen Habermas w swoim monumentalnym dziele poświęconym historii filozofii postawił tezę, że jedynym tematem Zachodu, czyli tym, co stanowi tożsamość Europy jako następczyni schrystianizowanego Cesarstwa Rzymskiego, jest relacja między wiarą a rozumem (Logos), między prawdą a wolnością, między osobą a wspólnotą, wykraczająca poza indywidualizm i kolektywizm.
Niepomni historii „racjonaliści” sprzeciwiali się temu: pojęcie rozumu, zorientowane wyłącznie na metody nauk empirycznych, stwierdza nie do pokonania sprzeczność między wiarą a współczesną nauką. Jako forma świadomości i sposób życia obalony naukowo, wiara chrześcijańska, i w ogóle wszelka religia, nie wnosi nic do rozwiązania wielkich wyzwań współczesności. W świecie całkowicie stworzonym przez naukę i technologię religia staje się z konieczności zjawiskiem marginalnym, sprawą prywatną we wciąż nieoświeconych pozostałościach mitologicznego i przednaukowego postrzegania świata i człowieka. Tam, gdzie ten światopogląd zostaje zabsolutowany w programie politycznym, wiara i religia muszą zostać albo siłą wyeliminowane z wychowania młodzieży, dyskursu publicznego i panującej kultury, albo delikatnie usunięte; albo też niektórzy nieoświeceni biskupi i oportunistyczni teologowie sądzą, że mogą ocalić Kościół, zastępując przesłanie Ewangelii agendą społeczną.
Niektórzy „dyplomaci” uważali, że należy podporządkować prawdę kalkulacji władzy, zamiast humanizować władzę poprzez prawdę. Ale Kościół głosi mądrość i moc Boga w znaku krzyża Chrystusa, a nie „mądrość tego świata ani władców tego świata” (1 Kor 2,6).
Święty Tomasz z Akwinu podsumował jedność całej wiedzy wynikającej z wiary i rozumu w następujący sposób: „We wszystkim, co prawdziwe, co poznajemy, i we wszystkim, co dobre, co czynimy, już w sposób domyślny rozpoznajemy prawdę Bożą i doświadczamy Bożej dobroci”.
Relacja między wiarą a rozumem miała z pewnością swoje dramatyczne momenty w europejskiej historii myśli, sięgające od syntezy, przez relację dialektyczną, aż po wykluczającą się sprzeczność, szczególnie w filozofii oświeceniowej, krytyce religii i ateistycznych ideologiach politycznych ubiegłego wieku. Papież Benedykt XVI nie opowiadał się za powrotem do czasów sprzed pojawienia się nowoczesnych nauk przyrodniczych i technologii: „Nie chodzi zatem o wycofanie się albo krytykę negatywną, lecz raczej o rozszerzenie naszej koncepcji rozumu i posługiwania się nim. Bowiem choć cieszymy się z możliwości człowieka, dostrzegamy również zagrożenia, jakie z nich wypływają, i musimy się zastanowić, jak nad nimi zapanować. Uda się nam to tylko wówczas, jeśli rozum i wiara zjednoczą się w nowy sposób; jeśli przezwyciężymy przez nas narzucone ograniczenie rozumu do tego tylko, co jest doświadczalnie sprawdzalne, i znów otworzymy przed nim cały zakres jego potencjału. W tym sensie teologia, nie tylko jako dyscyplina historyczna i humanistyczno-naukowa, ale jako teologia w ścisłym sensie, czyli jako poszukiwanie rozumowego uzasadnienia wiary, powinna mieć swoje miejsce na uniwersytecie i w rozległym dialogu nauk” – mówił.
Badania naukowe różnią się bowiem od bezcelowego błąkania się i zgadywania przede wszystkim metodą oraz ogólnie weryfikowalnymi kryteriami, a nie materialnością czy niematerialnością przedmiotu. Przedmiotem etyki i moralności nie są na przykład rzeczy weryfikowalne materialnie ani relacje opisywane matematycznie, lecz rozjaśniająca się w sumieniu podstawowa zasada moralna, że należy bezwarunkowo czynić dobro, a bezwarunkowo unikać zła.
Dotyczy to również poznania naturalnego prawa moralnego. Jego podstawową zasadą jest nienaruszalna godność każdej osoby ludzkiej. Jest to sprzeczne z relatywizmem etycznym i każdą próbą sprowadzenia człowieka do roli środka prowadzącego do celu.
Jeszcze przed poznaniem Boga w Jego objawieniu się w historii zbawienia w ludzie Bożym Izraela i Kościele Chrystusowym, Bóg jest obecny i działa w sumieniu moralnym każdego człowieka. Z rozumnej wiary w istnienie Boga i zgodnej z rozumem relacji z Bogiem wynika to, co Paweł ujął w następujący sposób: „Gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające” (Rz 2,14n).
Tylko tam, gdzie wiara nie jest odrzucana jako alienująca projekcja lub użyteczna fikcja, ale jest pojmowana w swoim źródle i treści w Logosie, tj. w samopoznaniu Boga w Jego Słowie, może ona również wejść w owocny dialog z naukami ścisłymi, ale także z wielkimi interpretacjami sensu ludzkiej egzystencji w filozofiach i religiach świata. Człowiek bowiem nie chce tylko wiedzieć, jak zbudowany jest świat, jak dzięki technice może poprawić swoje warunki życia, ale jeszcze bardziej, dlaczego w świecie istnieje zło, bezsens, śmierć, nienawiść, która grozi pochłonięciem wszelkiej miłości, czy istnieje nadzieja wykraczająca poza krótkie i pełne cierpienia ziemskie życie, czy też dlaczego w ogóle istnieje istnienie, a nie raczej nicość, jak sformułował to przyrodnik, matematyk i filozof Gottfried Wilhelm Leibniz (1646-1716).
W obliczu coraz bardziej nasilającego się globalnego kryzysu politycznego, gospodarczego i kulturowego, terroryzmu i nierozwiązywalnych konfliktów, które spychają ludzkość na skraj przepaści, antropologiczne podejście Soboru Watykańskiego II do kwestii Boga zachowuje swoją aktualność w stosunku do wszystkich projektów samourzeczywistnienia w wierze w postęp i naukę jako środki do osiągnięcia ziemskiego raju. Podstawowe pytania pozostają i stają się jeszcze bardziej palące: „Kim jest człowiek? Jaki jest sens cierpienia, zła, śmierci istniejących nadal mimo dokonującego się tak wielkiego postępu? Na cóż owe zwycięstwa osiągnięte za tak wielką ceną? Co człowiek może przynieść społeczeństwu, czego od niego oczekiwać? Co nastąpi po tym ziemskim życiu?” (Gaudium et spes 10).
Wiara jest racjonalną relacją z Bogiem i nie jest istotna w kontekście wielu starych i nowych tez naukowych wyjaśniających materię, jej struktury i sposoby działania.
Nie można tego oddzielić od etycznego radzenia sobie z wyzwaniami naukowymi i technologicznymi, ale także od poszukiwania uniwersalnego porządku społecznego, opartego na zasadach godności ludzkiej, globalnej solidarności i światowej sprawiedliwości społecznej.
„Wspólne słowo między nami a wami” z 13 października 2007 r. zaczyna się następująco: „Muzułmanie i chrześcijanie stanowią razem ponad połowę ludności świata. Bez pokoju i sprawiedliwości między tymi dwiema wspólnotami religijnymi nie może być mowy o prawdziwym pokoju na świecie. Przyszłość tego świata zależy od pokoju między muzułmanami a chrześcijanami. Podstawa tego pokoju i porozumienia już istnieje. Jest ona częścią absolutnie fundamentalnych zasad obu wyznań: miłości Jedynego Boga i miłości bliźniego”.
Łatwo dostrzec analogię do chrześcijaństwa. Według słów Jezusa miłość Boga i miłość bliźniego są wypełnieniem i podsumowaniem wszystkich przykazań Bożych. Zbudowano most, po którym można przejść.
Czym jest religia?
W relacjach o niszczycielskich zamachach bombowych i samobójczych atakach terrorystów, którzy podają się za gorliwych muzułmanów, w kręgach politycznych i medialnych bez zastanowienia mówi się o „przemocy religijnej”, nie dostrzegając wewnętrznej sprzeczności w tym połączeniu pojęć. Co w tym kontekście w ogóle oznacza określenie „religia”?
Religia jako kategoria jest wieloznaczna. Sobór Watykański II definiuje religię w dekrecie o wolności religijnej jako „obowiązek czci Bożej” (Dignitatis humanae 1). Religia nie jest fikcyjnym środkiem wymyślonym przez ludzi, placebo służącym radzeniu sobie z niepewnością. Najpierwotniejszą myślą rozumu jest zdumienie, że ja i cały świat w ogóle istniejemy. Istotą doświadczenia religijnego jest uczucie wdzięczności wobec Stwórcy i nieskończone zaufanie do Jego opatrzności. Religia to pierwotne zaufanie, że Ten, który powołał mnie do istnienia, doprowadzi wszystko do dobrego końca.
Relacja z Bogiem w uwielbieniu i wdzięczności zostaje zakłócona przez grzech, z którego wynikają chaotyczne stosunki w łonie rodzaju ludzkiego. W tym miejscu, w biblijnej tradycji wiary żydowskiej i chrześcijańskiej, pojawia się spojrzenie na Stwórcę, który obiecał nam, że będzie naszym Zbawicielem.
Cesarski rozmówca perskiego uczonego wychodzi od biblijnego przekonania: „Bóg jest Duchem” (J 4,24) oraz „Bóg jest miłością” (J 4,8). Dlatego dla niego, jako chrześcijanina, niepodważalnym faktem jest, nawet w samokrytycznym spojrzeniu na historyczne uwikłanie chrześcijaństwa w politykę władzy: „Bóg nie ma upodobania w krwi”, tj. w destrukcyjnej przemocy, a już na pewno nie w aktach terrorystycznych, przestępczych i brutalnych zbrodniach przeciwko ludzkości, ponieważ „postępowanie niezgodne z rozumem jest sprzeczne z naturą Boga”.
W tym duchu zwrócił się do swojego rozmówcy i zapytał go, jak należy rozumieć dżihad w Koranie. Wojna bowiem, ze wszystkimi jej okrucieństwami, nigdy nie może być święta, tj. miła Bogu, ponieważ szerzenie wiary odbywa się wyłącznie poprzez zrozumienie i wolność człowieka. Władze polityczne i religijne w kulturach i państwach o charakterze islamskim muszą znaleźć odpowiedź na pytanie, jak pogodzić tak zwane wersety miecza z Koranu z zakorzenionym w naturze człowieka prawem do wolności wyznawania swej wiary. Należy odrzucić nie tylko brutalne środki szerzenia religii lub ideologii politycznej, ale także cel religijno-politycznej dominacji nad światem. Nie obrażają Boga ci, którzy wskazują na wewnętrzne sprzeczności wszelkiej przemocy uzasadnianej pseudoreligijnie, ale ci, którzy powołują się na Boga, aby usprawiedliwić swoje zbrodnie.
Chciałoby się krzyknąć do szaleńców: to nie Bóg nakazuje wam zabijać niewiernych, jak ich nazywacie, czy też wyznawców innych religii, jak należy to słusznie nazwać. To głos diabła, który słyszycie w sobie. Jak można bardziej obrazić najświętszą więź miłości, którą Bóg zawarł między matką a jej dzieckiem, niż wmawiając jej, żeby była dumna ze swojego nastoletniego syna, który z pasem z materiałami wybuchowymi na ciele pociągnął siebie i innych do śmierci i zguby. Prawdziwi męczennicy swoim życiem i śmiercią, cierpieniem i oddaniem dla innych stali się świadkami Bożej miłości i prawdy.
W deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich Nostra aetate (1965) Sobór, przy pełnym przekonaniu o ostatecznym objawieniu się Boga w Chrystusie, uznaje wszystko, co w religiach niechrześcijańskich jest „prawdziwe i święte” (Nostra aetate 2). W odniesieniu do islamu stwierdza: „Kościół spogląda z szacunkiem również na muzułmanów, czcicieli jedynego Boga, żyjącego i samoistnego, miłosiernego i wszechmocnego, Stwórcę nieba i ziemi, który przemówił do ludzi. Starają się również poddawać z całej duszy Jego ukrytym postanowieniom, tak jak poddał się Bogu Abraham, do którego islamska wiara chętnie się odwołuje” (Nostra aetate 3). Zamiast ponownie przywoływać dawne wrogości i wywodzić z nich nowe zbrodnie przeciwko braterskiej jedności między ludźmi, należy natomiast „czynić szczere wysiłki zmierzające do wzajemnego zrozumienia i dla dobra wszystkich ludzi dbać wspólnie o sprawiedliwość społeczną, dobro moralne, a także o pokój i wolność” (Nostra aetate 3).
Pokusa relatywizmu
W światopoglądzie postchrześcijańskiego sekularyzmu w Europie i Ameryce Północnej istnieje utopia „humanizmu bez Boga” (Henri de Lubac). Wszystkie pytania, których religie nie potrafiły rozwiązać, miałyby teraz zostać rozwiązane przez nauki przyrodnicze i technikę w duchu rozumu i oświecenia. W ten sposób miałby powstać świat bez przemocy i cierpienia, raj tolerancji. Znaczący przedstawiciele oświecenia uważali „religię” – a mieli tu oczywiście na myśli chrześcijaństwo – z jej jednoznacznym roszczeniem do prawdy, za źródło fanatyzmu i przesądów. Co najwyżej chrześcijaństwo ograniczone do moralności i kultury, bez dogmatycznego roszczenia do prawdy, mogłoby przetrwać w obliczu oświeconego rozumu i współczesnej nauki. Ten schemat wyjaśniający można znaleźć jeszcze dzisiaj w ocenie terroryzmu tzw. islamistów. Religia ta musiałaby w mocy oświeconego rozumu uwolnić się od potencjału przemocy, który tkwi w naturze każdej religii objawionej i wiary w jednego Boga Prawdy. Tylko konsekwentny relatywizm w kwestii prawdy może okiełznać i opanować ukrytą skłonność do przemocy monoteizmu w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie.
Cena relatywizmu jest jednak bardzo wysoka. Prowadzi on nieuchronnie do dyktatury poglądów. Gdyby nie to, że wszyscy ludzie są ze sobą połączeni w poszukiwaniu prawdy i miłości do niej, na zwolnione miejsce sumienia prawdy musiałaby wkroczyć ideologia totalitarnej interpretacji świata i porządku społecznego Nowego Człowieka. Ale w jaki sposób ograniczony rozum śmiertelnych Hegla i Marksa, nie mówiąc już o mniejszych „zbawicielach świata” od gnozy po New Age, może dojść do prawd absolutnych, do których podporządkowania zmuszają swoich śmiertelnych bliźnich za pomocą prania mózgu i przemocy? Skończony umysł człowieka nigdy nie połączy prawdy i wolności bez użycia przemocy.
„Gdzie jest Duch Pański – tam wolność” (2 Kor 3,17). Osądzanie innych musimy teraz i w Dniu Ostatecznym pozostawić Bogu, który sam jeden jest sprawiedliwym sędzią. Wszędzie tam, gdzie ludzie kierujący się ideologią i polityką chcieli wyprzedzić sąd ostateczny i zbudować raj własnymi rękami, otworzyli jedynie puszkę Pandory lub bramy piekła.
W każdym razie współczesnemu zjawisku międzynarodowego terroryzmu w jego polityczno-ideologicznej lub polityczno-pseudoreligijnej wersji nie można przeciwstawiać się jedynie wiarą w postęp, apelując do rozsądku i tolerancji. Już dawno zaufanie do wszechzbawczej mocy rozsądku i postępu straciło swoją niewinność. „Dialektyka oświecenia”, którą przedstawiciele teorii krytycznej szkoły frankfurckiej, Theodor Adorno i Max Horkheimer, przeanalizowali w swojej książce z 1944 roku, pokazuje, że tylko instancja stojąca ponad ograniczonym ludzkim rozumem może zapobiec barbarzyństwu nieludzkości w totalitarnych systemach XX wieku aż do współczesności. Nie był to przypadek, że terror jako środek ideologicznej uniformizacji narodził się jako dziecko rewolucji francuskiej. W okresie terroru jakobinów terror wobec setek tysięcy niewinnych ludzi był uzasadniany jako cnota i gloryfikowany jako panowanie rozumu i woli ludu. W połączeniu z socjaldarwinistyczną tezą o prawie silniejszych jako prawie życia, terror jako forma rządów wszedł do systemów totalitarnych, które uważają się za naukowe i które są odpowiedzialne za największe zbrodnie w historii ludzkości.
Znaczenie naturalnego prawa moralnego oraz powszechnych praw człowieka
Zamiast w antychrześcijańskim afekcie wykorzystywać terroryzm, który maskuje się pod pozorem religii, aby w przestarzałym patosie oświeceniowym dyskredytować religię, a konkretnie chrześcijaństwo, wszyscy ludzie dobrej woli powinni uzgodnić moralną i społeczno-etyczną podstawę współżycia ludzi o różnych przekonaniach religijnych i filozoficznych. Może to być jedynie uznanie naturalnego prawa moralnego oraz powszechnych praw człowieka, które opierają się na nienaruszalnej godności każdej osoby ludzkiej. Również państwa, w których większość ludności wyznaje określoną religię, muszą uznawać wolność wyznania mniejszości i wszystkich obywateli oraz powstrzymać się od jakiejkolwiek ingerencji w sumienie prawdy i sumienie moralne osoby oraz wspólnot wyznaniowych. Państwo bowiem istnieje dla ludzi, a nie ludzie dla państwa.
To, w jaki sposób uczeni muzułmanie interpretują w kontekście historycznym poszczególne sury Koranu, które mówią o przemocy i wojnie w kwestiach wiary i sumienia, nie jest obecnie przedmiotem naszej dyskusji. W systematycznej interpretacji wydaje mi się jednak, że pierwsza sura jest kluczem hermeneutycznym do wszystkich kolejnych wersetów. Bo „W imię Boga Miłosiernego, Miłującego” (sura 1) nie da się usprawiedliwić żadnej zbrodni przeciwko ludzkości. Zarówno poznanie Boga w objawieniu Koranu, które ma znaczenie wyłącznie dla wierzącego muzułmanina, jak i powszechna świadomość istnienia Boga oraz prawa moralnego wpisanego przez Boga w naszą duchową naturę uniemożliwiają powoływanie się na wolę Bożą w celu zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci, gwałcenia ich, poniżania i pozbawiania ich wolności religijnej i obywatelskiej.
Z pewnością my, ludzie, nie jesteśmy w stanie sami zapewnić sobie pokoju, tak jak jedynie daje go Bóg. Jesteśmy jednak wezwani do współtworzenia społeczeństwa, którego fundamentem jest godność osoby ludzkiej i dobro wszystkich członków wspólnoty. Żydzi i chrześcijanie, muzułmanie i wyznawcy innych religii uznają Boga za Pana i Stwórcę, który nas stworzył. Nic nie oddaje Bogu większej chwały niż miłość bliźniego, a nic nie obraża Go bardziej niż nienawiść do brata. Prawdziwa religia jest tam, gdzie zwycięża miłość. Miłość jest prawdziwym oddaniem czci Bogu.
Chrześcijanin wyznaje: „Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4,16). Ma to konsekwencje etyczne. „Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego. Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci. Jeśliby ktoś posiadał na świecie majątek i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga?” (1 J 3,15,nn).
Świadomość nierozerwalnej jedności wiary i rozumu, miłości Boga i bliźniego, stanowi sedno chrześcijańskiego wkładu w dialog międzykulturowy i pokój na świecie. Zwrócenie uwagi na tę kwestię jest trwałym zasługą słynnego wykładu w Ratyzbonie, który podarował nam Benedykt XVI.
Uwaga: podtytuły red. KAI
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

