Autorka "Szału nie ma, jest rak" o ks. Kaczkowskim

Katarzyna Jabłońska, aw / mz, Warszawa, 2016-03-29

Autorka "Szału nie ma, jest rak" o ks. Kaczkowskim Fot. Łukasz Głowacki - fotoKAI

- Moja choroba zapoczątkowała wiele niezwykłych rzeczy - mówił ks. Jan Kaczkowski. Słowa te przytacza we wspomnieniu dla KAI Katarzyna Jabłońska, autorka rozmowy "Szału nie ma, jest rak", dzięki której ks. Jan Kaczkowski stał się postacią powszechnie znaną w Polsce.

Redaktorka Więzi opowiada, jak poznała twórcę Hospicjum św. o. Pio w Pucku, jak troszczył się o umierających, pisze o jego dystansie i poczuciu humoru wobec własnej słabości i choroby, o sprawowanych z wielkim skupieniem Mszach św.

- Pierwszy raz spotkałam Jana rok przed ujawnieniem się jego choroby. Nie był wtedy jeszcze jednym z najbardziej znanych i lubianych księży w Polsce. Wiedziałam tylko, że jest współtwórcą jednego z najlepszych hospicjów w kraju. Kiedy do naszej redakcji wkroczył wysoki, elegancki mężczyzna, za którym unosił się zapach dobrych perfum, nie przyszło mi do głowy, że to ksiądz, zaproszony do współorganizowanej przez „Więź” debaty. I ten jego soczysty język! A potem, podczas debaty, w porażający sposób mówił o umieraniu swoich pacjentów, z bezgraniczną pewnością, że śmierć to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu, do którego trzeba się przygotować. To robiło piorunujące wrażenie. Pomyślałam wtedy, że warto by odwiedzić puckie hospicjum i porozmawiać z jego szefem o towarzyszeniu umierającym i ich najbliższym. Chciałam się do tego spotkania i rozmowy dobrze przygotować. Tak minęło półtora roku.

Kiedy w grudniu 2012 r. rozpoczynaliśmy pracę nad książką "Szału nie ma, jest rak" Jan był po drugiej operacji mózgu – miał wielką szramę na ogolonej głowie, na nowo uczył się chodzić, brał sterydy, był więc kilka rozmiarów większy niż przed rokiem. Jednocześnie w tym osłabionym chorobą ciele umysł działał jak brzytwa. Nasze rozmowy były arcyciekawe i prowokowały do stawiania, również samej sobie, pytań w rodzaju: jak dobrze przeżyć własną śmierć?

Bardzo cenna była też dla mnie możliwość poznania od wewnątrz życia puckiego hospicjum – jego wyjątkowych pracowników, wolontariuszy, a także pacjentów. To właśnie jedna z pacjentek, zapytana przeze mnie, jak czuje się w hospicjum, odpowiedziała: „Tu pracują anioły”. 

Nasze rozmowy odbywały się głównie w gościnnym domu Jana w Sopocie. Miałam przywilej poznać jego wspaniałych rodziców, którzy cierpliwie znosili moje dość częste wówczas wizyty i rozmowy z Janem, dotyczące choroby i umierania – także śmiertelnej choroby ich własnego syna. Nie znaczy to jednak, że podczas tych spotkań panował jakiś żałobny nastrój. Znany jest przecież oryginalny styl księdza Jana Kaczkowskiego, który o sprawach najważniejszych i najtrudniejszych potrafi mówić wprost, bez owijania w bawełnę, z przekorą, humorem i niekonwencjonalnym językiem. Sam był zdania, że: „Choroby, nawet śmiertelnej, nie można przez cały czas traktować ze śmiertelną powagą, bo już samo to by nas zabiło. Podobnie jak w innych życiowych trudnościach ratuje nas tu poczucie humoru, autoironia i dystans do siebie”. Jak w praktyce Jan i jego bliscy stosowali tę zasadę? Któregoś wieczoru rodzice pomagali mu ułożyć się na łóżku, w pewnym momencie ojciec zakomenderował: „Przekręć się”. Rozbawiony Jan zapytał: „Naprawdę, tato? Daj mi jeszcze szansę!”

Kiedy włosy zaczęły mu odrastać, zażartował: „Włosy mi wprawdzie odrastają, ale ponieważ zbiega się to z procesem łysienia, to w sposób naturalny uciekają mi na tył głowy i emigrują na plecy. Ich sprawa. Mam tylko nadzieję, że nie wyemigrują zbyt daleko i któregoś dnia nie okaże się, że mam… ogon”.

Pierwsze miesiące 2013 roku, kiedy pełną parą pracowaliśmy nad książką były czasem rekonwalescencji Jana po operacji. Nie zawiesił jednak całkowicie swoich działań na rzecz hospicjum – potrafił na przykład pojechać do Pucka, żeby zrozpaczonemu mężczyźnie pomóc się pożegnać z umierającą w hospicjum żoną, młodą jeszcze kobietą. Wygłaszał też w kościołach, jak je sam nazywa, „żebracze kazania”. Takie „występy gościnne” trwały zazwyczaj całą niedzielę – począwszy od Mszy o siódmej rano, a skończywszy na tej wieczornej. Po każdej Mszy – pięciu a nawet sześciu w ciągu dnia – mimo dużych trudności z poruszaniem się, Jan wychodził przed kościół, żeby kwestować wspólnie z wolontariuszami na rzecz hospicjum i rozmawiać z ludźmi.

Ledwie jako tako doszedł do siebie, już podejmował mnóstwo działań. Jego współpracownicy mówili, że pracuje na kilku etatach, a rodzice, że już go gdzieś niesie. Obserwując jego coraz większą aktywność, miałam wrażenie, że porusza się i działa z prędkością światła: jednego dnia potrafił być w Gdańsku i Krakowie. Za chwilę w Szwajcarii, a nawet w Australii. Sam tak o tym mówi: „Choroba nie zwalnia – wyjąwszy rzeczy oczywiste, których chory nie może robić – z bycia ojcem, matką, księdzem, babcią, bratem, przyjacielem. Z bycia człowiekiem, od którego wciąż wiele zależy, który ma wiele drugiemu do dania”. Dawał do samego końca.
„Pomimo zmęczenia – mówi w drugiej książce, którą razem przygotowywaliśmy – wciąż jestem głodny i ciekawy świata. Mówi się, że choroba wszystko kończy, a w moim wypadku jest wprost przeciwnie – moja choroba dała początek tylu niezwykłym rzeczom! Przede wszystkim spotkałem wielu wspaniałych i ciekawych ludzi. Sądzę, że niejedno z tych spotkań nie wydarzyłoby się, gdyby właśnie nie choroba”.

Wielokrotnie miałam okazję uczestniczyć w mszach świętych odprawianych przez Jana i zawsze poruszało mnie, że bez względu na to, jak jest zmęczony, jak się czuje, czy odprawia w pięknym kościele, w skromnej hospicyjnej kaplicy czy w domu przy kuchennym stole – zawsze w jego celebracji była dbałość, powiedziałabym nawet, rodzaj czci. Kiedy mówił o istocie Eucharystii potrafił wzruszyć się do łez. Jednym z jego największych marzeń było móc sprawować ją do końca.
Przywilejem było Go znać.

Komentarze (0)

Powrót na górę strony
Wykonanie: ALX - szkolenia i specjaliści IT
Twitter
Facebook